ANNA STRZELECKA
Dekada Szubera
W tym roku minęło dziesięć lat od czasu otwarcia pewnej wyjątkowej, zasobnej w znakomite wiersze, szuflady. Szuflada, o której mowa, a tak naprawdę - szafa, "kocia szafa" (z uwagi na pręgowany deseń przedwojennej politury), stała się w ostatniej dekadzie przyczyną sporego zamieszania, zwłaszcza w kręgach literackich. Z wieloletniego ukrycia wyszedł bowiem wybitny współczesny poeta polski - nieznany wówczas nikomu sanoczanin Janusz Szuber.
Rok 1994 początkowo niczym nie różnił się od poprzednich. Janusz Szuber napisał kolejny wiersz i starym zwyczajem umieścił go w "kociej szafie". Tyle że tym razem nie chciała się domknąć. I zapewne poeta poradziłby sobie z tym nadmiarem, wrzucając kilka rękopisów do pieca, gdyby nie...
To musiał być chyba sam Anioł Stróż. Interweniował, gdyż nie mógł dalej bezczynnie przyglądać się podobnym praktykom. Wówczas poeta, sam nie wiedząc, jaka siła go do tego zmusza, rękopisy uporządkował, przepisał, a dwa cykle wysłał na konkurs organizowany przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Sanoku. I to - jakże nieoczekiwane - posunięcie okazało się zdecydowanie bardziej pożyteczne niż palenie poezją w piecu.
*
Kiedy po otwarciu kopert okazało się, że pierwsza nagroda przypadła Januszowi Szuberowi, ktoś zaraz wyjaśnił, że autor to osoba niepełnosprawna, od lat uwięziona na drugim piętrze wysokiej przedwojennej kamienicy. Trzeszczące drewniane, strome schody, przeciekający sufit, do tego ta choroba stawów... Zrozumiałe, że laureat nie zjawił się na rozdaniu nagród - ot, los człowieka kalekiego w małym mieście. Organizatorzy musieli udać się do niego osobiście.
Czterdziestokilkuletni, przystojny mężczyzna, szarmancki, obdarzony głębokim, "radiowym" głosem; erudyta rozprawiający o kulturze, sztuce, poezji w sposób swobodny, z ogromnym wdziękiem - zdecydowanie nie był kimś, komu wiersze "wyszły" przypadkiem. Czy onieśmieleni przez debiutanta jurorzy mogli wówczas przypuszczać, że uczestniczą w wydarzeniu, o którym będą opowiadać wnukom?
*
JANUSZ SZUBER
Piosenka
Ptaszki moje bogatki
Na patio kowaliki
Jesień psuje nam szyki
Wymiata ziarno prażone
Nie bądźcie mi obrażone
Że tawuła kłokoczka
Gołe nasionko z breloczka
Schowam w ciepłe manatki
O, lube niedostatki
Ptaszki moje gliniane
Warczy w kominie zamieć
Wiem niedobór talentu
Ze skromnych elementów
Układam wasze loty
Z wersu do wersu motyw
Poety ptasznika |
|
Wkrótce, w niskich nakładach, sumptem własnym i rodziny, Janusz Szuber wydał
pierwszych pięć tomików wierszy - legendarny dziś niemalże "pięcioksiąg". Już
same tytuły sugerują wyjątkowość zjawiska: w 1995 r. wychodzi Paradne ubranko
i inne wiersze oraz Apokryfy i epitafia sanockie, a rok później Pan
Dymiącego Zwierciadła, Gorzkie prowincje i Srebrnopióre ogrody. Rok 1997 przynosi kolejny zbiór - Śniąc siebie w obcym domu.
W paryskiej Kulturze pojawia się receŚnzja Leszka Szarugi, na warsztat
biorą poetę tłumacze francuscy i niemieccy, a wkrótce Janusz Szuber odbiera
pierwsze nagrody - poetycką im. Kazimiery Iłłakowiczówny, literacką im. Barbary
Sadowskiej i Fundacji im. Turzańskich (Toronto).
*
Autorem znakomitego wstępu do tomiku Śniąc siebie w obcym domu jest Antoni Libera - dawny kolega Szubera ze studiów polonistycznych w Warszawie, pisarz, tłumacz i krytyk. Ten wnikliwy czytelnik i doradca z biegiem czasu staje się także przewodnikiem po - jakże obcym początkowo - wielkim świecie polskich i zagranicznych wydawnictw i wydawców. To dzięki niemu wiersze Szubera docierają do Zbigniewa Herberta, rozwija się korespondencja pełna wzajemnej sympatii oraz uznania, a sanoczanin zostaje namaszczony jako poeta tymi słowy:
"Anioł Antoni (w życiu ziemskim Libera) przywiózł mi Pana tom Gorzkie prowincje. Tom ten czytany nocą po prostu mnie zachwycił. Nic to oczywiście nie znaczy (poza tym, że poczułem instynktowną sympatię do Pana), gdyż na poezji się nie znam i stosuję w praktyce metodę pewnego Anglika (nazwisko wypadło mi z głowy - zbyt wiele środków antybólowych), który to Anglik przenikliwie zauważa: wiersz, utwór muzyczny, obraz są wtedy i tylko wtedy dobre, jeśli czytelnikowi drętwieje kość ogonowa. Otóż w czasie lektury Pana wierszy ma kość ogonowa drętwiała wielokrotnie.
Niestety, mój drogi Przyjacielu, jest Pan poetą i nic na to nie można poradzić. Składam wyrazy mego podziwu zmieszane z ogromnym współczuciem.
[...]
Dowódca Królewskiej Samodzielnej Brygady Huzarów Śmierci
Pułkownik Zbigniew Herbert".
W krótkim czasie, w miarę postępu znajomości, "plutonowy Szuber" z rąk "pułkownika Herberta" otrzymuje awans na porucznika, a następnie na kapitana. Ze wszystkich nagród i wyróżnień przynależność do korpusu oficerskiego Huzarów Śmierci swojego mistrza ceni sobie najwyżej.
*
Pierwsze poza Sanokiem spotkanie autorskie poety odbywa się w Krakowie w roku 1997. Zorganizowane przez Księgarnię Akademicką z inicjatywy prof. Jana Skoczyńskiego, stanowi moment przełomowy w rozpoznaniu zjawiska, o którym zaczyna być coraz głośniej. Prowadzi je Wojciech Ligęza - spod jego też pióra wychodzą jedne z pierwszych - niezwykle rzetelne i trafne - analizy poezji Szubera. Krakowskie spotkanie owocuje ponadto felietonami Bronisława Maja, które de facto stają się wizytówkami do salonów literackich. W wysokonakładowych, ogólnopolskich tytułach nazwisko "ojca prowincjała" z Sanoka, jak żartobliwie mówią o nim przyjaciele, zaczyna być odmieniane na wiele sposobów. Zwłaszcza teksty Heleny Zaworskiej, publikowane w Gazecie Wyborczej i Literaturze, przekładają się na rosnącą szybko popularność poety.
*
Jakby uprzedzając przyszłe uproszczenia wciskające Szubera na siłę w poczciwy schemat piewcy własnego powiatu, miłośnika staroci i etnograficznych osobliwości, Marian Pankowski, pisarz, profesor slawistyki na uniwersytecie w Brukseli, sanoczanin z urodzenia, w 1996 pisze w liście do poety:
"Tomasz niewierny, musiałem sprawdzić. Są, są takie szuflady. Raz na sto lat, ale są! Przyznam się jeszcze, jakby to spowiedź była wielkanocna, że kiedy mnie Pan zaprosił do siebie na sanocką przyzbę, czekałem, że usłyszę zawadiacką harmonijkę czy jakąś okarynę sentymentalną... Pan tymczasem sięgnął po saksofon! I nie kołomyjka spod perłowych palców, a Gershwin karnawałowy! Słucham i patrzę, jak Pan dmucha w rajskiego węża, i czuję, że mój podziw rośnie w sąsiedztwie niemalże zazdrości, bo aż mi się coś dzieje od tych zmysłowości popielcowych, o erotycznym zapachu rzepaku słonecznego. I nie wiem, co mi wtedy strzeliło do głowy, że my obaj mamy ojca wspólnego i że tym ojcem Gogol! Że niby Czarne Morze aż po San, co złote cerkiewki i sady wiśniowe odbija. I jeszcze inne podobności spod sfatygowanej gwiazdy. Na szczęście otrzeźwiałem. I pomyślałem, że Pan sobie gwiżdże na takie ojcostwo! A jeśli już koniecznie antenata, to przyszywanego! Lukrecjusza na przykład! To uroczy wątpiciel, niedowiarek zakochany, jak Pan, w Naturze. [...]".
*
W renomowanych wydawnictwach do druku przygotowywane są następne tomy. W 1999 r. w wydawnictwie a5 ukazuje się Biedronka na śniegu, w Znaku najgłośniejszy wybór wierszy Szubera - O chłopcu mieszającym powidła, a rok później w Wydawnictwie Literackim - Okrągłe oko pogody.
Kiedy Chłopiec trafia na półki księgarskie, sypią się entuzjastyczne recenzje. Do mieszkania poety w Sanoku zaczynają zaglądać ekipy radiowe, telewizyjne i dziennikarze z różnych stron i czasopism. Poeta otrzymuje kolejnych kilka wyróżnień, a tomik - prestiżową Nagrodę Fundacji Kultury.
Szubera odwiedza nawet - i to już ewenement na skalę kraju - ówczesny premier Jerzy Buzek. Jest zaskoczony, że człowiek poruszający się na wózku inwalidzkim, mieszkający w warunkach, które trudno nazwać komfortowymi, nie korzysta z okazji, by prosić o pomoc, lecz mówi o potrzebie założenia w Sanoku wyższej uczelni - Collegium Sanockiego.
Ale to nie jedyny wypadek bez precedensu - wkrótce najznakomitsi pisarze polscy podpisują list do władz miasta Sanoka o przyznanie poecie Januszowi Szuberowi mieszkania przystosowanego dla osoby niepełnosprawnej. I poeta takie mieszkanie dostaje. Teraz, jak na "głównego poetę miasta" przystało (to cytat z wywiadu Krzysztofa Lisowskiego), mieszka w Rynku, na parterze, ma własne patio, a z okien podziwiać może panoramę Gór Słonnych (stanowiących jakże ważny motyw jego twórczości). Przy okazji użycza mu się także prawa do korzystania z wygodniejszego samochodu. Rozsypującego się malucha, w którym dach podtrzymywany był kijem od szczotki, zastępuje zgrabny fiat seicento.
*
Spokojne życie poety zmienia się w sposób zasadniczy. Janusz Szuber po trzydziestu latach izolacji staje się niejako jednoosobową instytucją pożytku publicznego, wokół której zaczyna skupiać się życie kulturalne miasta. Przede wszystkim razem z przyjacielem Tomaszem Korzeniowskim zbiera rozproszone sanockie środowiska twórcze wokół Stowarzyszenia "Korporacja Literacka". Spotkania, prezentacje, plenery, a przede wszystkim współpraca wszystkich ze wszystkimi - to nowa jakość w grodzie Grzegorza z Sanoka. Wkrótce zaczyna ukazywać się Dodatek Kulturalny, w którym publikują, obok twórców z regionu, także zaproszeni przez poetę do współpracy znani pisarze, krytycy, literaturoznawcy - Wilhelm Dichter, Stanisław Dłuski, Paweł Huelle, Krystyna Latawiec, Antoni Libera, Kazimierz Orłoś, Jan Skoczyński i inni. Nie tylko publikują, ale - jak wielu - odwiedzają Sanok, zaprzyjaźnieni z poetą, który nie szczędzi sił i czasu, by ich tą swoją prowincją zarazić.
Z inicjatywy Szubera w bibliotece miejskiej powstaje Ośrodek Pancovianum, zajmujący się twórczością Mariana Pankowskiego. Wydawane są Acta Pancoviana - zeszyty naukowe poświęcone pisarzowi, a on sam otrzymuje honorowe obywatelstwo miasta.
Szuber współorganizuje także sesje naukowe: "Julian Stryjkowski z Galicją w tle", "60-lecie debiutu literackiego Mariana Pankowskiego" czy "Jerzy Harasymowicz - poeta karpackiego pogranicza". Każda ściąga do Sanoka badaczy literatury, pisarzy, artystów. Miasto ożywa.
A w 2002 r. powstaje tu Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa, owo wyczekane Collegium Sanockie...
Dodajmy do tego spotkania autorskie, liczne wyjazdy, honorowe przewodnictwa, redakcja i pisanie wstępów do wydawnictw regionalnych, recenzje tomików poetyckich, cykl felietonów w Rzeczpospolitej. I jeszcze cykl imprez "Goście Janusza Szubera" organizowanych wspólnie z biblioteką miejską. Dużo. Zwłaszcza że prawie wszystko społecznie, bez żadnych gratyfikacji.
Najwięcej czasu zajmują jednak drobne sprawy: setki telefonów i wizyt: "Panie Januszu, niech pan powie, czy to coś warte" - słyszy co rusz, otrzymując do oceny kolejne wiersze kolejnych poetów. Następne przychodzą pocztą. A Szuber przed oczami często ma po prostu mgłę.
Żyje jak człowiek zdrowy. Tylko najbliżsi wiedzą, ile kosztuje go ta aktywność. Ile cierpliwości musi z siebie wykrzesać, kiedy choroba naprawdę daje mu się we znaki, a kolejny interesant puka do drzwi. Gościec stawowy to wyjątkowo podstępna i złośliwa bestia. Oprócz tego, że niszczy stawy i kości, uderza we wszystko, co ważne: nerki, oczy, skórę... "Przeszarżowałem" - mówi poeta, gdy choroba zgłasza się po swoje.
*
A wiersze? W roku 2000 w Księgarni Akademickiej ukazuje się kolejny głośny tom - Z żółtego metalu. Następnie utrzymany w konwencji barokowej zbiór 19 wierszy (Wydawnictwo Zygmunta Natera). A w r. 2001, w rzeszowskim wydawnictwie YES, polsko-angielski album Las w lustrach z reprodukcjami prac Henryka Wańka.
Krótka chwila na oddech i w 2003 r. pojawia się Lekcja Tejrezjasza - wybór Wydawnictwa Literackiego. Na prawach rękopisu, w niewielkim nakładzie ukazuje się następnie Glina, ogień, popiół, a w 2004 r., w BOSZ-u, Tam, gdzie niedźwiedzie piwo warzą - albumowe wydanie wyboru wierszy osadzonych tematycznie w Bieszczadach. Cały czas ten sam wysoki poziom, dbałość o każdy szczegół, każde słowo - żadnego pościgu za literacką modą.
"Kocia szafa" wydaje się nie mieć dna, a korespondujący z sanoczaninem Czesław Miłosz zauważa, że nie jest źle z polską poezją, skoro istnieją jeszcze tacy poeci jak Szuber. Wiersz Pianie kogutów Miłosz uznaje za arcydzieło i zamieszcza w swoim Abecadle, w rozdziale Uważność.
Zdaje się, że pogląd o wyjątkowości tej poezji nie jest odosobniony - na temat Janusza Szubera i jego twórczości powstają prace magisterskie i doktorskie. Bibliografia rozrasta się do setek pozycji, a tłumaczone na kilkanaście języków wiersze rozchodzą się po świecie.
Janusz Szuber - wszędzie oczekiwany, przyjmowany z największą atencją. Niespeszony nagłą popularnością, uczy wspólnego działania i zmusza do przełamywania lodów. Regionalista osobiście znający każdy podkarpacki zakątek, każdą cerkiewkę, niemalże każdy kamień. Przyjaciel oddający się pięknemu zajęciu podtrzymywania przyjaźni (jakież to hojne dary dla wybranych oraz luksus w pragmatycznych czasach!). Kpiarz o najprzedniejszym poczuciu humoru i autor krążących w obiegu towarzyskim przezabawnych limeryków. Wreszcie też - kaligraf, którego charakterystyczna "czcionka", słynna "szuberzyca", to znak rozpoznawczy marki.
Jak znajduje czas na pisanie? Kiedy się leczy, skoro urzęduje niczym na etacie, tyle że bez wolnych sobót i niedziel? Jak to robi, że nic mu nie umyka? Czym wreszcie zaowocuje ta miniona dekada, w czasie której wszystko, co znał, co już oswoił, przewróciło się do góry nogami?
Wymyka się wszelkim definicjom ten niestrudzony szermierz spraw c.k. galicyjskich i poszukiwacz prawd uniwersalnych, który wciąż inwestuje w jakże gorzką czasami prowincję. Co inwestuje? Swój czas, talent, ból, serce. Tylko tyle. Aż tyle.
|