PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 19 listopada 2004


Jerzy Duda-Gracz
(1941-2004)

 

Artysta narodowy


Maluję wyłącznie w Polsce, bo jestem człowiekiem chorym na Polskę" - pisał w 1999 roku Jerzy Duda-Gracz - i zaraz dodawał: "Próbuję ten ukochany grajdoł... wyrazić tak, żeby adresaci moich obrazów nie zapierali się rodzinnej ojcowizny, nie wstydzili się własnej słomy w butach, swojej tubylczości i odrębności, bo są jak linie papilarne, niepowtarzalni w tym, co dobre i złe".

Czy się to komuś podoba czy nie, można śmiało nazwać Jerzego Dudę-Gracza artystą narodowym. Był nim przez całe swoje świadome, dorosłe twórcze życie, począwszy od pierwszego obrazu namalowanego bez korekty w 1968 roku (Kochankowie), aż po te ostatnie, sprzed kilkunastu zaledwie dni, z pleneru w Łagowie , które pozostaną już na zawsze niedokończone. Był kronikarzem polskich losów - tych beztroskich i tych tragicznych (stan wojenny). Malarzem polskiej szarej codzienności PRL-owskiej, polskiej prowincji małomiasteczkowej i wiejskiej. Bezlitosnym demaskatorem wszelkich ludzkich przywar i grzechów, małości, obłudy i dwulicowości. Był wyrzutem sumienia, obok którego nie można było przejść obojętnie. Był wspaniałym malarzem polskiego pejzażu; jak nikt inny po Stanisławskim i Chełmońskim, potrafił ukazać jedyny w swoim rodzaju klimat i piękno polskiej ziemi.

Twórca Hamleta polnego urodził się w Częstochowie 20 marca 1941 roku. Jego pierwszym spotkaniem ze sztuką było studiowanie albumów z malarstwem z rodzinnej kolekcji, bezpośredni kontakt z barokowym malarstwem na Jasnej Górze i w innych kościołach częstochowskich, przede wszystkim jednak, przyjaźń z uczniem Jerzego Kossaka, Edwardem Mesjaszem, pierwszym mistrzem przyszłego malarza, który wpoił mu miłość do ojczystego malarstwa. Potem było liceum plastyczne i studia w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych na wydziale grafiki w Katowicach, które może i poszerzały wiedzę młodego człowieka o sztuce współczesnej, ale tym bardziej umacniały go w jego oporze wobec wszelkich przejawów "terroru tzw. awangardy", jak nazwała jej dyktaturę prof. Maria Rzepińska.

W okresie ponad 30 lat pracy twórczej stworzył dzieło ogromne, w dosłownym (kilka tysięcy obrazów) i przenośnym tego słowa znaczeniu. Miał niezliczoną liczbę wystaw indywidualnych w kraju i za granicą, także w Nowym Jorku, m.in. w Galerii Nowego Dziennika. Reprezentował Polskę na 41. Międzynarodowym Biennale Sztuki w Wenecji w 1984 r. Jego prace znalazły się w znanych i renomowanych galeriach i muzeach na świecie, by wspomnieć florencką Uffizi czy moskiewskie Muzeum im. Puszkina. Bibliografia (wybrana) tekstów poświęconych artyście i jego sztuce, zamieszczona w albumie Duda-Gracz (Penta 1997), wymienia ich ponad sześćset. Zrealizowany w 1995 roku film Piotra Słowikowskiego, zatytułowany Notes Dudy-Gracza, otrzymał rok później Grand Prix na 18. Przeglądzie Filmów o Sztuce w Zakopanem.

Jakie jednak były początki? Niełatwe. Na duchu podnosili go przyjaciele - poeci, piosenkarze: Kazimierz Grześkowiak, uwieczniany później przez malarza wielokrotnie (słynne Roboki), Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta czy Joanna Kulmowa, której tomik Jak to Pan Jezusek Cierniowy po świecie przepatrywał zdobią ilustracje wykonane przez Dudę-Gracza.

Przede wszystkim malarz pragnął w zgodzie ze swym sumieniem, z pokorą i szacunkiem dla tradycji, co wszędzie i zawsze podkreślał, malować dla publiczności - tej z ulicy, zwykłych zjadaczy chleba, którzy na sztuce może się nie znali (czy trzeba się znać na śpiewie ptaków, by go podziwiać? - pytał retorycznie), ale potrafili ją poczuć, wzruszyć się, zadumać, rozweselić czy rozpłakać do łez - i to właśnie udało się artyście znakomicie. Dzięki połączeniu realizmu z groteskowością był w stanie wyrazić to, co zewsząd go otaczało - czyli paranoję, rozpacz i beztroskę, ironię i gniew lat 60. i 70. Czy było to coś nowego? Na pewno nie w literaturze, bo już sto lat przed nim Norwid pisał, iż: "Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł i jesteśmy karykatury, i jesteśmy tragiczna nicość, i śmiech olbrzymi...". Jakież to aktualne i dzisiaj... Natomiast w polskim malarstwie nikt przed Dudą-Graczem nie postawił swej publiczności przed zwierciadłem, w którym oglądałaby ona swoje grzechy główne. A "śmiech olbrzymi" niósł się przez sale wystawowe, przez te ponad 30 lat pracy twórczej malarza. Tysiące wielbicieli jego twórczości oglądało samych siebie i śmiało się z samych siebie. Możliwe, iż czasem ten śmiech zamienił się w refleksję, w zadumę.

Lata 70. to czas Karier otworem stojących, Wieży Babel, Dołu, Bycia Europą, Jeźdźców Apokalipsy czyli Fuchy, Chorych fachowców, Pięknych instalatorów, jednym słowem zdeformowanej, odpychającej rzeczywistości potraktowanej przez artystę w sposób alegoryczny, często wręcz publicystyczny. Wszystko to malowane w sposób wręcz wirtuozerski, z niebywałą dbałością o szczegół, najmniejszy detal, co w połączeniu z niesłychanie rozbuchanymi, barokowymi ramami, które same w sobie stanowią osobny rozdział w twórczości malarza, dawało efekt podwójnie groteskowy.

Motywy, rekwizyty zmieniały się jednak szybko. Tak szybko, jak zmieniała się polska rzeczywistość. Koniec lat 70. i lata 80. to już inny Duda-Gracz. Nadal pozostaje kronikarzem polskich losów, ale nie ma już tu miejsca na ironię czy kpinę. Zastępuje ją gorzka zaduma nad sensem ludzkich wyborów (także własnych - tragicznych, słynny autoportret Ora et Colabora z 1982 r.), zachowań i poczynań. Lata 70. kończy Wielki finał, jak w Weselu Wyspiańskiego czy w Melancholii Jacka Malczewskiego, a może jeszcze lepiej, jak u Andrzejewskiego w Miazdze, by ustąpić miejsca cyklom: Motyw polski, Polska szkoła jazdy, wstrząsającemu Kalendarzowi i Dialogowi polskiemu czy Tańcowi polskiemu. To czas wojny jaruzelskiej, czas śmierci górników z kopalni "Wujek", a u Dudy - czas Piet, Madonny Sierpniowej, Golgoty, a w końcu - Exodusu i Wielkiej emigracji.

"To, co maluję od połowy lat 80., niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Po serii ´obrazów jurajskichª i malarskich powrotów w krainę dzieciństwa coraz częściej i dalej odchodzę od realiów i czasu teraźniejszego" - pisał artysta we wstępie do albumu Obrazy prowincjonalno-gminne. Kresy polskie 2000. To nie jest już realizm, ale jakaś rzeczywistość wykreowana, wyśniona przez malarza na płycie pilśniowej. To maleńkie fragmenty, cytaty z natury, które służą jedynie budowaniu światów wyimaginowanych, światów, do których tęskni serce i dusza malarza, a które na naszych oczach bezpowrotnie odchodzą w przeszłość i zapomnienie. To opuszczone miasteczka, wioski, stare kościółki, przydrożne kapliczki, dworki, wiejskie chałupy, zagrody, przewracające się płoty, bezpańskie psy. "Jest tam cicho, pięknie, spokojnie i daleko od zgiełku i obłędu Bardzo Ważnych Spraw Codziennych. Są nieba, chmury, deszcze, śniegi, mgły, wschody i zachody słońca, łąki, pola, trawy, drzewa, ogrody, strumienie, stawy i bajora, stare chałupy, krzywe domki, omszałe płoty..." I dalej: "Maluję świat umarły, świat niespełnionych marzeń, świat złożony ze strzępów pamięci, obrazów, starych fotografii, rozmów, tęsknoty, lęków, miłości, goryczy, złości i ciepła". Nie ujrzymy tu już "roboli", "partyjnych betonów", coraz więcej za to starych babuń, łysych dziadków, zgrzybiałych ułanów, tłustych Sarmatów, dewotek i infantek komunijnych. W powietrzu latają na miotłach strzygi, w wieczornych poświatach spotkać można grzesznice, topielice, kusicielki, wszelakiej maści umarlaki i strzygonie, upadłe anioły. W pałacowych parkach unoszą się delikatnie w przestworzach bądź spacerują z parasolami białe bądź czarne Damy i Jaśniepanie. Wszystko odchodzi w zapomnienie. Raj utracony. To Powroty sentymentalne Dudy-Gracza do krainy dzieciństwa. To Próba rekonstrukcji raju. Porzucenie ojcowizny dla wygód w mieście. Ostatnie pożegnanie dla stodoły ze wsi Kamion. To w końcu Ostatni portret podwórza z głupią ze wsi Kamion. A wszystkiemu towarzyszą Lęki jak...

Wszystko ostatnie. To czas odchodzenia. Artysta nie bawi się już w drobiazgowe wykończenie swych obrazów. Wszystko jest pośpieszne, zamaszyste - "maluję coraz szybciej i coraz niechlujniej... powinno być widoczne to, co nieudolne, kulfoniaste, chybione, rozgrzebane". Nie znaczy to, iż źle namalowane. Wręcz przeciwnie. Warsztat artysta traktował zawsze bardzo serio. Powtarzał za mistrzem Józefem z Kuklówki, iż "kolor to kolor, ale rysunek to żelazo". Dlatego w ostatnich latach ledwo szkicował obrazy, najchętniej na tekturze, materiale niezwykle wdzięcznym i uległym. Ascetycznie, zaledwie w kilku barwach, często wręcz monochromatycznie. Gdy tylko zaczynała się w obrazie pojawiać idea - kończył pracę, zależało mu bowiem, by wyglądał on jak "duch, jak cień, jak szept".

Ostrzeżenie otrzymał już w 1986 roku. Kilku jego przyjaciół, których cenił, już odeszło, by wspomnieć Antoniego Chodorowskiego, Władysława Hasiora czy Zbysława Marka Maciejewskiego. pieszył się. Pisał: "pieszę się, żeby zdążyć z tym, co gubię w pamięci, co było (a może nie było?), żeby sportretować kogoś, kto odszedł, Gdzieś Tam. I nie pojmuję, czy pamiętam go z obrazu, czy spotkaliśmy się naprawdę? pieszę się, bo moja Polska topi się coraz szybciej jak zeszłoroczny śnieg, a ja chcę zdążyć ją namalować, chociaż to absurd, bo ona jest przecież tylko we mnie i umrze razem ze mną".

A jednak, jak pisał w 1999 roku, NON OMNIS MORIAR! DEO GRATIAS! I miał rację. Pozostanie w tysiącach prac, które stworzył, zarówno tych olejnych, na ukochanych płytach pilśniowych i tekturach, czy w niezliczonych, pięknych akwarelach. We wdzięcznej pamięci swych studentów, z którymi wyjeżdżał na plenery, by "uczyć ich Polski", przyjaciół, kolegów, artystów z Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie, której był profesorem. W końcu w pamięci i sercach swej niezliczonej i wiernej publiczności, która pokochała to malarstwo od samego początku jego twórczej drogi. Groteskowe, tragiczne, a w końcu najzwyklej piękne, wyrosłe z szacunku dla tradycji i miłości do Polski.

Jan Kazimierz Kapera

 

 

Nieuleczalna choroba - Polska

Trudno pogodzić się z odejściem przyjaciela i znakomitego artysty. Dzisiaj uświadamiam sobie, że odszedł jeden z największych i najoryginalniejszych malarzy świata. Jeden z niewielu, którzy potrafili przetworzyć we współczesny kanon sztuki doświadczenia dawnych mistrzów. Jeszcze kilka dni przed jego wyjazdem do Łagowa na plener malarski siedzieliśmy wraz z Wilmą, żoną Jurka, w ich domu. Mówił z entuzjazmem o wystawie swoich prac, które są malarską interpretacją wszystkich dzieł Fryderyka Chopina. Widziałem je wcześniej podczas naszego spotkania w Szczyrku. Myślę, że jest to niezwykłe i sensacyjne osiągnięcie artystyczne. Jerzy Duda-Gracz w tym dziele pokazał cały swój kunszt, wiedzę i wyobraźnię twórczą. Jego opowieść malarska o muzyce Chopina rozciąga się na obszary abstrakcji, koloryzmu i realizmu. Zmaterializować w formie malarskiej dzieła Chopina, wprowadzić do wyobraźni plastycznej miliony nut, tworząc jednolitą wypowiedź artystyczną, mógł tylko tak genialny twórca, jakim był Jerzy Duda-Gracz.

Zacząłem to wspomnienie o wielkim malarzu od jego ostatniego dzieła, ale przecież twórczość Dudy-Gracza jest różnorodna i przebogata.

Byłem przy narodzinach niemalże wszystkich cykli malarskich. Kiedy powstawały Obrazy prowincjonalno-gminne, mówił: "Aby malować obraz, muszę być tu, gdzie moja święta Polska, moja polska głupota, szary pejzaż, obłęd, nietolerancja, szlachetność, stareńkie babunie, dupiaste pokusy, pierwszokomunijne aniołki, złociści biskupi i zapita polska wieś". Nikt przed nim nie pokazał w tak doskonały pod względem artystycznym sposób, a zarazem prawdziwy, polskiej mentalności, polskiej dumy i prowincjonalizmu. Podziwiałem urok i piękno malarskich pejzaży z cyklu Jura Krakowsko-Częstochowska. Pod koniec życia Jurek często w rozmowach wracał do swojej Częstochowy. Mówił mi, że właśnie to miasto ukształtowało go, a także nakreśliło pewien sposób patrzenia na rzeczywistość. Ale akceptował ją z trudem. Wyposażony przez naturę we wspaniały talent, mógł tworzyć jedynie pejzaże, urokliwe portrety pięknych pań i żyć spokojnie. Natura także dała mu wspaniałe oko i krytyczny "monokl", przez który patrzył na otaczające nas realia. Zawsze zaskakiwał mnie trzeźwością oceny zjawisk zarówno społecznych, politycznych, jak i artystycznych. Dążył do prawdy. Każdy fałsz sprawiał mu przykrość i reagował nań spontanicznie. Wiele razy powstrzymywałem go, aby nie reagował na prowokacyjne artykuły czy rankingi sztuki, w których pozbawiono go należnego mu miejsca. Czyż można sztukę zmierzyć i zważyć, aby móc usystematyzować osiągnięcia twórcy? Jeżeli kryterium obiektywnym jest cena uzyskana za obraz, to prace Jerzego Dudy-Gracza zawsze były w czołówce. Mimo to pozostawał etatowym chłopcem do bicia. Dziwne, że nieprzyjaciele jego sztuki nigdy nie byli w stanie uzasadnić swej niechęci argumentami natury artystycznej. Wyciągali natomiast jego "grzechy polityczne". Czas to wyjaśnić. Otóż Jerzy Duda-Gracz w okresie stanu wojennego był współzałożycielem związku plastyków. Ot i cały grzech. Nikt jednak nie bierze pod uwagę faktu, że dzięki temu udało mu się w trudnych czasach załatwić kolegom stypendia, pomoc finansową i lokale na pracownię. Nikt też z tych krytyków nie wie lub nie chce przyjąć do wiadomości, że prace Dudy-Gracza były najczęściej zdejmowane z wystaw przez cenzurę w okresie PRL-u. Słynny, jeden z najlepszych autoportretów w historii polskiej sztuki, reprodukowany tu Ora et colabora z 1982 r., przysporzył artyście wiele kłopotów. W tym czasie wielu jego obecnych krytyków pisało panegiryki na cześć przywódczej roli partii. Przy tych rozważaniach warto zadać pytanie, komu zaszkodził Duda-Gracz? Na pewno nikomu. Jurek był człowiekiem wyjątkowej dobroci. Wrażliwym na ludzkie potrzeby i ludzką biedę. Kiedy organizowałem aukcje w Nowym Jorku, zawsze był gotów obdarować mnie swoim dziełem. Nie tylko mnie. Prowadziłem aukcje na rzecz hospicjów, na których obrazy Jerzego uzyskiwały zawrotne ceny.

Patrząc na naszą scenę artystyczno-społeczną, zastanawiam się, jak trzeba być ślepym i jak zakłamanym estetycznie, aby nie dostrzegać wielkości tego wspaniałego artysty. Jak silna musi być zazdrość, która nie pozwala niektórym "znawcom" i beztalenciom obiektywnie spojrzeć na dzieło ogromne. Jak prostackie powody są miarą oceny tego genialnego artysty. Ci sami "strażnicy jedynie słusznego myślenia" torpedowali jego starania o profesurę, zapominając o tym, że swoje tytuły profesorskie otrzymali w Belwederze z rąk pana generała. Oczywiście tytuł profesorski otrzymał, ale na pewno kosztowało go to wiele.

Miał godny pozazdroszczenia zmysł teatralny. To pewno po nim odziedziczyła talent reżyserski córka Agata, która odnosi sukcesy sceniczne. Współpracowaliśmy z Jurkiem przy realizacji Don Giovanniego Mozarta w Operze ląskiej. Pamiętam ten dzień, kiedy omawialiśmy scenografię. Mówiłem, o co mi chodzi i jak widzę ten spektakl. Wtedy zresztą nie po raz pierwszy widziałem niezwykłą, niespotykaną sprawność manualną Jurka. Dosłownie w mgnieniu oka narysował to, o co mi chodziło. Był to rysunek znakomity. Chwytał formę szybko i precyzyjnie. Kiedyś powiedział, że "forma jest tylko środkiem wyrazu, a nie jego celem".

Na pogrzebie, który zgromadził nieprzebrane tłumy, prof. Andrzej Bochenek, który 12 lat temu "reperował" mu serce, powiedział mi: "Kiedyś siedzieliśmy z Jurkiem i poprosiłem go, żeby mi narysował jamnika. Wiesz od czego zaczął rysować tego jamnika? Od rzęs nad okiem". Przed laty w pracowni byłem świadkiem kończenia obrazu. Był to portret atrakcyjnej dziewczyny. Wydawała mi się nieco zdeformowana w jakimś dziwnym skrócie. Wychodziliśmy do teatru i Jurek powiedział: "Usiądź, ja tylko dokończę portret". Patrzyłem zafascynowany. Kilkoma zdecydowanymi pociągnięciami pędzla "ustawił" pod dziewczyną wiklinowy fotel. Skrót znikł, powstał atrakcyjny portret siedzącej dziewczyny.

Jego decyzje malarskie były niepodważalne. Był jednak bardzo krytyczny wobec siebie. Pozowałem mu do portretu. Przygotował ogromne płótno. Siedziałem spokojnie, a on w ciągu pół godziny wymodelował głowę. Była znakomita pod względem malarskim, niezwykle oryginalna kolorystycznie. Byłem zachwycony. Jurek spojrzał ma obraz i rzekł: "Nic z tego nie będzie. Zobacz, gdzie zrobiłem głowę. Jakbym szedł dalej, to nogi musiałbym namalować na podłodze". Z trudem powstrzymałem go, aby nie zlikwidował tej świetnie namalowanej głowy. Odstawił płótno w kąt i teraz dopiero zobaczyłem, co znaczy pasja malarska i talent. Jurek postawił na sztaludze płytę, spojrzał na mnie i zabrał się do roboty. Nie mówił nic przez dwie godziny i namalował naprawdę wyjątkowy portret. Patrzę na niego pisząc te słowa i odkrywam wciąż nowe, piękne elementy.

Pamiętam zdenerwowanie i tremę Jurka przed uroczystym poświęceniem Golgoty Jasnogórskiej. Monumentalne dzieło, nad którym pracował lata, a przygotowywał się do tej realizacji bardzo długo. Wynik jest olśniewający. Pielgrzymi klękający przed stacjami stworzonymi przez Jerzego Dudę-Gracza oddają też hołd jego talentowi. Ta współczesna Golgota to nie tylko zgodna z Biblią opowieść, ale także malarski przekaz teraźniejszej obojętności na los bliźniego i samotności Chrystusa wśród ludzi. Mówił: "Tą swoją Drogą Krzyżową chciałem popsuć trochę nasze dobre polskie samopoczucie katolickie, które pozwala nam traktować to wydarzenie jako historyjkę obrazkową sprzed dwóch tysięcy lat. Ja chciałem, żebyśmy tajemnicę śmierci Chrystusa, zmartwychwstania, odkupienia przenieśli w rzeczywistość we współczesność... Mimo tej naszej wiary, często fasadowej, myślę, że niewiele byśmy się różnili w naszych poczynaniach, w naszym zwątpieniu od tamtych, którzy szli koło Niego dwa tysiące lat temu lub wrzeszczeli ´ukrzyżuj Go!ª". Cały czas maluję swoją obsesję, swoją chorobę. Ta moja cudownie nieuleczalna choroba to jest Polska".

Wiesław Ochman


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail