ANDRZEJ KORASZEWSKI
O naprawie III RP
Państwo nas zawiodło. Stało się brzydkie, pazerne, niewydolne,
kłótliwe, marnotrawne, a niekiedy też złodziejskie. Żeby je
naprawić, trzeba pamiętać, że nie ma cudów i drogi na skróty"
- pisze w Gazecie Wyborczej (5 XI 04) wybitny prawnik
Wiktor Osiatyński.
W piętnaście lat po odzyskaniu wolności wszyscy są niemal
zgodni - nie jest dobrze. W wyłącznie internetowym Racjonaliście Bronisław Misztal porównuje dzisiejszą Polskę do społeczności
plemiennych i również zastanawia się nad drogami naprawy kraju.
Problem wszelako z naprawianiem Rzeczpospolitej polega na
tym, iż poszczególne głosy nie przeradzają się w dialog i
od stuleci mamy do czynienia ze zbiorem mniej lub bardziej
interesujących monologów. Analiza reakcji na te monologi,
od reakcji na rozprawę Jana Ostroroga poczynając, mogłaby
być interesującym przyczynkiem do badań nad powtarzalnością
polskich klęsk. Bronisław Misztal stwierdza między innymi,
że "...podział klasy politycznej na niekomunikujące się
ze sobą frakcje przypomina zjawisko kulturowe zwane plemiennością".
Istnieje wiele badań empirycznych nad społecznościami, w
których więzi klanowe i plemienne dominują organizację życia
społecznego i gdzie przekształcenie takiej społeczności w
nowoczesne państwo okazuje się, jeśli nie niemożliwe, to bardzo
trudne.
Nie mamy w Polsce ani klanów, ani plemion, a jednak opis
polskiej areny politycznej w tych samych kategoriach, w jakich
opisujemy społeczności plemienne, pozwala na nakreślenie obrazu,
który wszyscy rozpoznajemy. Domyślam się, że dla niektórych
czytelników jest to analogia obraźliwa, gdyż kojarzy się ze
społecznościami dzikimi i niejako z definicji jest przeciwieństwem
społeczeństwa cywilizowanego.
Misztal idzie dalej, pisze wprost, że w społecznościach plemiennych
szczególną rolę odgrywają strażnicy i szamani, którzy określają,
kto ma prawo dostępu do zasobów, i dostarczają krótkoterminowej
legitymizacji wyborów strategicznych, obiecując zatrzymanie
klęsk i obfitość dóbr. "Polska - pisze - cierpi więc
na chorobę plemienności, która dotyka zarówno klasy politycznej,
jak też instytucji państwa. To państwo właśnie traktowane
jest jako podstawowy zasób, do którego dostęp przemiennie
uzyskują poszczególne grupy. Państwo jest więc przechodnim
łupem wędrujących plemion politycznych".
Obraz jest rozpoznawalny i gotowi jesteśmy uznać to podobieństwo
naszego polskiego kacykowa do społeczności plemiennych. A
jednak coś tu budzi niepokój. Na ile płodna jest ta analogia
i czy prowadzi do wniosków pozwalających na przełamanie błędnego
koła powtarzających się klęsk?
Od wielu lat łączy mnie osobliwa przyjaźń z Waldemarem Kuczyńskim.
Jest to przyjaźń oparta na swoistej wspólnocie bardzo prywatnych
doświadczeń i zatruta niemożnością znalezienia choćby zrębów
wspólnego języka na temat postrzeganej wokół nas rzeczywistości.
Kuczyński przypomina mi Władysława Gomułkę, uczciwego komunistę,
który w dzieciństwie chodził do szkoły w łapciach, a jako
szef państwa nie widział żadnych dzieci chodzących do szkoły
w łapciach, z czego wnosił, że jest dobrze. Podobnie Waldemar
Kuczyński jest pełen optymizmu z powodu tego, że wreszcie
dotarliśmy do przystanku wolność, i odmawia przyznania, że
nie wiedzieliśmy, co z tą wolnością zrobić, i że zrobiliśmy
wszystko, co w naszej mocy, aby zmarnować kolejną wielką szansę
w naszej historii. (Bardzo mi przykro, że muszę się zgadzać
z Churchillem, iż "Polacy nigdy nie zmarnowali okazji
zmarnowania okazji").
Zastosowana przez Bronisława Misztala analogia do społeczności
plemiennych pokazuje Polskę, którą rozpoznaję (rozglądam się
i rozglądam, ale Polski Waldemara Kuczyńskiego nigdzie nie
dostrzegam), ale wyprowadzone z tego opisu wnioski nie dają
mi nadziei.
"Dzisiaj Polsce bardziej niż kiedykolwiek potrzebne
jest nowe przywództwo moralne, intelektualne i duchowe" - stwierdza Misztal i nawet jeśli się z tym zgadzam,
to nadal nie wiem, jak się zabrać za poszukiwanie kandydatów
na przywódców i do wyposażania ich w autorytet władzy.
Wiktor Osiatyński przyjmuje odwrotną perspektywę, ma nadzieję,
że odnowa moralna zacznie się od dołu, od podniesionego z
chodnika papierka, od tworzenia struktur mogących być fundamentem
działającego samorządu. Mieszkam w małym miasteczku, codziennie
podnoszę z ziemi torby papierów, próbuję organizować, ale
chwilami opadają mi ręce.
Zmarły niedawno ekonomista amerykański Mancur Olson rozpoczyna
swą ostatnią i niedokończoną książkę Power and Prosperity od rozważań nad przewagami osiadłego bandyty nad wędrownym.
Wędrowny bandyta zabija, rabuje, pali. Jakby na sprawę nie
patrzeć, osiadły bandyta liczy na wielokrotne zyski, nie zabija
kury, która znosi złote jaja, i im bardziej jest osiadły,
tym częściej myśli o tym, że jego zyski muszą być oparte na
jakiejś formie wymiany świadczeń.
Olson nie ma specjalnie dobrej opinii o politykach. Najogólniej
biorąc wyraża opinię, że zawsze trzeba to towarzystwo trzymać
za twarz. Całkowicie się z nim zgadzam i dlatego zdecydowanie
wolę, kiedy polityk musi przysięgać, że nie naruszy reguł
gry (przysięga na konstytucję), niż kiedy przysięga na Boga
i miłość do Ojczyzny, gdyż wtedy mam niemal pewność, że jego
idea Boga i gatunek jego miłości do Ojczyzny nie będą w żaden
sposób uwzględniać moich interesów.
Obawiam się, że jeśli szukamy w politykach moralnych przywódców,
jesteśmy zagrożeni władzą szamanów. Podejrzliwość wobec polityków
jako gatunku nakazywała twórcom amerykańskiej konstytucji
poszukiwanie takiego systemu nadzoru, aby nie mogli oni posługiwać
się prawem naturalnym (czyli prawem pięści). Tym, co w zasadniczy
sposób odróżnia społeczności plemienne od społeczeństw zorganizowanych
w nowoczesne państwo, to jest przejście od prawa naturalnego
do stanowionego. Bandyta "stacjonarny" jest z reguły
lepszy od bandyty wędrownego, dalej jednak zaczyna się niesłychanie
trudny problem: jak ucywilizować posiadającego władzę bandytę?
Marzenia o dobrym i sprawiedliwym władcy niestety w żaden
sposób nie przyspieszają tego procesu.
Co wywołuje (podtrzymuje) plemienny czy też klanowy charakter
polskiej areny politycznej? Po piętnastu latach od upadku
komunizmu powróciła "dyskusja" wokół ordynacji wyborczej.
Pojawili się zwolennicy ordynacji większościowej, którzy są
bardzo zdecydowanie tępieni przez zwolenników ordynacji proporcjonalnej.
Jeszcze ciekawsze są wypowiedzi przeciwników dyskutowania
o ordynacji. Typowym przykładem był tu niedawno artykuł socjologa
polityki, profesor Frentzel-Zagórskiej na łamach Gazety
Wyborczej, z którego wynikało, że nieważne są reguły gry,
ważne, żeby dobrze grali. Uczona nie zauważyła, że ordynacja
wyborcza wymusza pewne reguły gry. Po upadku komunizmu ugrupowania
solidarnościowe narzuciły ordynację sprzyjającą maksymalnemu
rozproszeniu areny politycznej, próg wyborczy jest systematycznie
omijany przez przyzwolenie na "koalicje" przedwyborcze.
Zapewne wielu zwolenników tzw. jednomandatowości zgodziłoby
się na kompromis w formie zniesienia przyzwolenia na koalicje
przedwyborcze i rygorystycznego potraktowania 5-proc. progu.
Pojęcie partyjniactwa używane przez prof. Frentzel-Zagórską
w praktyce oznacza klecenie rządów z wielopiętrowych koalicji
i "jarmarczny" system stanowienia praw. Ten charakter
elit politycznych jest w dużej mierze konsekwencją tego, że
z konieczności decyzje polityczne podejmowane są w drodze
handlu stołkami w ramach pseudopartii zawierających przedwyborcze
sojusze, a ten proceder może być zredukowany przez poszukiwanie
lepszych reguł gry (czytaj: innej ordynacji wyborczej).
Wiktor Osiatyński dostrzega znaczenie ordynacji wyborczej,
ale jest pesymistą. Wątpi, czy przyjęcie ordynacji z jednomandatowymi
okręgami jest realne, zaś możliwości poprawienia zasad ordynacji
proporcjonalnej nie zauważa.
Mikołaj Rej znany jest dziś szerokiej publiczności wyłącznie
jako autor wprowadzający język polski do literatury. Był on
również posłem na Sejm skupiającym w niemałym stopniu uwagę
na konieczności ustanowienia klarownych zasad wyboru króla,
i to za życia króla, a nie w gorączce bezkrólewia. Przegrał.
Ostatecznie najgorsza z możliwych zasad elekcji króla (zasada viritim, czyli kupą mości panowie) ustanowiona została
po śmierci Zygmunta Augusta dzięki manipulacjom człowieka
uznawanego do dziś za opatrznościowego męża stanu, czyli Jana
Zamoyskiego. Konsekwencje tej tragicznej zasady trwały do
rozbiorów i w niemałym stopniu się do nich przyłożyły. (Na
samym początku ubiegłego stulecia Wacław Sobieski opublikował
świetną monografię poświęconą manipulacjom Zamoyskiego; Trybun
ludu szlacheckiego pokazuje, jak się drzewiej uprawiało
skuteczny populizm i demagogię).
Międzywojenna "sejmokracja" była nie tyle wynikiem
złego patriotyzmu, co właśnie złej ordynacji do parlamentu.
Przeciwnicy zmian ordynacji wyborczej powiadają, że sama
ordynacja nie jest panaceum na wszystkie nasze bolączki. Oczywiście
że nie. Pytanie, gdzie rozpocząć naprawianie Rzeczpospolitej.
Jeśli politycy są z definicji ludźmi, którym nie wolno ufać,
a demokracja jest najlepszym z istniejących na świecie systemów,
to pojawia się zasadne pytanie, co możemy zrobić, aby uzyskać
stosunkowo największą kontrolę nad politykami? Należy otwarcie
zapytać wyborcę, co woli: spotkanie z ławicą piranii czy spotkanie
z rekinem?
Zmiana ordynacji wyborczej nie zmieni polityków w istoty
uczciwe i kompetentne, może im jednak utrudnić życie. Już
zniesienie możliwości omijania progu wyborczego utrudnia bardzo
manewry, które można by określić jako przegrupowywanie ławic
piranii. Po każdej klęsce wyborczej koalicje w rodzaju AWS
czy SLD rozpadają się i odtwarzają w zmienionych konfiguracjach.
Konsekwentny 5-procentowy próg wyborczy bardzo do takich manewrów
zniechęca, polityk przed porzuceniem swojej partii i tworzeniem
nowego politycznego bytu bardzo będzie się zastanawiał.
Czy mamy do czynienia z Polską plemienną, czy z rządami obleśnie
splątanych języczków u wagi, które zmieniają naszą "demokrację"
w swego rodzaju system plemiennych klanów?
Przeciwnicy systemu dwupartyjnego powtarzają mantrę o tym,
że niesie on zagrożenie władzy dyktatorskiej, że system dwupartyjny
nie chroni państwa przed politykami o takich skłonnościach.
Oczywiście że nie, ale system dwupartyjny daje wyborcom prawo
wyboru, natomiast anarchia politycznych drobnoustrojów żadnego
wyboru nie daje, ponieważ idę do urny nie mając pojęcia, na
kogo głosuję, i wiedząc, że decyzje w państwie będą zatwierdzane
przez większość osiągniętą dzięki handlowi stanowiskami państwowymi.
Klasa polityczna, niemal niezależnie od dzielących ją antagonizmów
i podziałów, przeciwstawia się pomysłom uporządkowania reguł
gry. Z tego punku widzenia, jeśli szukamy drogi do wyjścia
z Polski plemiennej, wydaje się, że trzeba szukać obywatelskich
sojuszy, które podjęłyby działania na rzecz referendum w sprawie
zmiany ordynacji wyborczej i decyzji, czy za pomocą tego instrumentu
dążyć do systemu dwupartyjnego, czy do uczciwej proporcjonalności
na arenie politycznej. Chwilowo cierpimy na zalew memoriałów
o naprawie Rzeczpospolitej i - jak słusznie zauważa w swoim
artykule Wiktor Osiatyński - "słowo ´kryzysª
nie schodzi z ust polityków oraz komentatorów naszego życia
publicznego".
|