[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 3 grudnia 2004


ARTUR TANIKOWSKI

Mglarz
z Lublina


Czy w pejzażu naszych miast dostrzegamy znaki czasu wykraczające poza nachalną, może jednak nieuniknioną wizualizację komercjalnego oblicza nowego ładu, czy jak sądzą niektórzy, nieładu? Można by odpowiedzieć pytaniem: czy przed 1989 rokiem ktoś znalazłby w Polsce place, zaułki czy ulice (nie mówiąc już o ich skrzyżowaniu!) o wymownych, choć przecież oczywistych nazwach: Piłsudskiego i Czapskich? Miejsca dziś aż nadto oczywiste, jak to w Krakowie, sprawiają, że łatwiej nam się identyfikować z trudnymi, acz ciekawymi czasy. Charakteryzuje je m.in. proces, w którym z wolna, choć sukcesywnie kultura i to, co z niej zostać powinno, zaczyna zajmować przynależne jej miejsce ponad i poza spektakularnymi zwrotami w polityce i ekonomii czy wzlotami i upadkami chwilowych fortun. A imiona ulic przestają być karykaturalną odbitką z matrycy sezonowych mód.

W Lublinie otwarto niedawno, między placem Rybnym a ulicą Kowalską, Zaułek Hartwigów. Gdyby miasto nad Bystrzycą sytuować wedle dziejów tej rodziny, stwierdzić należałoby dość banalnie, że leży między Moskwą a Warszawą. Urodzony w stolicy carskiej Rosji Ludwik (1883-1975) prowadził tam filię łódzkiej firmy fotograficznej "J. Tyraspolski", a potem świetnie prosperujące własne dwa zakłady. Spośród pięciorga jego dzieci czworo urodziło się w Moskwie, w tym pierworodny Edward (1909-2003), sukcesor profesji ojca, którą z rzemiosła zamienił w sztukę. Zawierucha rewolucji 1917 roku rzuciła Hartwigów do Lublina, gdzie osiedli na lata. Tu w 1922 roku urodziła się najmłodsza z rodzeństwa, Julia, przyszła znakomita poetka i nie mniej wybitna tłumaczka. Tak jak najstarszy z braci, po drugiej wojnie zamieszkała w Warszawie.

Jakuba Icchaka Horowica, czyli Widzącego z Lublina, Martin Buber zwał po prostu "Lublinem". W odniesieniu do potęgi duchowej, jaką ten wielki cadyk wniósł w żydowską religijność, badacz chasydyzmu pisał o nim: "Kto zna Lublin, ten wie, że jest to kraj Izraela". Jakub Icchak mieszkał przy dawnej ulicy Szerokiej, w obrębie Podzamcza. Pierwsze fotografie Edwarda Hartwiga powstały około połowy lat dwudziestych XX wieku i przedstawiały przede wszystkim widoki Lubelszczyzny i Lublina ze Starówką i Podzamczem, które zajmowała wówczas dzielnica żydowska. Większość tych zdjęć przepadła podczas wojny, tym cenniejsze wydają się ocalałe, na czele z Podzamczem z 1925 roku. W przesyconych nostalgiczną poezją pejzażach światło wyodrębniało formy miękko, wręcz impresjonistycznie. Już w gimnazjum Edward zdecydował poświęcić się studiom malarskim. Chadzał w plener, nierzadko w Kazimierzu Dolnym, z przedstawicielami lubelskiej cyganerii - Zenonem Kononowiczem czy Władysławem Filipiakiem. Oprócz sprzętu malarskiego zabierał również ekwipunek fotograficzny. Mgła zasnuwająca wiele z jego ówczesnych i późniejszych fotograficznych krajowidoków przysporzyła mu miana "mglarza".

We mgle nie słychać kroków,
które zbliżają wędrowca ku
miastu rodzinnemu. cieżyny
polne pęcznieją, nabrzmiewają
w drogi, a te znów rozlewają się
szeroko wśród falistych
pól. Szosa się toczy. Zrywający się
wiatr szumi w kłosach.
Północ niedaleko, a jeszcze ktoś
wodę ze studni
ciągnie. Żuraw słychać. Jeszcze
wiejsko tu. Jeszcze wiejsko.
Księżyc goni wśród chmur.
Mgła rzednie.

Józef Czechowicz,
Poemat o mieście Lublinie, 1934

Czy Hartwig na bieżąco poznawał wiersze Czechowicza, który recenzował pierwsze poetyckie próby młodej Julii i sam także fotografował rodzinne miasto? Wiadomo, że się znali: poeta odwiedzał fotografika w atelier Ludwika Hartwiga obok hotelu Europa, tam toczyli dyskusje o fotografii. Wszakże Lublin czy Kazimierz nad Wisłą nieraz był przez Hartwiga, tak jak i przez Czechowicza, widziany w czasie nocnym, więc opisywany nokturnem łączącym pastoralność z pierwiastkiem dramatycznego niepokoju.

Wędrowcze, nic tylko księżyc
i domy, wiatr i kościoły,
gwiazdy i doły ulic. Idziesz, idziesz,
jeszcze jedną mijasz
bramę, pniesz się w górę
zaułkami podzamcza, stajesz
przed niskim łukiem.

op. cit.

Edward - współzałożyciel Lubelskiego Towarzystwa Fotograficznego - zmuszony chorobą ojca do porzucenia studiów malarskich i samodzielnego poprowadzenia zakładu, opierającego dochód na wykonywaniu konwencjonalnych portretów na zamówienie, starał się "mieć czas dla siebie i nie musieć robić tej masówki", jak później wspominał. Przez dwa lata (1935-1937) studiował fotografię w Instytucie Grafiki w Wiedniu u prof. Rudolfa Koppitza, mając wreszcie dostęp do świetnie wyposażonych laboratoriów i pracowni. Międzynarodowe środowisko oraz kontakt ze znakomitymi zbiorami sztuki rozbudziły w młodym fotografiku apetyt na dalszy artystyczny rozwój, nie ograniczany brakami sprzętowymi. Powrót do malowniczego, acz bardzo wówczas prowincjonalnego Lublina ostudził na czas jakiś te zapędy.

Jeszcze przed wojną Hartwig odnosił sukcesy na rozmaitych ogólnopolskich przeglądach fotograficznych w Warszawie i już wówczas planował przeprowadzkę do stolicy. W bombardowanym Lublinie we wrześniu 1939 zginął Czechowicz, zniszczeniu uległa pracownia Hartwigów i niemal cały przedwojenny dorobek Edwarda. Ten ostatni prowadził jednak w ukryciu aktywne życie twórcze, utrzymując kontakty z innymi lubelskimi artystami. Najgorsze przyszło w roku 1944, gdy został aresztowany przez NKWD wraz z innymi przedstawicielami inteligencji lubelskiej i zesłany na dwa lata do łagru. "Dowiedziałem się o sobie kilku rzeczy. Po pierwsze, nawet w nieszczęściu byłem bardzo wrażliwy. Pewnej nocy ktoś mnie w tej okropnej ziemiance szarpiąc za kołnierz budzi, żebym wyszedł i zobaczył zorzę polarną. Jakoś wylazłem na zewnątrz i zdębiałem. (...) Było to coś niesamowitego. Na niebie mieszanina zaskakujących kolorystycznych zestawień (...). Ja oglądałem zorzę, a kilku innych przybiegło oglądać mnie, wariata, dla którego w tej nędzy najważniejsza była kontemplacja zjawisk tak nierealnych. Okazało się, że dla mnie było to dużym psychicznym wzmocnieniem. Dokonałem odkrycia, że moja natura potrzebuje estetycznej podniety".

W Łodzi, w której najszybciej w powojennej Polsce odradzały się placówki i instytucje kulturalne, Hartwig nie przyjął propozycji zatrudnienia jako operator filmowy w wytwórni "Czołówka" ze względu na jej propagandowy charakter i panujące tam sowiecko-wojskowe stosunki. Osiedliwszy się z żoną i dziećmi w 1946 roku w Warszawie, aktywnie włączył się w nowe życie twórcze. Kolejną, choć znów odziedziczoną po ojcu pasją Hartwiga stał się teatr; powstały tysiące zdjęć z prób, portretów aktorów, reportaży zza kulis.

Choć na dłużej nie związał się z ruchem fotografii awangardowej, wziął udział w Wystawie Nowoczesnej Fotografiki Polskiej (1948 r.), zwanej "wystawą wariatów", oraz - jako jeden z czworga fotografików, obok Fortunaty Obrąpalskiej, Zbigniewa Dłubaka oraz Leonarda Sempolińskiego - w historycznej już Wystawie Sztuki Nowoczesnej w krakowskim Pałacu Sztuki (1948/1949), najistotniejszej manifestacji polskiej sztuki najnowszej, nieskrępowanej jeszcze zadekretowaniem socrealizmu. Ale nie odmówił też udziału w wystawie "Lublin - miasto PKWN" w 1955 roku.

Lata 50. przyniosły mu międzynarodowy rozgłos w wyniku wydania pierwszych albumów autorskich, z których za najważniejszy uznawał Fotografikę (1958 r.). Potem fotografował m.in. Akropol i igrzyska olimpijskie w Rzymie (1960 r.), na których otrzymał medal za fotografię sportową. Został nagrodzony Srebrnym Medalem Miasta Paryża, kilkakrotnie zaproszono go do udziału w prestiżowych wystawach "10 fotografów świata", miał pokazy indywidualne w Nowym Jorku i Londynie.

Początki aktywności twórczej Hartwiga przypadły na czasy panowania w Polsce piktorializmu, nurtu traktującego fotografię na wzór obrazu malarskiego, któremu patronował Jan Bułhak. Lubelski twórca włączył się weń swoiście, na czym zaważyła malarska edukacja, i multidyscyplinarny program wiedeńskich studiów. A najmocniej może szczególna atencja dla dokonań impresjonizmu, co pociągnęło za sobą miękkie traktowanie konturów, dużą gradację stref światła i cienia, specyficzne, "malarskie" kadrowanie kompozycji, układanie serii zdjęć w cykle będące podstawą tak ważnych dla artysty albumów autorskich. Niektóre z tych cech, szczególnie wyraźnie odzwierciedlanych przez pierwsze, przesiąknięte neoromantyczną nostalgią pejzaże z Lublina i Lubelszczyzny, na dłużej zagościły w inwentarzu artystycznych środków Hartwiga. Także wtedy, gdy ekspresyjnie kontrastując formy, intensywnie grafizował przedstawienia, nie stroniąc od efektów grubego ziarna, posteryzacji czy solaryzacji.

Znakomity fotografik i zarazem czołowy eksperymentator Zbigniew Dłubak mówił z uznaniem o starszym koledze, którego charakteryzowała niemal skrajnie odmienna postawa twórcza: "Wszystkie tak różnorakie działania artystyczne Hartwiga zbiegają się, moim zdaniem, w jednym miejscu i tam odbywa się ów akt ostateczny, który nadaje sens poprzednim poczynaniom. Jest to ciemnia fotograficzna. Hartwig zadziwia wirtuozerią w wykonaniu powiększeń". Lublinianin nieraz ocierał się o surrealizm czy abstrakcję, zwielokrotniał obraz na jednej klatce, stosował kolaże i fotomontaże, odkształcał wizerunek podczerwienią czy rastrami. Niekiedy owijał fotografowane przedmioty w plastikową folię dla urozmaicenia odrealniających obraz efektów świetlnych. Jednak nigdy nie zakotwiczył na dłużej w domenie fotografii awangardowej, która w latach 70. XX wieku przybrała (m.in. dzięki Dłubakowi) oblicze konceptualne.

Fotografia barwna skusiła go dopiero po osiemdziesiątce. Dziś fetowałby zarówno 95. urodziny, jak i przygotowaną przez siebie ekspozycję monograficzną*), której nie zdążył już zobaczyć, czy kolejną okrągłą rocznicę - równe trzy ćwiartki wieku od pierwszej wystawy indywidualnej. Jak na prawdziwego klasyka przystało, upraszczał w późnych latach artystyczny język, sięgając granic czystego fotograficznego zapisu. W pejzażach nadal nie stronił od romantycznego patosu, choć wyrażanego inaczej niż za młodu. Znów jeździł do Kazimierza, dopóki mógł: "Pobyty tutaj są dla mnie rodzajem święta. Nie inaczej odnajdowała się pod Trzykrzyskim wzgórzem jego siostra Julia. W wierszu Kazimierz pisała:

Furtka zaprasza nas, abyśmy weszli w ten krajobraz
i wzięli go na własność. (...)
O, widoku, od ciebie serce się poszerza,
ciało czuje się dobre, szczęśliwe i lekkie (...).

_______________________

*Edward Hartwig (1909-2003). Fotografie ze zbiorów Rodziny Artysty i Muzeum Narodowego w Warszawie. Muzeum Narodowe w Warszawie, lipiec - październik 2004; kurator: Małgorzata Plater-Zyberk. Wypowiedzi Edwarda Harwtiga cytuję za katalogiem wystawy.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail