GRAŻYNA DRABIK
Blizna po urodzeniu
Struktura sztuki, w moim pojęciu, jak i struktura ducha ludzkiego,
jest antynomiczna, oparta na łączeniu przeciwieństw i ich
kompensacji. Nonsens i blaga muszą być skompensowane w sztuce
sensem i powagą. A także ´łatwośćª tworzenia artystycznego
musi być w jakiś sposób uzupełniona i okupiona wysiłkiem,
trudnością".
Biorę te słowa Gombrowicza jako motto mojej noty i jako najwyższą
formę pochwały. Bowiem Hell Meets Henry Halfway, nowe
przedstawienie filadelfijskiego Pig Iron Theatre Company,
zasługuje na taką pochwałę. Mamy tu grę przeciwieństw i zderzenie
oczekiwań. Mamy atrakcyjny popis gry aktorskiej, która nie
wydaje się wcale grą. Mamy świetną, osiągniętą minimalistycznymi
środkami oprawę wizualną. Mnóstwo zabawy i niespodzianek.
Dowcip pulsujący od złośliwostek. "Sens i powaga"
kontrapunktuje ogólne szaleństwo "nonsensu i blagi".
I mamy jeszcze coś więcej: przykład, jak swobodna adaptacja,
ryzykownie niepoprawna lecz robiona z pomyślunkiem, może być
twórcza i udana. Z nieprawdopodobnego połączenia trzech różnych
talentów - znanego polskiego pisarza, młodej gwiazdy amerykańskiej
dramaturgii i ambitnych aktorów rodem z francuskiej szkoły
Jacquesa Lecoqa - otrzymaliśmy rzecz oryginalną, możliwą tylko
w wyniku tej współpracy.
Ale wróćmy na moment do początków. Gdzieś zupełnie indziej
i w zupełnie innych czasach, pewien ambitny pisarz znany już
w swoim literackim środowisku, wyznaczył sobie zadanie, by
napisać rzecz nie dla literata, lecz dla masowego odbiorcy.
Drugorzędną jest tu sprawą, czy robił to dla pieniędzy, jako
wyzwanie rzucone samemu sobie czy po prostu strojąc żarty.
Drugorzędną też są zawiłe spory krytyków, czy należy powieść
Gombrowicza Opętani zaliczyć do gatunku powieści sensacyjnej,
do eksperymentu w "formie gotyckiej", jak ją nobilitowała
później Maria Janion, czy też postponować jako "powieść
dla kucharek", jak nalegał Artur Sandauer, powołując
się na autorytet samego autora, który rzeczywiście prawie
do końca życia nie przyznawał się do gazetowego bękarta drukowanego
pod pseudonimem.
Ważne, że rzecz napisał. Ukazała się w codziennych odcinkach
w gazetach warszawskiej i radomskiej, z ostatnimi odcinkami
publikowanymi kiedy Gombrowicz już płynął ku swemu przeznaczeniu
w Ameryce Południowej. Roi się tu od intryg i romansów, od
zderzenia arystokracji z pospólstwem, od czarnej i białej
magii, w gęstym sosie melancholii. I ważne, że nawet w tym
marginalnym dziele powiewa charakterystyczna dla Gombrowicza
niesubordynacja, prowokacyjna nieufność do ustalonych form
i reguł, upupianie nadętego, podważanie napuszonego. Duch
zmagającego się i wyzwalającego słowa.
Niejasności gatunku, które wzbudzają emocje krytyków, oraz
marginesowa pozycja w całości dzieła znanego pisarza nie zraziły
amerykańskich artystów. Przeciwnie, kiedy powstała możliwość
współpracy filadelfijskiej grupy aktorów z młodym pisarzem
Adriano Shaplinem, właśnie ten tekst Gombrowicza przyciągnął
ich uwagę. Katalizatorem w tym procesie podejmowania decyzji
i tworzenia nowych układów współpracy był Allen Kucharski,
kierownik wydziału teatralnego w Swarthmore College, zawodowy
"specjalista od Gombrowicza" i prawdziwy smakosz
jego dzieła. Okazją - festiwale w Polsce i w USA szykowane
z rozmachem w związku z okrągłą rocznicą urodzin pisarza.
Dobrą wróżką wspomagającą projekt finansowo - Paweł Potoroczyn
i Instytut Kultury Polskiej. Wynik: zadowolenie wszystkich
biorących w przedsięwzięciu udział. A korzyść przede wszystkim
dla nas, publiczności.
Od samego początku w małej salce Ohio Theatre na dole Manhattanu
czuło się w powietrzu tę wspaniałą iskrę elektryczności łączącą
łukiem spisku widza i aktora w szczególnie udanym przedstawieniu.
Sprawność i agresja słowna Gombrowicza znalazły świetnego
partnera w sprawności i ostrej agresywności Shaplina. Jego
zaś bystra inteligencja połączyły się idealnie z filozofią
i praktyką improwizacji, motorem twórczego procesu zespołu
Pig Iron. Pierwszy obraz: pomysłowe połączenie tenisowego
kortu z tradycyjnym gabinetem pracy; pierwsza zaskakująca
metamorfoza: szafa w ścianie ukazująca nagle swoją "drugą
stronę" - ciasny przedział pociągu; pierwsze sceptyczne
pytanie: "I cóż z tego?" powtarzające się później
jak refren piekielnego nihilizmu wyznaczały ton "poważnej
zabawy" charakteryzującej całość. Kto kogo pokona w zabójczych
pojedynkach na słowa i miny? Czyja forma okaże się silniejsza?
Czy "wyższe" oprze się sile "niższego"?
Czy melancholia pokona wszystkich?
W oparach zmęczenia tamtego wieczoru gubiłam się w tej zabawie.
Początkowo z uporem poszukiwałam jak poręczy rozpoznawalnych
wątków z Gombrowicza. Aż uznałam, że nie oglądam adaptacji
Gombrowicza, lecz nową spójną całość, w jego duchu, lecz w
ich własnych słowach i choreografii. Poddałam się z przyjemnością
oszałamiającej energii aktorów. I tak krążyłam już bez oporu
razem z nimi na karuzeli sugestywnych obrazów i lingwistycznych
bon motów, agresywnych zaczepek, słownych przeobrażeń. Godząc
się ze słowami Mai, choć niekoniecznie z jej intencją, że
pępek, pokrętna i intymna część ciała, to nasza blizna po
urodzeniu. Współzależność od innych. Znak człowieczeństwa.
Podobało mi się przedstawienie i podobała mi się publiczność,
jaką przyciąga: młoda, ładna, swobodna, chętnie przedłużająca
wspólny wieczór w późniejsze rozmowy. Nikomu się nie chciało
wychodzić z teatru, ludzie popijali wino w holu, rozgadani.
Wydawało mi się wtedy, że usłyszałam pozytywną odpowiedź na
pytanie-wątpliwość, jakim Gombrowicz zamknął swój Testament: "Czy mój bunt dawniejszy ożyje w czyjejś młodej,
zdobywczej wyobraźni?".
Pig Iron Theatre Company, Hell Meets Henry
Halfway. Tekst na podstawie powieści Witolda Gombrowicza Opętani - Adriano Shaplin. Reżyseria: Dan Rothenberg,
scenografia: Matt Saunders, kostiumy: Miranda Hoffman, oświetlenie:
Sarah Sidman, dźwięk: Bill Moriarty, oprawa muzyczna: James
Scugg i Adriano Shaplin. Występują: Quinn Bauriedel (Marian
Walchak), Emmanuelle Delpech-Ramey (Prince), Sarah Sanford
(Maya Okholovska), Geoff Sobelle (Dr. Petar Hincz), James
Sugg (Jon the Ballboy) oraz Dito van Reigersberg (Henry Kholavitski).
Przedstawienia 3 - 21 listopada w Ohio Theatre, 66 Wooster
St., Manhattan.
*
Jeszcze jeden ciekawy polski wątek. Z Ashfield w Massachusetts
zjechał do Nowego Jorku zespół Double Edge. Artyści bazę wprawdzie
mają w Massachusetts, gdzie próbują prowadzić samowystarczającą
fermę, ale tak naprawdę są "obywatelami świata".
Założycielka zespołu i kierownik artystyczny Stacy Klein wpisuje
się w tradycję teatralną Jerzego Grotowskiego. Zespół współpracuje
z Gardzienicami. Podróżuje szeroko po świecie, niedawno powrócił
z tournée po Polsce i Węgrzech. Obecnie pracuje z nimi
aktorka z Polski Joanna Wichowska, która dodaje przedstawieniu UnPOSSESSED ładnie tajemniczą nutę śpiewając po polsku
własną piosenkę o "Rycerzu Zwierciadeł".
To nowe przedstawienie (druga część cyklu Ogród Intymności
i Pożądania) zaprasza nas, by wstąpić w magiczny krąg
wizji Don Kichota. Każdy, kto choć raz poczuł efekt czarów
Cervantesa dobrze wie, jest to wizja zdumiewająca, głęboka
jak kabała i jak kabała tajemniczo działa na duszę. Niestety,
jest to też wizja fantastycznie trudna do skutecznego odtworzenia
na scenie. Nie mogąc się oprzeć sile przyciągania Błędnego
Rycerza, ileż razy oglądałam ponuro nieskładne przedstawienia
powołujące się na ojcostwo mistrza.
Tym razem, na szczęście, rzecz jest przynajmniej częściowo
udana. Stacy Klein mądrze nawet nie próbuje robić bezpośredniej
adaptacji powieści. Traktuje ją raczej jako inspirację, okazję,
by pokłonić się przed Don Kichotem jako postacią idealisty
niezłomnego działania, wybierając tylko kilka kluczowych epizodów.
Razem ze swoim wielce oddanym zespołem stwarza widowisko bogate
wizualnie i atrakcyjne muzycznie.
Talenty artystów Double Edge Theatre są wielostronne: ładnie
śpiewają i grają na różnych instrumentach. Tańczą elegancko.
Poruszają się zgrabnie na szczudłach. Są także dzielnymi akrobatami:
latają niebezpiecznie uczepieni jedwabnych wstęg-żagli, wdrapują
się na skomplikowane rusztowania-pojazdy, pojedynkują ciężkimi
mieczami. Przy uznaniu dla aktorskiej sprawności muszę zaznaczyć,
że nie były to jednak popisy tak "naturalnie" perfekcyjne,
bym mogła uniknąć niepokoju o ich bezpieczeństwo.
Ale nie w tym główny problem. Rzecz Cervantesa jest wzniosła
i śmieszna zarazem, rozgadana "filozofująco", lecz
też w sugestywny sposób niedopowiedziana. Gorzka i przebaczająca.
Żeby cała ta wspaniała magia zadziałała, musimy poczuć sympatię
do Don Kichota. Musimy go spotkać przynajmniej w pół drogi
jego natchnionego szaleństwa. Don Kichot Carlosa Uriona budzi
nawet naszą sympatię swą poczciwą niezaradnością. Może wywołać
opiekuńczy odruch - szczególnie przed zimną arogancją kpiącego
Księcia i Księżniczki. Lecz nie porywa nas wzniosłością swych
ideałów. Nie ma tu magii, która może zasugerować smak wspaniałości
jego przygody w imię Dobra i Miłości.
A wtedy cóż, przy całym tupocie efektownych chwytów, pozostaje
z nami tylko smętek i gorycz przegranej.
Double Edge Theatre, the UnPOSSESSED.
Pomysł, reżyseria, kostiumy i oprawa wizualna: Stacy
Klein we współpracy z Carlosem Uriona i Matthew Glassmanem,
na podstawie powieści Miguela Cervantesa Don Kichot.
Oświetlenie: Mary Louise Geiger, muzyka: Justin Handley. Występują:
Hayley Brown (Altisidora), Matthew Glassman (Sancho Panza),
Justin Handley (the Duke), Richard Newman (Master Peter),
Carlos Uriona (Don Quixote) oraz Joanna Wichowska (The Duchess).
Przedstawienia 28 października - 7 listopada, w La MaMa Annex,
74A E. 4th St., Manhattan.
|