KRZYSZTOF MAZOWSKI
Podróże
z Kapuścińskim
Ciekawe, czy rzeczywiście Ryszard Kapuściński ma poczucie
zmarnowanej szansy, zmarnowanego życia? Czy nie zadowala go
pozycja człowieka okrzykniętego najlepszym reporterem świata?
Czy rzeczywiście tematy z piasku rozsypią się z czasem i zostanie
sam piasek, pustynia?
Lektura tekstów Kapuścińskiego to ożywczy powiew na dnie
zatęchłej piwnicy naszych czasów. Wydaje się wręcz niemożliwe,
aby ktoś potrafił przeżywać kolejne dni życia z taką intensywnością
i jasnością widzenia najbardziej nawet niewyraźnych szczegółów.
Jednocześnie musi to być straszliwa męka, ból pod powiekami
wywołany jaskrawością obrazu. Widzi, jest świadkiem, jest
świadom, a jednocześnie jest bezsilny. To może porazić, to
musi porazić, to może zabić. Przynajmniej zabić człowieczeństwo,
wywołać otępienie, obojętność. Jeżeli nie jestem w stanie
nic zrobić, mogę tylko wzruszyć ramionami i pójść dalej. Mogę
to też opisać, wyspowiadać się słowami na kartce i w ten sposób
rozgrzeszyć się, że nie jestem w stanie nic zrobić.
Właściwie teksty Kapuścińskiego powinny być zakazane. Teksty,
Kapuściński pisze bowiem teksty. Tak nazywa swoje pisanie.
Potem to się drukuje, my to czytamy i zaczyna się dziać coś
niedobrego. Ale nie tak od razu. Najpierw jest fascynacja.
Ot, czytamy sobie Cesarza...
Przez wiele lat nie mogłem się zmusić do przeczytania czegoś
Kapuścińskiego. Co taki facet, który w peerelu pracował w
komunistycznych gazetach i komuniści wypuścili go, aby pisał
o świecie, może napisać o tym świecie? Że Winnie Mandela to
wspaniała bojowniczka o prawa człowieka? Z góry założyłem,
że nie dam się nabrać na takie teksty.
Nasza utrata wiary w wagę i sens wartości, jakie to
częste, jakie powszechne! Wszelkie dociekania o źródła kariery
światowej sprowadzają się do takich pytań: kto mu pomógł?
Kto mu załatwił? Jak to rozegrał? Nikomu nie przychodzi do
głowy, że to, co zrobił, co stworzył, zyskało uznanie, ponieważ
ma wartość! (Lapidaria II,
s. 2621)
Mieszkając w Polsce słuchałem Radia Wolna Europa, Głosu Ameryki
i czytałem Przegląd Techniczny. Kiedy sam zacząłem
pisać w polskich gazetach, starałem się unikać "sedna sprawy".
Potem miałem przerwę w życiorysie intelektualnym, spowodowaną
emigracją. Nie wiem, może ta przerwa trwa nadal, a może się
już skończyła. W każdym razie przypadkowo natknąłem się na Cesarza i nogi się pode mną ugięły, a w zamroczonym
emigracją umyśle zaczęły kiełkować jakieś dziwne myśli.
Tak więc czytamy sobie Cesarza i zaczyna się proces
chorobliwego uzależnienia od tekstów Kapuścińskiego. Jest
to coś, co nazwałbym połączeniem stanu iluminacji z obsesją.
Rozpoczyna się rozpaczliwe szukanie kolejnych książek, pożyczanie,
kupowanie, potem pochłanianie, najpierw łapczywe, a potem
przeżuwanie powtórne, powolne, aby strawić wszystko i niczego
nie uronić, aby utuczyć się tą strawą duchową, nasycić się
i nie dostać mdłości. Mam na myśli oczywiście te sartrowskie,
egzystencjalne. Mdłości jednak nadchodzą z powodu zaburzenia
stanu równowagi psychicznej. Jeżeli świat jest taki, jakim
opisuje go Kapuściński, to w zasadzie należałoby od razu wyskoczyć
przez okno, najlepiej z wysokiego piętra.
Kapuściński nie jest tylko pisarzem. On jest kaskaderem uzależnionym
od poziomu adrenaliny, ale na Boga, taka dawka adrenaliny
dla nas, zwykłych śmiertelników, może być niebezpieczna. Nie
wiem, może dla Kapuścińskiego świat to Disneyland, a to, co
opisuje, to tylko reportaże z gabinetów osobliwości i tuneli
grozy, albo podróżuje sobie za pan brat z Herodotem i w ten
sposób "wymyśla" sobie, że ma dystans do tego wszystkiego,
aby zachować zdrowie psychiczne. To tylko taka przygoda z
kartką papieru. Jeżeli jednak ktoś nie ma takiego dystansu,
bo jest tylko prymitywną istotą reagującą na ból krzykiem
i płaczem, tak jak drażniony goryl w Lapidarium (II
s. 191), to teksty Wielkiego Reportera są porażające i jako
takie powinny być zakazane.
W mojej gotowości do ryzyka może jest trochę chłopięcej
fanfaronady. Gdy przebrany za pilota, schowany w rosyjskiej
maszynie, leciałem do Górnego Karabachu, właściwie byłem pewien,
że wojskowi odkryją mnie. Była to w gruncie rzeczy akcja niemożliwa
do wykonania. Gdyby mnie złapano, to zostałbym oskarżony o
próbę porwania samolotu, a za tę zbrodnię główną rosyjski
kodeks przewidział karę śmierci. Zapewne nie skazano by mnie
naprawdę na karę śmierci, ale z pewnością wylądowałbym w więzieniu.
Gdy wszystko się jednak skończyło pomyślnie, czułem satysfakcję:
Znowu mi się udało. To jest gra. Potrzeba atmosfery skrajnych
napięć tkwi we mnie głęboko. Bez wyzwania staję się ospały
i nie jestem zdolny do pisania. (Lapidaria
II, s. 219)
Przypomina się w tym momencie film Piękny Antonio2) z Mastroiannim, chociaż powinien być to raczej Pieski świat3).
Ale od ilu lat dozwolony jest ten film? Czy już przeszliśmy
okres dojrzewania i wiemy, że świat to nie tylko kwiatki i
motyle? A może wręcz przeciwnie, oglądamy, czytamy i nie odczytujemy
wcale tego wszystkiego, co naprawdę jest napisane? Idziemy
na ten film, bo są tam "mocne" sceny, a nie dostrzegamy mechanizmów,
które za nimi stoją. Przemyciliśmy się na film od 18 lat mając
8? W ten sposób możemy sobie spokojnie czytać przygodową książkę
o Indianach pisarza dla młodzieży Kapuścińskiego, a potem
spać spokojnie.
Dzisiaj zresztą wiele osób kupuje książki "na wagę". Kupuję,
bo jestem inteligentnym człowiekiem, bo chcę być "na bieżąco",
kupuję, bo mówi się o tym pisarzu. Książkę przekartkuje się
wieczorem przed zaśnięciem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku
polskiego inteligenta, a rano postawi na półkę. Tak naprawdę
książki czytają tylko krytycy literaccy i witkiewiczowskie
"ciotki kulturalne", no i może emeryci, którzy i tak już nic
nie mają ani do powiedzenia, ani do stracenia. Stąd też lektura
Kapuścińskiego nie wywołuje ani rewolucji, nawet moralnej,
ani fali samobójstw.
Mój ojciec kupuje codziennie kilka książek. Przychodzi do
domu wieczorem i zastanawia się, gdzie je położyć, na którą
półkę, gdzie jest podobny format, podobna tematyka. Półek
ciągle brakuje, ojciec majstruje nowe - często z desek znalezionych
na podwórku. Książki stoją już niekiedy w dwóch, a nawet w
trzech rzędach. Nie ma dostępu do pierwszego ani drugiego,
co tylko jest dobrym pretekstem, aby kupować nowe książki,
nawet te same, ale inne wydania... Trylogia jest w
pierwszym rzędzie od ściany i w trzecim, jeszcze dostępnym.
Książki Kapuścińskiego podobno gdzieś stoją bezpiecznie w
drugim. Ojciec mówi, że na pewno tam są, nie wie dokładnie
gdzie, ale żebym nie kupował... Ja jednak chciałbym coś przeczytać,
wygłodzony na emigracji intelekt domaga się kolejnej dawki
tekstów, nawet może to być kolejne Lapidarium. Biegnę
do księgarni i kupuję Autoportret reportera4),
czyli Kapuścińskiego zmacdonaldyzowanego, w przetrawionej
formie. Książka wydana na fali rodzącego się kultu Wielkiego
Reportera. Czytam i nie mogę wyjść z podziwu. Złota myśl goni
złotą myśl, każdy kolejny cytat celniejszy od poprzedniego,
a wszystko to w oddramatyzowanej, bezpiecznej formie, ot tak,
usiąść sobie wieczorem na kanapie. Potem ustawię sobie książkę
na mojej półce w kolejnym rządku.
Cóż, musimy pogodzić się z tym, że Kapuściński nie napisze
już żadnej "nowej" książki, nie będzie już żadnej nowej relacji
z frontu walki. Będą za to Lapidaria i Podróże z
Herodotem5), będą podróże
do wnętrza jaźni, może nawet bardziej dramatyczne od przygód
afrykańskich. Lapidaria czyta się jak Biblię.
Można otworzyć w dowolnym miejscu, przeczytać fragment i mądrości
wystarczy na cały dzień. Można też masochistycznie przewracać
kartkę za kartką i połykać kolejne tekściki... Tam znajdzie
się odpowiedź na każde pytanie. To puenty, których wystarczyłyby
na wiele książek. Tymczasem Kapuściński rzuca je nam ot tak
pod nogi, nie przejmując się wcale Noblem, którego by dostał,
gdyby do jakiejś celniejszej puenty dopisał całą książkę.
Straszne marnotrawstwo, a może to brak czasu? Może maniera
telewizyjna, gdzie na podanie informacji, przyciągnięcie uwagi
ma się tylko minutę. Kto dziś ma czas i spokojną głowę na
czytanie Zbrodni i kary? Mamy tylko czas na zerknięcie
na ekran telewizora. Zdążymy zobaczyć kilka migawek ze świata
i przede wszystkim prognozę pogody i już wiemy, jak rano powinniśmy
się ubrać do pracy. Może zatem Kapuściński chce nas przechytrzyć,
wykorzystać nasze telewizyjne nawyki i strzela do nas celnym
akapitem w Lapidarium. Wie, że jesteśmy w stanie skupić
się tylko na chwilę. Chyba jednak nas rozgrzesza, widział
tyle, niczemu się nie dziwi. Jest mnożącym się w nieskończoność
obserwatorem zdarzeń, w których nie uczestniczy. Tak jak nie
uczestniczy w polskim życiu politycznym, którego prawie nie
komentuje. Po co?
Czy ma sens, aby na łamach tygodnika literackiego dyskutować
o chamstwie? Nie ma, ponieważ chamy nie czytają takich tygodników.
Dyskutowanie w takim piśmie o hołocie mija się z celem, gdyż
ona w ogóle nie czyta, nie interesuje się takimi problemami,
jak kultura, etyka. Chamstwo jest zamknięte w sobie, szczelnie
otorbione, zakute, niereformowalne. (Lapidaria II, s. 265)
Kapuściński napisał już tyle, że z jego tekstów można złożyć
dowolną konstrukcję, własną książkę, tak jak w Grach w
klasy Cortazara. Można dopasować odpowiedni cytat do dowolnej
tezy i powiedzieć - no proszę, Kapuściński tak powiedział.
Ostatnio wydano parę publikacji opracowanych na podstawie
wywiadów i rozmaitych jego tekstów. Wspominałem już o Autoportrecie
reportera, książce, która nie powinna się ukazać, bo robi
tylko krzywdę Kapuścińskiemu. Obserwujemy tworzenie się kultu
Wielkiego Reportera. Ukazuje się mnóstwo wywiadów, sprowadzających
pisarza do poziomu czytelnika, działa nieoficjalna strona
internetowa, gdzie znaleźć można prawie wszystko o Kapuścińskim.
I dobrze to, i źle. Mam mieszane uczucia. Brakuje jeszcze
cytatów na transparentach. Byleby tylko nie zachwiać proporcji.
To fakt, że doświadczamy pewnej próżni intelektualnej w Polsce,
której nie jest w stanie wypełnić Masłowska ani Kuczok. Tę
próżnię wypełnia się zatem "nową literaturą". Kapuściński
spełnia wszystkie parametry niezbędne do zaspokojenia najwybredniejszych
gustów czytelników, ale jeżeli ma być to tylko Kapuściński,
to ja protestuję. Jasne, że będę czytał, że będę czekał na
kolejne publikacje, będę podróżował z Kapuścińskim, tak jak
on z Herodotem, będę po prostu szukał mądrości tam, gdzie
ona jest, ale na Boga, nie chcę być człowiekiem jednej księgi.
Dla kogo pisze Kapuściński? Do kogo apeluje, do czyich sumień?
Polityków? Uważa ich za szalonych, pogardza nimi. Polityka,
pisze, jeżeli długo się nią zajmować, paczy, korumpuje umysł.
Do zwykłych ludzi? Tym brak ciekawości świata. Ci nie czytają
jego książek. Dla pięknoduchów, którzy przeczytają jego teksty
i powiedzą - jakie to ciekawe? Dla senatów uczelni humanistycznych,
które mogą przyznać doktorat honoris causa? Kiedy Jan Karski
przywiózł na Zachód relację o zagładzie Żydów, nikt nie chciał
mu wierzyć, albo inaczej - udawano, że mu nie wierzą, bo tak
było wygodniej. Kiedy Kapuściński pisze Heban, wszyscy
mu wierzą, ale czy coś z tego wynika? Jakie to ciekawe, a
jak dobrze napisane! Czy jednak komuś przyjdzie do głowy,
że sytuacja w obozach uchodźców zakładanych przez ONZ jest
niekiedy gorsza niż sytuacja więźniów hitlerowskich obozów
zagłady? I co to oznacza? Nie będzie procesu w Norymberdze,
bo nikt tu nie jest winien. "Wiele rzeczy zaczynamy rozumieć
późno, jeszcze więcej bardzo późno, najwięcej - zbyt późno".
A może wszyscy jesteśmy winni i powinniśmy udławić się schabowym,
aby sprawiedliwości dziejowej stało się zadość? Może zatem
powinniśmy umówić się tak - że to wszystko, co pisze Kapuściński,
to fikcja literacka, dać mu Nagrodę Nobla i posłać na emeryturę.
Niech już dłużej nie wywołuje poczucia winy przy niedzielnym
obiedzie. A może nie powinno się wydawać takich książek, zakazać
wręcz? Są takie książki, po przeczytaniu których czytelnik
czuje się lepszym człowiekiem. Po lekturze Kapuścińskiego
niestety nie, chociaż zawsze można się pocieszyć:
W rezultacie często obserwujemy zatratę wszelkich proporcji,
wszelkiego rozsądnego umiaru. Choćby pisanie o masakrach w
Rwandzie - "mierć Afryki", mimo że mieszkańcy tego kraju stanowią
mniej niż 1 procent ludności kontynentu. Albo wypowiedzi różnych
intelektualistów, że świat pogrąża się w wojnie, mimo że społeczeństwa,
w których toczą się wojny, to mniej niż 1 procent ludzkości. (Lapidaria III, s. 367)
Kapuściński jest już na takim etapie, że może opublikować
praktycznie wszystko. Nawet swój notes z telefonami i adresami
znajomych i oczywiście odpowiednim komentarzem. Ludzie to
kupią i będą zachwyceni. Ja pewnie też. Czemu więc nie wydać
notatek z wykładów historii starożytnej, prowadzonych przez
prof. Izę Bieżuńską-Małowist?6)
Z Herodotem "spotkałem się" dokładnie w tym samym miejscu,
co Wielki Reporter, tylko dwadzieścia lat później. Wykłady
prof. Bieżuńskiej były senne. Ja też. Siedziałem w tej samej
długiej ławce, którą opisuje Kapuściński - w Instytucie Historycznym
Uniwersytetu Warszawskiego, i nie chciało mi się myśleć o
Herodocie. Książkę kupiłem za 90 zł w antykwariacie na więtokrzyskiej,
a po zdanym (!) egzaminie odprzedałem z niesmakiem w tym samym
antykwariacie, ale już za 60 zł. Kiedy ma się 20 lat, a w
organizmie trwa wojna hormonów ze zdrowym rozsądkiem i pragnieniem
wiedzy, trzeba mieć kręgosłup Kapuścińskiego, aby zachwycić
się Herodotem siedząc na twardej ławce Instytutu Historycznego
UW7). Tymczasem my, nie tylko ja, na
tych samych ławkach dwadzieścia lat później, nienawidziliśmy
Herodota i nie odróżnialiśmy jego Dziejów od Anabasis Ksenofonta, co miało znamienne skutki na egzaminach po pierwszym
roku. Wiadomo było, że na pierwszy rok przyjmuje się sporo
młodzieży z punktami za pochodzenie i na końcowym egzaminie
u prof. Bieżuńskiej będzie masowa egzekucja. Zajęcia były
prowadzone w sposób "represyjny", nieprzyjemny, sadystyczny
wręcz. Historię sprowadzono do intelektualnego wymiaru tabliczki
mnożenia, którą trzeba wykuć na pamięć i potem udzielić bezbłędnej
odpowiedzi. "Izunia" miała spojrzenie bazyliszka i taki czar
emanował z jej osoby, kiedy dostojnie wchodziła po schodach
w Instytucie. Wszyscy się jej bali, wszyscy, z wyjątkiem Kapuścińskiego
może, jej nienawidzili, a myśl o końcowym egzaminie wywoływała globus histericus... Kiedy więc usłyszałem "3+" z ust
prof. Bieżuńskiej, pobiegłem szybko do antykwariatu i sprzedałem
Herodota. Teraz mi wstyd. Teraz czytam Podróże z Herodotem i naprawdę mi wstyd. Nie sądzę, aby mój egzemplarz Herodota
był jeszcze w antykwariacie na więtokrzyskiej, nie wiem, czy
jeszcze jest ten antykwariat, ale przy najbliższej bytności
w Warszawie pójdę sprawdzić i pewnie "odkupię" Herodota, bo
przecież teraz też są studenci historii, którzy go nienawidzą
i pozbywają się go po zdanym lub oblanym egzaminie.
Pisze więc sobie Kapuściński i ogarnia go żal, że zmarnował
swoje lata w Afryce:
Miałem okazję napisać tom reportaży z wypraw do ruin,
zrobić tom rozmów z pisarzami, z malarzami, lepiej poznać
tamtą muzykę i balet. W to miejsce napisałem kilka książek
o temacie z piasku - tj. o polityce afrykańskiej, a więc o
rzeczy najbardziej nietrwałej, złudnej i ulotnej na świecie.
Waga tematu książki w jakimś sensie warunkuje ciężar samej
książki. Oczywiście książka może być lepsza lub gorsza, ale
utwór poświęcony problemom odwiecznym i wielkim ma większą
szansę przetrwania niż rzecz o błahostkach. (Lapidaria
I, s. 162)
Czy zatem Kapuściński ma poczucie zmarnowanej szansy, zmarnowanego
życia? Czy jest pesymistą? Chwyta się Herodota? Czy boi się,
że z tematy budowane z piasku rozsypią się niebawem, zostanie
sam piasek, pustynia? Czy to tylko kokieteria, nerwica natręctw
pisarza? Chyba nie.
Na świecie żyje sześć miliardów ludzi. To potencjalne
sześć miliardów różnych interesów, ambicji, sprzeczności,
konfliktów. Naładowana taką energią nasza planeta powinna
dawno wylecieć w powietrze, przecież mamy bomby, jednak świat
istnieje, żyje w pokoju (w miarę), jakoś się rozwija. Jak
więc nie być optymistą? (Lapidaria
III, s. 442)
----------------------------------------------------
Przypisy
1) Opieram się na wydaniu zbiorowym (I-III),
Czytelnik, Warszawa 2003.
2) Piękny Antonio, 1960, ekranizacja powieści Vitaliano
Brancatiego, scen. Pier Paolo Pasolini, reż. Mauro Bolognini.
Historia impotenta, który musi najpierw zrobić coś niebezpiecznego,
aby być zdolnym do miłości fizycznej.
3) Pieski świat, 1962-64, reż. Gualtiero Jacopetti/Franco
Prosperi.
4) Autoportret reportera, Znak, Kraków 2004.
5) Podróże z Herodotem, Znak, Kraków 2004.
6) Prof. Iza Bieżuńska-Małowist w 1952 r. objęła stanowisko
kierownika Katedry, a od 1969 r. - Zakładu Historii Starożytnej,
które zajmowała do chwili przejścia na emeryturę w 1987 roku.
7) Instytut Historyczny UW, utworzony w roku 1930, wchodził
- obok Instytutu Historii Sztuki i Instytutu Archeologii -
w skład Wydziału Historycznego UW.
|