PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 26 listopada 2004


GRAŻYNA DRABIK

Rytmy Nowego Jorku

Boży szaleńcy


Kiedy niespodziewanie się potkniesz, naturalnym odruchem jest wysunięcie rąk przed siebie. Instynktownie chcesz złamać linię upadku, ochronić pierś, zakryć głowę. Jednym z najbardziej niebezpiecznych jest gwałtowny upadek prosto w tył, grozi uderzeniem potylicą o ziemię.

Jesteśmy z gatunku, który choć od dziesiątków tysięcy lat żyje jako istota dwunożna, musi miesiącami cierpliwie uczyć każdego ze swoich młodych poruszania się w pozycji wertykalnej. Jesteśmy stworzeniem, które choć związane z ziemią, nieodmiennie marzy o wzniesieniu się lotem ku niebotycznym wysokościom. Bez skrzydeł, z wyjątkiem tych wyobraźni. Niepoprawni Ikarzy. wiadomi, że każdy upadek z wysokości może być śmiertelnie ryzykowny.

Przede mną pięciu atletycznie zbudowanych tancerzy z kunsztem i wyraźną przyjemnością skacze na trampolinie. Obserwuję ich w podwójnym ujęciu: na filmie, gdzie blade sylwetki wzlatują bez wysiłku ku niebu. Skaczą ukosem, po przekątnej. Zjawiają się w dolnym rogu ekranu, znikają w górnym. Znów wyskakują a to z lewej strony, a to z prawej. Krzyżują się w swobodnym locie, jakby całkiem bez trudu. Uśmiechnięci, wzajemnie dopingują się do dalszych skoków.

I obserwuję ich na scenie, o wyciągnięcie ręki, wznoszących się - jak na filmie - bez wysiłku coraz wyżej, spadających jednak nie jak na filmie. Dramatycznie. Całym ciężarem ciała przypisanego ziemi. Upadają na gruby materac rozłożony na podłodze. Uderzenie rozlega się głucho i głośno. lecz oni znowu wspinają się sprawnie na trampolinę, wyskakują hen, pod sufit, lecą - lecą! I zaraz huk upadku - prosto, płasko, bez najmniejszego zgięcia ciała. Przodem, tyłem. Natychmiast powstają, prawie zanim skończy się upadek, i już wzlatują jeszcze wyżej... Solo, w duecie, w precyzyjnej synchronizacji czterech, pięciu ciał w jeden-ciągły-rytmiczny-ruch. Terry Dean Bartlett, Christine Chen, Aaron Henderson, Jonah Spear, DeeAnn Nelson, Fabio Tavares da Silva. Stojąca z boku sali Elizabeth Streb, odpowiedzialna za te dziwne i fascynujące działania, obserwuje tancerzy uważnie, zagryzając wargi z przejęcia. Jak w cyrku, kiedy trapeziści latają bez zabezpieczeń, jak w przypadku wyczynów kaskaderskich czy jak w czasie uprawiania ekstremalnych sportów czujesz przyśpieszone bicie serca. Smak szczególnego podniecenia, kiedy podziw dla sprawności i sztuki wykonawców miesza się z niepokojem o ich bezpieczeństwo.

Sylwetki na ekranie wyglądają blado, bo na sali jest jasno, światło nie zostało przytłumione. Maluchy, których pełno na popołudniowym, ostatnim w sezonie przedstawieniu, kręcą się swobodnie. Rodzice rozmawiają z dziećmi. Coraz ktoś z widzów westchnie z głośnym przejęciem, zaprotestuje półokrzykiem, zaklaszcze z entuzjazmem. W przestrzennej hali panuje atmosfera nieco z artystycznego widowiska, nieco z ludowego festynu. Widać, że niektórzy goście czują się jak u siebie. Bo też ta przestrzenna hala jest nie tylko salą przedstawień, lecz także miejscem otwartych dla publiczności prób oraz zajęć prowadzonych przez Streb dla dzieci i dorosłych. To nowy dom zespołu stworzony w zeszłym roku na Williamsburgu, w dawnej fabryce musztardy. (Slam Show, 21 listopada, Streb Lab for Action Mechanics, 51 North 1st St., Brooklyn).

Kusi pytanie: dlaczego Elizabeth Streb i jej tancerze podejmują takie ryzyko? Odpowiedź sugeruje intensywne zaangażowanie i powaga pracy Streb. Prowadzi ona poszukiwania nad dynamiką i mechaniką ruchu od przeszło dwóch dekad. Obok skoków tancerze przygotowują popisy na latającym trapezie oraz różne ćwiczenia/układy taneczne w surowo wytyczonych ramach przestrzeni, np. w niewielkim pudle lub w dynamice wyznaczonej przez wiążący ich powróz. Streb fascynują pokusy rozszerzania granic możliwego, przełamywanie bariery ograniczeń - tak w przestrzeni, jak w czasie. Ten taniec-działanie wymaga nie tylko nadzwyczajnej siły i sprawności, lecz także precyzji. Szczególnie ciekawa wydaje mi się w jej pracy próba podważenia rządów siły ciężkości przy jednoczesnym uznaniu jej nieubłagalnego działania. Hałas upadku jest tu celowym przypomnieniem trudu, jakiego wymagają te "wolne" skoki.

Wyzwanie, ciekawość, smak ryzyka - oto jeden kierunek odpowiedzi na zadane wyżej pytanie. Lecz wydaje mi się, że widziałam jeszcze inną odpowiedź wyraźnie wypisaną na twarzach tancerzy: w ich szerokim, pełnym zadowolenia, dumy i radości uśmiechu. Jest bowiem w dynamice działań Streb coś pięknie prostego - przypomnienie dziecięcych zabaw, przyjemność intensywnego ruchu, cudny przedsmak spełnionego marzenia o locie. Boski dar, po ludzku wypracowany.

Troszkę podobną przyjemność, choć nie w ryzyku, lecz w ludycznym charakterze, obiecuje nowa opera Charlesa Wuorinena z librettem Jamesa Fentona na podstawie powieści Salmana Rushdiego Haroun and the Sea of Stories. W 1990 r. Rushdie napisał dla swego 11-letniego syna rodzaj baśni o Harounie, dzielnym chłopcu, który ratuje z tarapatów swego ojca Rashida.

Dla Rushdiego, pod wyrokiem fatwy, powieść dla młodocianych mogła być rodzajem obronnego zaklęcia. Dla innych - przypowieścią o niebezpieczeństwach nietolerancji. Rashid, wspaniały gawędziarz, po nagłym odejściu żony traci dar snucia opowiadań. Haroun (wdzięczna Heather Buck) odkrywa, że "ocean opowieści" zatruwają wrogie twórczemu słowu siły złowrogiego milczenia. Po przeróżnych przygodach odwaga i niewinność dziecka przezwycięża skorumpowanego polityka Snooty Buttoo oraz zdradzieckiego Khattam-Shuda, wodza ciemnych mocy głupoty i zła.

Rushdie znalazł świetnego partnera w angielskim poecie, który przygotował bardzo zabawną językowo adaptację powieści. Gorzej wyszła tu współpraca z amerykańskim kompozytorem, znanym z akademickiego wyrafinowania. Wourinen skonstruował skomplikowany utwór, być może teoretycznie ciekawy, lecz w zderzeniu z raczej dziecinną atmosferą całości, podkreśloną wymyślnie kolorową oprawą wizualną, brzmiący jak z zupełnie innej bajki. Co może nie byłoby takie złe, gdyby nie była to bajka, gdzie zupełnie zabrakło miejsca dla zwykłej przyjemności słuchania. (Haroun, 6 listopada, City Opera, Lincoln Center).

Haroun oraz Cinderella (Rodgersa i Hammersteina) zamknęły jesienny sezon City Opera. Zabrakło w nim jakiegoś jednego, wyróżniającego się sukcesu, ale było parę ciekawych propozycji. Obok godnej prezentacji trudnej opery Poulenca Dialogues of the Carmelites znalazła się w repertuarze inscenizacja bardzo rzadko wystawianej Daphne. Szkoda, że piękną muzykę Richarda Straussa bojkotowały idiotyczne kostiumy Ashley Martin-Davis i jeszcze mniej udany ruch sceniczny w układzie Andrew George’a.

I na odwrót, świetna była prezentacja - przede wszystkim dzięki pomysłowej scenografii Adrianne Lobel, udanie zwariowanym kostiumom Isaaca Mizrahi oraz ironicznie-zabawnym układom tanecznym Marka Morrisa - mało ciekawej opery Rameau Platée. Tancerze z zespołu Morrisa (m.in. Joe Bowie, Amber Darragh, June Omura) byli tu prawdziwymi gwiazdorami, z wyjątkiem wdzięcznej Christine Brandes (sopran) jako L’Amour oraz tenora Jean-Paula Fouchécourta, który dokonywał małych wokalnych cudów w tytułowej roli wodnej nimfy, brutalnie oszukiwanej przez potężniejszych od niej bogów. Mieszane więc ten sezon pozostawia wrażenia. Ale znalazło się miejsce dla czegoś nowego (Haroun), czegoś bardzo mało znanego (Daphne) i czegoś wyjątkowo wymagającego (Dialogues...).

Teraz scenę przejmuje New York City Ballet dla popisów w bogatym programie tańców Balanchine’a, Robbinsa, Martinsa i Wheeldona. W marcu kurtyna znowu się wzniesie, by odsłonić przed nami przygody młodego Candide’a, nadzieje i rozczarowania Madame Butterfly, cygańskie czary Carmen... Wygląda na to, że sezon wiosenny będzie okazją tylko do nadrobienia zaległości w bezpiecznie popularnym repertuarze. Jedynie powrót Orlando, kontynuacja ambitnego cyklu prezentacji oper Händla, chroni wiosenny program City Opera od całkowitej sztampy.

Wuorinen nie zachęca do powrotu do swojej konceptualnie precyzyjnej, lecz mało atrakcyjnej krainy atonalnych dźwięków "wysokiej moderny". Jakżeż inne ogarnęło mnie wrażenie po wysłuchaniu utworu Kaija Saariaho, Quatre Instants. W stosunkowo krótkim utworze na sopran i orkiestrę, z francuskim tekstem arabskiego poety Amina Maaloufa, Saariaho stwarza cały wszechświat przeżyć. Jest to rzecz o miłości, jej rozdarciach, szaleństwie i ukojeniu, specjalnie skomponowana dla Karity Mattila, słusznie słynnej sopranistki z Finlandii. Zaraz po ukończeniu utworu miałam ochotę wysłuchać go raz jeszcze, przyciągana skomplikowaną, lecz kuszącą muzyką. Cały koncert zresztą był tryumfem fińskich artystów: kompozytorów Sibeliusa i Saariaho, Karity Mattila i młodego dyrygenta Sakari Oramo. (11 listopada, New York Philharmonic, Avery Fisher Hall, Lincoln Center).

Wymyka się czysto estetycznym ocenom wizyta członków bractwa muzułmańskiego "wirujących derwiszy" z Damaszku - Hatema al-Jamala, Mahera al-Jamala, Hichama al-Khatiba i Ghassana Janida. Wystąpili nie w świątyni, lecz w nowej, eleganckiej sali w Carnegie Hall - a więc było to przedstawienie, które może się podobać lub nie. Nawet jednak w tych wyraźnie zakreślonych ramach: tam na scenie muzycy, śpiewak, tancerze, na sali zaciekawiona publiczność, wyczuwało się, że ten śpiew i skupione wirowanie znaczy dużo więcej niż popisy przed nami.

"Wirujący" powtarzali nieprawdopodobnie niezliczoną ilość obrotów wokół własnej osi, coraz szybciej i szybciej. Ich białe szaty rozkładały się w szerokie kielichy pięknych kwiatów. Spiralę wiru przekreślało tylko na moment powolne wzniesienie ramienia, lekki przechył głowy. Głos Sheiha Hamza Shakküra, potężny a czuły, wznosił się i skłaniał faliście, prowadził "wirujących" bezpiecznie w nieznane, ku mistycznej unii z Bogiem. Hipnotycznie monotonny ruch i piękno śpiewu składały się w modlitwę - prośby i podziwu, tajemnicy i zadziwienia. (5 listopada, Zankel Hall, Carnegie Hall).

Podobne zderzenie, choć z przeciwnymi znakami, czeka odwiedzających wystawę sztuki współczesnej w katedrze więtego Jana, gdzie poszczególne obiekty artystyczne (instalacje, rzeźby, projekcje filmowe i wideo, malowidła ścienne) - często o bardzo radykalnie społecznej wymowie, prowokacyjne i trudne w interpretacji - zderzają się ze "świętą przestrzenią" kościoła. Tak w poszczególnych obiektach prezentowanych przez współczesnych artystów z Republiki Afryki Południowej, jak w tej konfrontacji "świeckiego" ze "świętym", wystawa jest nadzwyczaj ciekawa. ("Personal Affects. Power and Poetics in Contemporary South African Art", do 5 grudnia, St. John the Divine, Amsterdam Ave i 112st St.).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail