PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 26 listopada 2004


PRZEMYSŁAW GULDA

Sztuka
w cieniu dźwigów


Nie na darmo powszechnie mówi się o niej: "kolebka". Najpierw była zaczątkiem przemysłu okrętowego w tej części Bałtyku, potem - kolebką ruchu robotniczego, który doprowadził do upadku komunizmu w Europie, teraz ma się stać źródłem nowej siły miasta - nowoczesnym centrum biurowo-kulturalnym.

Stocznia Gdańska, bo o niej mowa, to miasto w mieście. Potężna struktura, kiedyś kwitnąca i wypuszczająca ze swych doków i pochylni setki statków, dziś obumarła i rozpadająca się niemal w oczach. To ponad 100-hektarowy teren w samym środku miasta, na którym w zasadzie niewiele się dzieje. To ogromna przestrzeń, której miasto potrzebuje i po którą zaczyna się coraz śmielej upominać. Na razie jednak to ponure cmentarzysko dawnej chwały polskiego przemysłu stoczniowego, ale ten przerdzewiały prawie na wylot, upstrzony zapomnianymi, chwiejącymi się budynkami teren staje się coraz szybciej i coraz skuteczniej miejscem niezwykle aktywnych działań kulturalnych. Działań o bardzo różnej skali, charakterze, przynależności gatunkowej i poziomie wartości artystycznej. Tak czy owak - dawna stocznia staje się prawdziwym industrialnym ogrodem sztuk.

Na początku był teatr

Cztery lata temu pojawiły się pierwsze sygnały, że w stoczni coś się dzieje, że jest tam jeszcze coś, oprócz niszczejącego z tygodnia na tydzień zestawu ogromnych maszyn i nie wiadomo do czego służących urządzeń, oprócz pączkujących niemal na oczach spółek i firm, przejmujących kolejne elementy majątku dawnej stoczni, oprócz szwendających się po terenie swego dawnego zakładu robotników, którzy nie mieli już tu nic do roboty i chyba tylko z przyzwyczajenia przechodzili po raz setny te same, zarastające powoli chwastami, ścieżki i po raz setny brudzili sobie przydziałowe kalosze w tęczowo-rdzawych kałużach. Oprócz nich zaczęli się tam pojawiać artyści. Początkowo nieśmiało, przebiegając skromnie tuż pod metalowymi płotami i ścianami ceglastoczerwonych, ponadstuletnich budynków, dając się potulnie legitymować na bramie wąsatym strażnikom, w wyblakłych mundurach, pamiętających jeszcze czasy dawnej chwały. Z czasem zaczęło być ich tu coraz więcej i zaczęli sobie coraz swobodniej i aktywniej poczynać.

Ale zanim uwili sobie wygodne gniazdo w budynku dawnej centrali telefonicznej, obsługującej ten największy w Polsce północnej zakład przemysłowy, zanim zaczęli organizować tam imprezy, o których głośno będzie w całym mieście, najpierw oczy Gdańska znów zwróciły się w stronę stoczni za sprawą Teatru Wybrzeże.

Jego dyrektor Maciej Nowak uwielbia przedsięwzięcia nietypowe, oryginalne pod każdym względem, przygotowywane z fantazją i rozmachem. Nic więc dziwnego, że kiedy w teatrze pojawił się pomysł, żeby wystawić jedną z niezbyt często dziś granych sztuk Bertolda Brechta i na dodatek - żeby wystawić ją w Stoczni Gdańskiej, Nowak zapalił się do tej idei od razu. Wszyscy pukali się w głowę i prorokowali fiasko zakrojonego na szeroką skalę widowiska. Ale okazało się, że zwyciężyła wyobraźnia i odwaga, a nie - pesymistyczne przepowiednie.

Spektakl Happy end miał premierę w czerwcu 2002 roku. Widzowie zbierali się pod bramą stoczni, gdzie czekała na nich... grupa bezrobotnych byłych pracowników zakładu. Zostali zatrudnieni na potrzeby tej inscenizacji jako przewodnicy po stoczniowym terenie i statyści w spektaklu. Przedstawienie rozgrywane było w jednej z nieźle zachowanych hal, która znakomicie udawała wnętrza przedwojennego Chicago.

Happy end został świetnie przyjęty przez publiczność i nieźle oceniony przez krytyków, a pomysł wystawienia go na terenach dawnej stoczni z udziałem jej dawnych, dziś nikomu już niepotrzebnych pracowników, nadał mu przy okazji drugie dno.

Aż dziwne, że na kolejne spektakle w stoczni trzeba było czekać aż dwa lata. Kilka miesięcy temu znowu zaczęło być głośno o tym, co dzieje się w postoczniowych halach. Jeden z najbardziej fetowanych przez media reżyserów najmłodszej generacji - Jan Klata - zaczął się tam mierzyć z Hamletem Szekspira. Twórcy spektaklu przyjęli bardzo oryginalne metody pracy - spośród których granie w stoczniowych halach w miejską odmianę golfa i jeżdżenie po rozległych stoczniowych terenach na rowerze były tylko chętnie podchwytywanym przez media dodatkiem - nic więc dziwnego, że efekt końcowy również nie mógł być tuzinkowy. Hamlet, a właściwie, jak głosiły plakaty: H., został przeniesiony z Elsynoru do... Stoczni Gdańskiej. Reżyser nie tylko wprowadził do inscenizacji typowo polskie motywy (duch ojca wjeżdżał konno na scenę w stroju huzara, jako element scenografii w jednej ze scen pojawiał się legendarny plakat Solidarności z kowbojem), ale pozwolił sobie na dodanie Szekspirowi kilku "polskich" scen. Spektakl był niezwykle zainscenizowany - widzowie wędrowali za aktorami przez kolejne hale stoczniowe, Ofelia topiła się w jednym z kanałów - traciła na tym jednak psychologiczna głębia bohaterów i wydźwięk ideowy sztuki.

Artyści z kolonii

Różnie można oceniać oba spektakle, ale jedno trzeba im z całą pewnością przyznać - stały się, zwłaszcza pierwszy, wyraźnym i donośnym sygnałem, że stocznia jest znakomitym tłem dla wydarzeń kulturalnych i aż się prosi, żeby ją do tego celu wykorzystywać.

Nic więc dziwnego, że zaraz za tą pierwszą jaskółką jęły pojawiać się kolejne - coraz liczniejsze. Jeszcze w roku 2000, w rocznicę podpisania porozumień sierpniowych, Fundacja Centrum Solidarności otworzyła na terenie stoczni wystawę "Drogi do wolności". Tę multimedialną ekspozycję, na którą składały się zarówno dokumenty i pamiątki historyczne, jak i dzieła sztuki, pomyślano jako lekcję poświęconą narodowemu zrywowi, którego konsekwencją był upadek systemu komunistycznego.

Następne istotne przedsięwzięcie to Kolonia Artystów. Dzięki umowie ze spółką Synergia 99, dysponentem postoczniowych terenów, do jednego z opuszczonych budynków wprowadziła się grupa artystów. Nazwa "kolonia" była ze wszech miar uzasadniona: młodzi ludzie urządzili tam mieszkania, a potem zaczęli "kolonizować" poprzemysłową przestrzeń, odzyskiwać ją na rzecz niepokornej sztuki.

W budynku powstała galeria mm, czyli Młode Miasto. Niewielka, wręcz kameralna przestrzeń wystawiennicza starczała ledwie na pokazanie kilku prac, ale to było aż nadto, by zaprezentować dzieła najmłodszych artystów. Na początku przede wszystkim gdańskich, ale coraz chętniej zaczęli tu przyjeżdżać młodzi twórcy z innych miast i z zagranicy. Nowa, ostra i oryginalna sztuka z trudem toruje sobie drogę do galerii, a Młode Miasto, pod kierunkiem Mikołaja Jurkowskiego, pokazywało właściwie tylko takich artystów: młodych, niepokornych i nieidących na żadne kompromisy.

Dość częste wernisaże kolejnych krótkotrwałych wystaw były znakomitym pretekstem do organizowania dużych imprez tanecznych. Martwy przez kilka lat budynek ożył. Bardzo szybko stał się widownią nietypowych wydarzeń artystycznych: happeningowych antyobchodów święta 1 maja z nocnym pochodem pośród martwych stoczniowych dźwigów, kilku dużych przeglądów filmowych przygotowanych przez uniwersytecki Dyskusyjny Klub Filmowy "Miłość blondynki", które oprócz samych projekcji oferowały widzom niepowtarzalną oprawę scenograficzną.

Od kilku miesięcy było już wiadomo, że do rozpoczęcia działalności na terenie stoczni przygotowuje się jedna z najbardziej niepokornych postaci polskiego życia artystycznego, Aneta Szyłak. Kurator wielu kontrowersyjnie przyjmowanych wystaw, krytyk sztuki, popularyzatorka i promotorka nowej, oryginalnej sztuki dała już miastu kilka ważnych dla tego typu twórczości miejsc, z Centrum Sztuki Współczesnej, którego była pomysłodawczynią i wieloletnią dyrektorką. Gdy przed paroma laty opuszczała w aurze skandalu to stanowisko po kilku kontrowersyjnych wystawach w Łaźni, mieszczącej się w dawnej łaźni miejskiej, w zaniedbanej i zapomnianej przez ludzi i czas części miasta, było wiadomo, że na tym nie skończy się jej przygoda z promowaniem dobrej sztuki w Gdańsku.

W 2002 roku wyjechała do Nowego Jorku, by na zaproszenie tutejszego Sculpture Center przygotować wystawę "Architectures of Gender. Contemporary Women’s Art in Poland" - jedną z ważniejszych w ostatnim czasie prezentacji polskiej sztuki współczesnej w Ameryce. Ale gdy tylko skończyła prace nad tą wystawą, wróciła do Gdańska, gdzie na terenie stoczni wciąż działała prowadzona przez nią Fundacja Wyspa Progress.

Wreszcie, po kilku miesiącach przygotowań, we wrześniu 2004 roku, w stoczni ożyło nowe miejsce - w dawnym budynku przyzakładowej szkoły zawodowej, gdzie przyszli stoczniowcy przygotowywali się do pracy na pochylniach, ruszył Instytut Sztuki Wyspa, którego działalność zainaugurował projekt "BHP". Nawiązując do hasła o "bezpieczeństwie i higienie pracy", inspirując się dawnymi materiałami informacyjnymi i propagandowymi z nim związanymi, których w stoczni wciąż jest wszędzie pełno, artyści z całego świata przygotowali multimedialną, wielowymiarową i wielowątkową wystawę.

Towarzysząca tej prezentacji konferencja naukowa, która przyciągnęła do stoczni międzynarodowe grono architektów, krytyków sztuki i artystów, poświęcona była przede wszystkim ponownej integracji dawnych terenów industrialnych z materią miasta, przywracaniu im funkcji społecznych, kulturalnych czy towarzyskich, przekształcaniu w centra sztuki, galerie albo pracownie dla artystów.

Takie też kierunki programowe wyznacza sobie prowadzona przez Anetę Szyłak Fundacja Wyspa Progress i stoczniowy Instytut Sztuki Wyspa. Żeby badać, jak w praktyce dawna industrialna dżungla zmienia się w istny ogród sztuk, pracownicy i goście Instytutu nie będą musieli daleko szukać - wystarczy rozejrzeć się dokoła, by zobaczyć coraz intensywniej tętniącą różnorodnymi odmianami i formami sztuki stocznię.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail