CZESŁAW KARKOWSKI
Nowojorska
kronika kulturalna (sztuki plastyczne)
Po sukcesie grupy Most, która znakomicie zaprezentowała się
tej wiosny w Galerii "Kuriera Plus", przyszła pora
na jesienny wernisaż Mostu Plus - ekspozycji grupy artystycznej
w Centrum Polsko-Słowiańskim przy 177 Kent St. na Greenpoincie,
poszerzonej o kilku twórców (głównie z Polski), ale i uszczuplonej
o Mirosława Rogalę, który wyprowadził się z Nowego Jorku do
Chicago. Jego wysłane na tę ekspozycję prace nie dotarły na
czas.
Wystawa, znakomicie przygotowana i zaaranżowana przez Małgorzatę
Gawin i Macieja Czarkowskiego, nie tylko świetnie eksponowała
dzieła ośmiu artystów, których prace złożyły się na wystawę,
ale nadto jeszcze umiejętnie wydobywała to, co w nich szczególne
i odrębne.
W skład Grupy Most wchodzą Jerzy Kubina, Adam Niklewicz,
Paweł Wojtasik i Krzysztof Zacharow. Są to znakomici artyści
i wybitne indywidualności. Nie była to wystawa-manifest, wystawa-deklaracja
ideowa, wzorem wielu podobnych przedsięwzięć, kiedy artyści
dobierają się podług przekonań światopoglądowych i wspólnej
estetyki. "Mostowców" łączy prawo kontrastu i uzupełniania
się - różne media artystycznego wyrazu: malarstwo (Kubina),
rzeźba-instalacja (Niklewicz), grafika (Zacharow), wideo-art
(Wojtasik) oraz wspólnota pochodzenia i uczelni; wywodzą się
z Zamościa, a studiowali w Krakowie.
Choć wystawa była dużym wydarzeniem artystycznym w naszym
polonijnym świecie, to jednak nie towarzyszyła jej ekscytacja
podobna jak poprzedniej. Twórcy nie zaskoczyli nas niczym,
nie pojawiła się wraz z tym wydarzeniem nowa jakość. Zaprezentowali
po prostu swój "normalny", wysoki poziom. Może z
wyjątkiem Pawła Wojtasika, który na wiosennej wystawie był
prawdziwym objawieniem. Tym razem wystąpił z wideo pt. Crush,
które sprawiało wrażenie niedopracowanego, a niezbyt dobre
wyeksponowanie dzieła (na niewielkim telewizorze, nie zaś
na dużym ekranie) dopełniło uczucia niedosytu. Crush to obrazy ze złomowiska samochodów, gdzie potężne urządzenie
prasuje auta w zgrabne plasterki. Ale miast pokazać, co sugerują
pierwsze sceny, powolną, a nieubłaganą potęgę, która w metodyczny
sposób dokonuje dzieła destrukcji, otrzymaliśmy scenki z pracy
na złomowisku, gdzie krzątają się ludzie, pracuje widelcowy
spychacz, trwa ruch i normalne, rutynowe zajęcia obsługi tego
placu.
Jerzy Kubina wystąpił z trzema znakomitymi obrazami o łącznym
tytule Strzępki pamięci. Są to duże płótna utrzymane
w brązowej tonacji, na których - jak zwykle u tego artysty
- subtelna gra kolorów i delikatne przechodzenie jednego odcienia
barwnego w drugi, przecinanie się i nakładanie płaszczyzn
pionowych i poziomych odgrywają pierwszorzędną rolę. Farba
spękana jak kora drzew, jak naleciałości, warstwy mułu, pod
którym to osadem z trudem dostrzegalny jest kontur jakichś
budynków, fragment ulicy, miasta. Jest to coś więcej niż stara
fotografia: podwójna, potrójna sepia niepamięci właściwie
pokrywa, zalewa wszystko. Niekiedy tylko, jak na obrazie #
1, przecięcie jasnego światła służy jak błysk przypomnienia;
na Strzępku #2 - jest to światło, które od góry nie
może przebić się przez pokłady pamięci pogrążonej gdzieś głęboko.
Są to bardzo piękne obrazy.
wietny jest też Adam Niklewicz - pomysłowy, oryginalny, dowcipny
konceptualista. Jego Okno, symbolizujące swoiście przesunięty
czas życia emigranta, jest już dziełem znanym i uznanym. W
Centrum Polsko-Słowiańskim pokazał dwie nowe prace. Jedna
bez tytułu, którą roboczo nazywam "Pinokio" - umieszczona
na postumencie biała twarz-maska z bardzo długim nosem wyrasta,
według określenia samego artysty, ze świadomości, że ego twórcy napędza sztukę, stąd też ograniczona zdolność percepcyjna
artysty, który nie tylko widzi jedynie koniec własnego, niezmiernie
długiego nosa, ale jeszcze ów organ stawia na piedestale.
Doskonały jest jego Breath - oddychająca książka,
której okładka i kartki unoszą się w miarowym oddechu, w jakże
prosty i interesujący sposób komunikując znaną prawdę, iż
książka nie jest martwym przedmiotem, ale żyje i tchnie w
nas życie.
Krzysztof Zacharow pokazał serię obrazów-grafik Twarze
wojny, powstałe jako komentarz do bieżącej rzeczywistości,
lecz uogólniony, sprowadzony do graficznych prostych znaków,
którymi sztuka posługiwała się u początków. Przez odwołanie
się do tego pierwotnego języka artysta dąży do źródeł komunikacji
międzyludzkiej ponad kulturami, ponad politycznymi i ideologicznymi
różnicami, a nawet ponad podziałem na pismo i obraz. Stąd
rezygnacja z kolorów (choć zaprezentował parę prac barwnych),
stąd redukcja dzieła plastycznego do prostego komunikatu-znaku
przypominającego pierwotne rysunki naskalne, "malarstwo"
Aborygenów itp.
Dwanaście wielkich, kolorowych fotografii Zbigniewa Bajka
zasługiwało na szczególną uwagę, ale twórczość tego artysty
z Krakowa zostanie omówiona przy następnej sposobnej okazji
- spodziewanej wystawie jego Tatuaży w TWO07 Art Gallery,
gdzie wcześniej prezentowano dzieła Jacka Rykały pokazane
w Centrum Polsko-Słowiańskim. Alina Raczkiewicz-Bęc z trzema
obrazami także należała do gości, podobnie jak Michał Pętelka,
zasługujący z wielu względów na uwagę. Tutaj skoncentrujmy
się na jednym wyłącznie - artystycznym.
Jego trzy fotogramy łączy wspólna idea przedstawienia "wizualnego
zgiełku" Nowego Jorku. Dzieła, które wyglądają jak abstrakcje,
fotomontaże albo powstałe w rezultacie komputerowej manipulacji
obrazem, są po prostu zdjęciami fragmentów miasta na tyle
wizualnie niewiarygodnymi, że sprawiają wrażenie starannie
konstruowanej kompozycji. Tymczasem Pętelka po prostu pokazuje
nam, że Nowy Jork jest jednym wielkim dziełem sztuki i zawiera
w sobie wszystkie nurty i tendencje artystyczne. Zanim minimalizm,
konceptualizm, pop-art, neoekspresjonizm itp. pojawiły się
w galeriach, wcześniej już istniały na murach, ulicach i chodnikach
miasta.
*
Zdołaliśmy się już przyzwyczaić do wystaw sztuki dawnych
Chin. Co parę lat i Metropolitan, i Guggenheim Museum organizują
duże ekspozycje poświęcone zabytkom starożytnego Państwa rodka.
A jednak za każdym razem jesteśmy zaskakiwani. Obecna wystawa
w Metropolitan Museum of Art - "China: Dawn of a Golden
Age" prezentuje eksponaty pochodzące głównie z najnowszych
wykopalisk. Ponad 300 rozmaitych przedmiotów znajdywanych
głównie w grobach dawnych władców, członków świty królewskiej,
dostojników cesarskich i wyższych urzędników zdumiewa i urzeka.
Pochodzą z lat 200-750 po Chrystusie, niemal z całego terytorium
dzisiejszych Chin. Ale jestem przekonany, że stracimy wiele
na świeżości spojrzenia, jeśli zaczniemy się wgłębiać w kontekst
historyczny, w szczegóły dotyczące dziejów Chin tamtych wieków,
koncentrować się na odmiennych dynastiach i pretendentach
walczących o władzę. Należy odrzucić erudycyjny balast stylów
i epok i wtedy dojrzymy w nich wielkie, zdumiewające piękno.
Już na początku tej ekspozycji oglądamy niewielkich rozmiarów,
jak zabawka dla dzieci, orszak królewski: sześciu jeźdźców
na koniach z przodu, za nimi cztery powozy z parasolami. Wykonana
z brązu, dziś zaśniedziała kompozycja, miała odtwarzać w zaświatach
dystynkcję i honory przynależne zmarłemu władcy.
W jednej z następnych sal natykamy się na podobny układ -
tym razem jest to gliniany, ciągnięty przez osła powóz dostojnika.
Z tyłu kroczą cztery postaci, z przodu - pięć, szósta zaś
klęczy z boku i oddaje honory.
Zaraz na początku wystawy natykamy się na częsty motyw: strażników
strzegących spokoju zmarłego. Są to zawsze postaci groteskowe,
o spotworniałych kształtach - jedne z twarzami jak pyski zwierząt,
o wielkich nosach i ogromnych oczach, inne w przerażającym
grymasie odsłaniają zęby, gotowe odstraszać intruza, jeszcze
inne gestami uniesionych rąk sygnalizują gotowość do obrony
i zadania ciosu śmiałkowi, który chce niepokoić śpiącego wiecznym
snem.
Natkniemy się też na wiele figur Buddy - stojącego lub siedzącego,
wiecznie spokojnego, z lekkim uśmiechem ni to pogardy, ni
politowania dla tego świata i wszystkiego, co ziemskie. To
wpływy z Indii, ale inne artefakty zaświadczają, że wielkie
państwo chińskie podatne było także na wpływy zoroastrańskie,
a nawet rzymskie.
Możemy obejrzeć dokumenty z pismem jak maleńkie obrazki oraz
tkaniny, a właściwie fragmenty tego, co przetrwało setki lat
w ziemi - piękne, kolorowe, wzorzyste. Wystawiono również
liczne obiekty, których przeznaczenia niekiedy nawet trudno
dociec, jak brązowa figurka zatytułowana zaledwie Przedmiot
w kształcie jelenia - o nowoczesnej rzeźbie i niewiadomym
użytku, bo na pewno nie był tylko ozdobnym bibelotem. Zapewne
ozdobnym jedynie (ale może też i magicznym) celom służyły
maleńkie drewniane gąski, niestety, bez łebków, ale w smukłym
drewnianym kształcie domyślać się można wielkiego artyzmu
wykonania całości.
Wszystko jest na tej wystawie interesujące. Co mnie jednak
najbardziej zachwyciło? Oprócz wspomnianych orszaków i strażników
grobu - duża figura z pomalowanej gliny przedstawiająca urzędnika
cesarskiej administracji. Stoi spokojny, rzeczowy, z grzecznościowym
półuśmiechem, gotowy do pełnienia swych obowiązków. Warto
także zwrócić uwagę na cegły, ale nie zwyczajne. Wypalane,
bogato zdobią je wizerunki ogrodów, orszaków dworskich, oddziałów
srogich żołnierzy.
Wystawa będzie czynna do końca stycznia przyszłego roku.
Jest więc dużo czasu, aby zaplanować wizytę w Metropolitan.
*
Ekspozycja w konsulacie RP pt. "Megality" dwóch
artystek - Elżbiety Dzikowskiej i Hanny Zawy-Cywińskiej trwała
bardzo krótko i zamknięto ją parę tygodni temu. Była to świetnie
zorganizowana (przez Bożenę Massey), doskonale pomyślana ekspozycja
fotografii Dzikowskiej i korespondujących z nimi obrazów Zawy-Cywińskiej.
W dwóch różnych mediach uchwycony został ten sam fragment
rzeczywistości - bretońskie megality, czyli potężne bloki
skalne, pozostałości pierwotnej cywilizacji europejskiej.
Fascynujące i zdumiewające w fotograficznych ujęciach Dzikowskiej,
megality nabierają masy i ciężaru, innym razem stają się lekkie
i zawieszone w przestrzeni, ledwie tylko podparte. Na innych
wielkich, kolorowych fotografiach trwają zastygłe, chropawe
i szorstkie, tchnące pierwotną potęgą, to znów ich powierzchnie
lśnią w słońcu i zdają się unosić jak płachta płótna. Ich
"skóra", zewnętrzna powłoka, omszała i poddana działaniu
żywiołów, wabi malarską fakturą, skrywa wieczną tajemnicę
ziemi, której nie sposób podejrzeć. Korytarze, wewnętrzne
przestrzenie, jakie pokrywają te potężne kamienie, sfotografowane,
ujawniają jedynie zewnętrzny wygląd. I tak trwają: piękne,
tajemnicze, wyniosłe.
W obrazach Zawy-Cywińskiej megality przedstawione są w ciemnych,
monochromatycznych barwach. Te ogromne kamienne bloki ukazane
na płótnie jako wielkie powierzchnie, komunikują pierwotną
moc powstawania ziemi, tworzenia się jej powierzchni, jakby
znajdowały się u początków stworzenia. Tkwi w nich mrok i
tajemnica zaznaczona ciemnymi kolorami, tak jakby te twory
skorupy naszego globu można było przedstawić wyłącznie barwami
wnętrza ziemi. Pęknięcia, szczeliny między skalnymi masywami,
rysy na nich zaznaczone są zwykle czerwonobrunatnym kolorem
przypominającym lawę, barwą symbolizującą mroczne sekrety
płynące ze środka ziemi, tajemnicę dawnego pierwotnego świata.
Scharakteryzować, wyrazić ów pradawny czas tytanów, cyklopów,
da się tylko przy pomocy środków wyrażających siłę, potęgą,
masę, wielkość. Artystka sięga do kategorii fizycznych rozmiaru,
zajmowanej powierzchni, masywności. Jej obrazy są mroczne,
ale nie posępne; ciemne, ale nie ponure. Odsyłają nie do dnia
dzisiejszego tych wielkich złomowisk skalnych, ale do czasów
ich powstawania, tak dawnych, że ginących w pomroce dziejów.
|