Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Światowe życie Siłaczki
Światowe życie na pustyni to brzmi bardzo
oryginalnie,
ale nie całkiem poważnie
Edward Stachura, Fabula rasa
Takimi jak powyższy argumentami, posługując się obficie mądrością narodu zapisaną w księgach i tak zwanej zbiorowej pamięci, starałem się niedawno odwodzić młodą reprezentantkę lepszej połowy społeczeństwa od zmarnowania sobie młodego życia w zabitej dechami bieszczadzkiej dziurze. Sceny, rozdzierające zapewne serce przeciętnego konsumenta piwa, rozgrywały się w knajpie o nazwie Siekierezada, w miejscowości znanej kulturze polskiej z piosenki Deszcz w Cisnej. Odwodzenie (a nie uwodzenie!) Anny Marii miało na celu ocalenie kolejnej owieczki szykującej się do złożenia swoich wdzięków na stosie toksycznej miłości. Miłość owa, w dobrym tonie jak najbardziej smutna, przejawia się uświadamianiem najmłodszej przedstawicielce rodu, że jej jedynym życiowym powołaniem jest spędzić swe najlepsze lata na doprowadzaniu do brzegu życia i przeprawianiu przezeń starzejących się rodziców, niczym babski Charon, na drugą stronę Styksu, czy Sanu - jak kto woli. Obie rzeki toczą swe lodowate, błotniste wody pośród ciemności.
Toksyczni rodzice stanowią dziś jedno z największych zagrożeń dla polskiej młodzieży. Wojna w Iraku, bezrobocie, głodowe pensje czy bezduszne społeczeństwo nie są takim zagrożeniem jak miłość czysta i szlachetna na łonie rodziny. Główną rolę w podcinaniu skrzydeł aspirującej do samodzielnego życia młódzi grają matki. Są niczym strzygi wysysające krew z dzieci albo furie strzegące dzieci przed wejściem do mrocznego Tartaru życia. Dlatego Polska jest krajem staruszek prowadzanych na spacery przez kobiety i mężczyzn na progu starości, a będących ich córkami i synami, co się byli zagapili i w porę nie opuścili domowego gniazda. Polskie gazety wypełnione są opisami krwawych dramatów rodzinnych, spowodowanych często głęboką i bezwzględną miłością rodzicielską. Nie znosi ona sprzeciwu, niczym Hera pożera własne dzieci. Nie chce się nimi podzielić z innymi, żąda dla siebie szacunku, wiktu i opierunku, spiera się o każde wyjście z domu, obwąchuje koszule wracającego z nieudanej randki maminsynka.
Najgorzej z miłością szczerą a piękną swoich matek mają córki. Traktowane są jak lizaki na wystawie, które można rozwijać z kolorowych papierków jedynie w wyobraźni. Często koronnym dowodem miłujących matek, trzymających niemal siłą młode damy w domu, są następstwa grzechu jak najbardziej ciężkiego, bo przedmałżeńskiego. Prawa do małżeństwa, ratującego te przypadkowe posiadaczki owoców pospiesznej miłości na prywatkowej kozetce, bronią swym córkom ich miłujące matki oraz brak ojca, który ucieka, gdzie pieprz rośnie, na wieść o wpadce, mając w perspektywie życie pod jednym dachem z toksyczną teściową, żoną i dzieckiem w pokoiku dwa metry na trzy. Córka zostaje w domu, przełykając codzienną porcję komplementów pod adresem młodej puszczalskiej.
Żadna polska ani światowa organizacja nie zajmuje się zapobieganiem zbiorowemu łamaniu życia dzieci przez ich toksycznych rodziców. Dorastające - trzymane są w domu na smyczy ciepłego obiadku, własnego łóżeczka, pokoiku pełnego pamiątek dzieciństwa, no i litości. Przez Polskę niesie się zbiorowy lament matek i ojców, błagających na kolanach pod świętym obrazem, a z ręką na tabletkach nasercowych lub nasennych - o niepozostawianie ich, biednych rodziców, na pastwę okrutnej starości. Są i tacy, co błagają o darowanie im życia, ale sami są często sobie winni, zabraniając tak długo swojej dziatwie samotnego żeglowania, że z braku innych okazji do zaistnienia szuka ona najłatwiejszej drogi na pierwsze strony bulwarówek, lubujących się w opisach zabójstw, najchętniej z miłości.
Anna Maria dała się złapać na wędkę męki bliskich, którzy całe swoje szlachetne życie poświęcili wychowaniu dzieci i teraz oczekują od nich poświęcenia się dla nich. Starsze rodzeństwo nie miało skrupułów i w porę opuściło dom rodzinny. Empatyczna i nieco patetyczna Anna Maria czuje się zobowiązana do szybkiego powrotu w rodzinne strony w wieku lat dwudziestu paru, czyli z chwilą ukończenia szkoły pomaturalnej. Po nauki nie wyjechała daleko, zaledwie wiorst parę. Każdą wolną chwilę spędza więc w domu. Jest sama, bo przyjaciół nie poznaje się w biedzie, ale w luksusie czasu, który możemy im ofiarować. Nie ma chłopca, bo mówi każdemu na wstępie, że co sobota jeździ do domu mamy i taty zajmować się świnkami, kurkami i ogródkiem. Nie ma butów na zimę, bo pieniądze uskładane na buty wydała na zakup opału.
Można by powiedzieć, że wbrew temu, co sama o tym myśli, Anna Maria jest ofiarą przemocy zwanej troską o dobro ukochanej córki. Rodzice zabezpieczają swoją spokojną starość, molestując niemal codziennie córeczkę zdaniami o jej głupocie i bezsensie starań o samodzielne życie. Gdy mi o tym opowiadała, w jej pięknych oczach lśniły łzy, a w łzach przełamywały się, wyrzeźbione w lipowej desce przez Jędrka Połoninę, diabły. Sted patrzył na nas z okładki swej powieści, postawionej wśród kufli, wilczych i jelenich łbów, baranich piszczeli, z dala od siekierezadowej klienteli, w zacnym towarzystwie setki diabłów i świątków z lipowego drzewa, siekier wbitych na krzyż w dębowe stoły, spalonych łemkowskich posiołków, dogasających w rzeźbionych popielnicach, Ryśka Denisiuka, objaśniającego wycieczce z miasta technikę ikonopisania. Scenografia jak z Dudy-Gracza (Panie, świeć nad Jego duszą).
Anna Maria objaśniała mi z kolei technikę swego wyzwolenia. Wymyśliła dla rodziców i dla siebie usprawiedliwienie albo - jak kto woli - scenariusz kompromisowy. Będzie Siłaczką, niosącą swej rodzinnej ziemi kulturę, czyli ocalenie. Zrobi "coś" dla swoich sąsiadów, zbuduje im remizę strażacką, przedszkole, ośrodek zdrowia albo przeszkloną bibliotekę z widokiem na przełom Osławy. Przełom w jej życiu nastąpi za lat dwadzieścia, gdy rodzice dołączą do swoich rodziców i rodziców ich rodziców na Wysokim Groniu. Zanim Maria złoży tam swoje samotne istnienie, złoży najpierw swoje młode życie na ołtarzu miłości bliźniego. Nie zabliźni się z żadnym bliźnim, bo jej rówieśnicy nie gustują w spienionych siklawach; wolą ciepłe blondynki z własnym lokalem. Ale będzie szczęśliwa szczęściem jej rodziców. I niech tak pozostanie.
Początkowe Stachurowe zdanie o światowym życiu na pustyni nie brzmi całkiem poważnie tylko dla mnie. Maria wzięła z moich rąk książkę i czyta na głos komentarz: "Dla ciebie zabrzmi nie całkiem poważnie to, co jest najpoważniejsze, to mianowicie, że prawdziwe życie światowe to tak zwane szare życie codzienne: w domu, na klatce schodowej z sąsiadem, na podwórzu z bawiącymi się tam dziećmi, na ulicy z nieznajomymi, w fabryce z towarzyszami pracy, w sklepie, w autobusie, w pociągu, w drodze...;.
|
|