Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Trąd jako trend
Polska jawi mi się coraz bardziej jako kraj nudny. Wyznać to muszę po kilku długich miesiącach pobytu. Złapałem się na tym, że tęsknię za kontynentem północnoamerykańskim. Za moimi skromnymi sąsiadami Chińczykami, z którymi na co dzień zamieniam kilka zdawkowych zdań o pogodzie. Za panią Jolą z Pekao i panią Teresą z księgarni Artus przy "Rączej Wólce" w Toronto, mającymi zawsze uśmiech na jasnych twarzach i dobre słowo w odwodzie. Za panem Andrzejem z zakładu samochodowego i panem Kazimierzem znad zimnego jeziora Kamaniskeg, częstujących mnie miodem łagodności. Brakuje mi tych zwyczajnych Polaków, którzy bogactwo własnych osobowości i talentów byli w stanie rozwinąć dopiero poza krajem. To przykre stwierdzenie, ale wydestylowane z setek długich nocnych rozmów z krajanami różnych grup społecznych: nad Wisłą jest coraz trudniej być. A co za tym idzie - żyć.
Polska jest dla mnie nudnym krajem, bo w Polsce zaczęło mi brakować zwyczajnych ludzi, zamieszkujących obce krainy, brakuje mi normalnych, zdrowych relacji międzyludzkich opartych na bezinteresowności, zaufaniu, zakładającym dobre, i tylko dobre intencje. W kraju nad Wisłą ludzie sobie nie ufają, ludzie się od ludzi odgradzają, mają dla siebie złe twarze i złe słowa. Wydawać by się mogło, że to komuna atomizowała społeczeństwo, by je kontrolować. Okazuje się, że teraz to społeczeństwo żyć inaczej nie umie, jak we wzajemnej nieufności. Ludzie, pozamykani na wszystkie skoble, nie są w stanie ze sobą normalnie współżyć, z łonem rodziny włącznie. Duży w tym udział ma historia, ale czy tylko ona?
W Polsce zanika instynkt społeczny, wymierają ostatni Mohikanie mądrego patriotyzmu. Polska stała się balonem, z którego gwałtownie uchodzi powietrze. Rozlega się w niej wrzask różnej maści prostaków, zawracających Wisłę kijem i sprytnie zagarniających pod siebie społeczne pieniądze. Wrzask wydobywa się z grubych gardzieli pod postacią wulgarnego języka. Użycie literackiej polszczyzny zaczną chyba niedługo karać mandatami, podobnie jak przeklinanie w miejscach publicznych. Żeby było śmieszniej, mówienie literacką polszczyzną uważane jest tu za słabość. Pisze Sławomir Mizerski w Polityce: "Za językową normą i poprawnością chroni się miałkość myślowa, gubiąca brutalny rytm dzisiejszej Polski". Przyznawanie się do władania poprawnym językiem polskim, podobnie jak posiadanie głowy, stało się w Polsce widomym przejawem głupoty.
Polska jest nudnym krajem, bo wszystko się w naszej biednej, starej ojczyźnie pomieszało. wiat współczesnej polszczyzny, słyszany i oglądany w filmach, w teatrach, na ulicach to świat w zupełnie nowym stylu, świat wulgaryzmów, bluzgów, przekleństw, dramatycznej beznadziei, jednym słowem - świat zionący nudą. Gdybym nie chodził po tych kinach, teatrach, ulicach, pewnie bym nie uwierzył. A tak nie wierzę własnym uszom: ja nie znam języka polskiego! I nie powinienem się dziwić: od dwudziestu lat używam na emigracji polszczyzny, która w kraju dawno już wyszła z użycia. Obecna polszczyzna jest jak trędowata. W kraju szerzy się jakiś szaleńczy, samobójczy trend na trąd językowy: im gorzej, bardziej niechlujnie, wulgarniej - tym lepiej. Język polski zachorował na schizofrenię, uprawia samozniszczenie, podlega redukcji. Wymaga natychmiastowej reedukacji, ale jak to zrobić, gdy nie ma już w Polsce Tuwimów i Lechoniów, Słonimskich i Wittlinów, czyli Żydów - naszej elity językowej, ludzi najlepiej wykształconych, najpiękniej władających polszczyzną.
Podobnie jak dobre maniery. Puszczanie przodem, ustępowanie miejsca w kolejce, mówienie, a nie wymyślne lżenie uważane jest za dziwactwo noszące znamiona cherlactwa. Dobro jest w Polsce objawem słabości, kultura bycia także, natomiast normą społecznych zachowań stało się brutalne chamstwo, depczące kwiaty w każdym ogródku, z wyjątkiem tych zaminowanych.
Polska jest nudnym krajem, bo Polacy stali się nudnymi ludźmi. Patrzą jak na wariata na każdego, kto się do nich uśmiechnie albo przyjaźnie zagada. Nie ufają, wietrzą podstęp lub interes. Do czasu jednak, dopóki się nie przyznasz, żeś z "Kanadowa". O, to co innego. Polak krajowy natychmiast przestawia optykę, gdyż Polak zagraniczny ma tutaj kilkakrotnie wyższe notowania niż najbardziej wartościowy swojak z naprzeciwka. Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie lubimy ludzi z tej samej parafii, wioski, ulicy. Tak już mamy.
Polska jest nudnym krajem, bo polską ulicą płynie szerokim rynsztokiem polszczyzna schamiała, brutalna, agresywna, wyprana z myśli i sensu. W polskich mediach panoszą się chamy, które pchają się na chama, bo jakże by inaczej, adresując pokraczne płody własnej "tfurczości" do chamów. Takie przynajmniej znajdują dla siebie usprawiedliwienie: nie robią gazet dla czytelników, tylko, ich zdaniem, dla pospólstwa, plebsu i matołków. Dlatego, siedząc w Polsce, prawie nie oglądam telewizji i nie czytam gazet.
Nadstawiam za to ucha na ulicy, w urzędzie, w kawiarni. Po kilkadziesiąt razy dziennie słyszę zaledwie kilka słów, za pomocą których Polak komunikuje się z Polakiem. Obiecałem mojej Redaktor nie zaśmiecać tego tekstu mową współczesnej Polski, więc słów nie przytoczę. Chodzi oczywiście o popularne określenia kobiety lekkich obyczajów, ruchów frykcyjnych oraz narządów rozrodczych męskich i żeńskich. Tych kilka słów w niezliczonych konfiguracjach jest w stanie plastycznie opisać każdą sytuację życiową. To język ulicy, mównicy sejmowej, studia telewizyjnego, szkoły, literatury. Poeci pozazdrościli chyba sprośnym fraszkom Kochanowskiego i Reja. Ale, w odróżnieniu od ojców polszczyzny, nie operują językiem ani pogodnym, ani godnym. Jak napisał cytowany Mizerski, jest to język "napiętych, złych emocji, szczególnie chętnie używany przez ludzi odrzuconych, przegranych, sfrustrowanych".
Wynikałoby z tego, że klnący politycy wygrywający wybory, bluzgający prezenter, zarabiający krocie, Beata Tyszkiewicz, rzucająca mięsem w programie TVN o tytule "Mamy Cię", są ludźmi przegranymi. Nie jest tak. Najchętniej klną w Polsce ludzie sukcesu, nuworysze, nowobogactwo. Chamski język dodaje im pewności siebie, w swoich i cudzych oczach są "macho", królami życia. Codziennie spotykam się z młodymi ludźmi. W rozmowie ze mną pilnują się, jak mogą, by ich mowa ojczysta nie przypominała zsypu na śmieci. Ale już na urodzinach, na które mnie zaprosili, bariera z redakcji uległa redukcji, no i usłyszałem prawdziwą polszczyznę współczesnej młodzieży. A potem z głupia frant zapytałem, gdzie nauczyli się tak mówić. - W domu - padła odpowiedź. Trochę też na podwórku, na ulicy, gdzie spędzali większość wolnego czasu, szlifując chodniki i polszczyznę zredukowaną, ale przede wszystkim w domu.
Dlatego z Polski coraz bardziej tęsknię do domu za oceanem i moich sąsiadów Chińczyków, mówiących do siebie ludzkim językiem, choć dla mnie zupełnie niezrozumiałym.
|
|