KRZYSZTOF ĆWIKLIŃSKI
I tylko półgębkiem,
skrytym kątem duszy...
O dwóch listach Andrzeja Bobkowskiego do Pawła Mayewskiego
23 czerwca 1960 roku Jerzy Giedroyc pisał do Andrzeja Bobkowskiego (na zdjęciu) w tonie alarmującego zlecenia:
"Drogi Panie Andrzeju,
Wielka prośba! Nie jest wykluczone, że będzie u Pana Paul Mayewski. Jest to młody człowiek, współpracownik Free Europe, a poza tym literat. Ma opinię bardzo energicznego i mającego pewną sytuację. Bardzo się pali do współpracy (...). Mayewski wybiera się na jesieni do Paryża na rozmowy. Prośba, by go Pan dokładnie obejrzał i napisał swoje zdanie. Może faceta da się wykorzystać niezależnie od Free Europe? Może będzie to materiał na naszego korespondenta w USA? Mam zaufanie do Pana ocen".
Szczególne to zlecenie zostało przez pisarza przyjęte. W niecały tydzień później Bobkowski odpowiadał:
"Mam wrażenie, że właśnie taki facet jak Mayewski byłby dobry. (...) Piszę dzisiaj do Anieli [Mieczysławskiej - przyp. KĆ], aby Mayewskiego uprzedziła, żeby przed przyjazdem do mnie napisał i dał mi znać dokładnie, kiedy tu będzie. Wtedy nie będzie tracił czasu na szukanie mnie i pieniędzy na drogi hotel i taksówki. Pojadę po niego na lotnisko. Zdam Panu sprawę potem na temat poruszony przez Pana w drugim liście".
Prośba Giedroycia podyktowana była czymś w rodzaju wyższej konieczności, bowiem brak stałego korespondenta w Stanach Zjednoczonych był dla niego wyjątkowo dokuczliwy, a ponadto planował wydawanie anglojęzycznej mutacji Kultury z przeznaczeniem właśnie na rynek amerykański, stąd też z osobą Mayewskiego wiązał duże nadzieje. "Niestety - narzekał - nikogo z głową nie ma w USA, który by mi mógł pomóc. Dlatego jestem ciekaw Mayewskiego, czy z niego nie będzie pociechy".
Obaj, zarówno Giedroyc, który jeszcze latem 1957 roku pisał o "tajemniczym panu Mayuskim", jak i Bobkowski, zapewne niezbyt wiele wiedzieli o tym "młodym", bo wówczas czterdziestoletnim człowieku, i całą swą wiedzę o nim czerpali z drugiej, a może i nawet z trzeciej ręki. Możliwe, że jednym ze źródeł informacji był nader Mayewskiemu życzliwy Józef Wittlin. Zresztą Paweł Mayewski nie był już wówczas postacią znikąd i całkiem nieznaną, gdyż zdążył zdobyć sobie pewien rozgłos jako piszący po angielsku prozaik (ten rys conradowski niewątpliwie bardzo Bobkowskiemu odpowiadał) i tłumacz; jego antologię poezji angielskiej i amerykańskiej Czas niepokoju, wydaną w 1958 roku w Nowym Jorku, bardzo krytycznie omówił na łamach Kultury Czesław Miłosz. Zasługą Mayewskiego było zredagowanie opublikowanej w tym samym roku, również w Nowym Jorku, anglojęzycznej antologii polskiej poezji i prozy współczesnej Rozbite lustro. Ten wizerunek młodego, zdolnego i energicznego pisarza psuła wszakże, przynajmniej w oczach Giedroycia, jego współpraca z Radiem Wolna Europa, do której subtelnymi środkami starał się Mayewskiego zniechęcić. "Mój stosunek do Free Europe - pisał do Bobkowskiego - jest negatywny (przede wszystkim z powodu głupoty, braku wyobraźni i potwornej biurokracji), a przy tym to jest bardzo zła firma i wiązanie się z nią może nam tylko zaszkodzić". Kontakty z RWE uważał nawet za kompromitujące. Bobkowski co prawda nie szedł w negatywnych opiniach aż tak daleko, sam wszakże miał na sumieniu "grzeszek" przelotnej współpracy z rozgłośnią, dla której jeszcze w tym samym roku napisał dwa felietony, niemniej w zasadzie zgadzał się z opinią Giedroycia. Obaj mieli nadzieję, że Mayewski przynajmniej rozluźni swoje związki z tą - jak pisał Bobkowski - "ubezpieczalnią społeczną", choć z drobnych świadczeń tejże ubezpieczalni autor Coco de Oro korzystał.
Do spotkania Mayewskiego i Bobkowskiego doszło 5 sierpnia 1960 r. Mayewski wracał wówczas z Kongresu PEN-Clubu w Rio de Janeiro i był bezpośrednio po wizycie u Witolda Gombrowicza w Buenos Aires, a za namową Giedroycia zamierzał odwiedzić w Meksyku osamotnionego Teodora Parnickiego.
Kim był ten zapowiedziany przez Giedroycia i tak przez Bobkowskiego wyczekiwany gość? Informacje biograficzne o Mayewskim są nader skąpe, choć dają wizerunek typowy dla jego pokolenia. W chwili wybuchu wojny miał dziewiętnaście lat i jak wielu rówieśników podjął próbę przedarcia się przez tereny okupowane przez ZSRR, aby via Rumunia dotrzeć do formujących się we Francji wojsk polskich. Aresztowany, skazany i zesłany do niewolniczej pracy w syberyjskich łagrach, po trzech latach uwolniony na mocy tzw. amnestii, przebywał początkowo na rodkowym Wschodzie, później w Południowej Afryce, w końcu w Anglii. Stamtąd w roku 1951 wyjechał do Stanów Zjednoczonych i zamieszkał w Nowym Jorku. W 1954 r. zaczął publikować na łamach amerykańskich pism literackich (nowele Ciemny las, Drewniane ostrze i Moskity, którą z angielskiego przełożono na czeski). Zamieszczał w nich także przekłady utworów Kazimierza Brandysa, Tadeusza Różewicza i Sławomira Mrożka oraz publikował rozprawy i artykuły na tematy polskie. Mayewski planował stworzenie pisma polskiego poświęconego w całości literaturze amerykańskiej, co ostatecznie wraz z Janem Kempką sfinalizował: w styczniu 1962 r. zaczął się ukazywać kwartalnik Tematy. Mayewski nie był więc przypadkowym i anonimowym obieżyświatem, którego akurat rzuciło do egzotycznej Gwatemali; jako pisarz miał się już czym wylegitymować, a i jego projekty nie należały do błahych.
"W piątek piątego około jedenastej - relacjonował Bobkowski Giedroyciowi - zjawił się u mnie Mayewski. (...) przyszedł do sklepu, tak jak prosiłem via Aniela, bo dla mnie to najwygodniej, a i dla niego było lepiej, bo on po hiszpańsku ani w ząb. Cóż to za fajny facet. Obecnie dolatuje do czterdziestki, w Polsce sierota od najmłodszych lat, bardzo ciężkie życie, gimnazjum w Rawie Mazowieckiej. Te nasze gimnazja były jednak świetne. Od razu ze sklepu zawiozłem go do znajomego pensjonatu, żeby odsapnął po podróży, i o pierwszej przyjechałem po niego, przywożąc mu odpowiedni strój (spodnie i wiatrówkę) na wycieczkę. Z pensjonatu zabrałem go do nas do domu, gdzie na przełamanie lodów wypiliśmy po dwa głębokie dżiny z cytryną i lodem. Bardzo lubię facetów pijących. Basia już była zebrana, upakowaliśmy walizki i ruszyliśmy nad nasze ulubione jezioro Atitlan. Po drodze zjedliśmy obiad i potem dalej. (...) Po drodze gadu-gadu i bardzo szybko dogadaliśmy się. Wieczorem, już nad jeziorem, pojechaliśmy coś się przynapić, znowu gadu-gadu. Bardzo mi się podoba. Przede wszystkim człowiek prawy, intelektualista, ale zdrowy, nie zepsuty, nie zapatrzony we własny pępek. Wie, czego chce, bez esów-floresów, prosty i dobry. Wie Pan - tak - dobry. Wydaje mi się, że robienie świństw czy świństewek nie leży w jego naturze. Materiał na przyjaciela, którym chyba mi się stał, pomimo tak krótkiej znajomości. To właściwie nawet dość głupie tak polubić człowieka zobaczonego pierwszy raz w życiu. I nie tylko z mojej strony, co mógłbym tłumaczyć osamotnieniem, brakiem kontaktu itd. Bo i on chyba też czuł to samo".
Relacja Bobkowskiego z pobytu Mayewskiego jest bardzo szczegółowa i nawet emocjonalnie zaangażowana. Czegóż w niej nie ma? Zwiedzanie starej, zniszczonej przez trzęsienie ziemi stolicy Gwatemali, Antiguy, zakup starego pistoletu kapiszonowego z początku XIX wieku, wizyta w hacjendzie przyjaciół pisarza, Róży i Władysława Włudyków, kolacja z karpiami, pijaństwem, strzelaniem z rewolwerów i śpiewaniem przedwojennych polskich tang, przebudzenie z potwornym kacem nazajutrz i trzeźwienie w basenie. Trzy dni wzajemnego poznawania się i rosnącej sympatii. Przez te dni Bobkowski nie spuszczał oka ze swojego nowego przyjaciela, aby móc jak najsolidniej wypełnić powierzoną mu przez Giedroycia misję.
"Otóż wedle tego, co się z nim nagadałem - informował redaktora Kultury - to on jest idealny do tego, co Pan chce wyczyniać w USA. Przede wszystkim w tym tygodniu występuje z Free Europe, puszcza się na własne wody, ma zostać konsultantem literackim w jakiejś amerykańskiej firmie wydawniczej. Ma stosunki w tym świecie, zna go, wycirus intelektualny z Manhattanu, przy tym businessowo otrzaskany. (...) Oświadczył mi, że jest gotowy udzielić Panu wszelkiej pomocy i na ogół orientuje się, o co Panu chodzi. Politycznie stawia na rewizjonizm nie tylko u nas. Pomimo 3 lat Rosji nie jest antyrosyjski, nie jest antykomunistą, lecz akomunistą. Osobiście jest właściwie anarchistą z przymieszkami platońskimi. Dość to skomplikowane i pozornie znoszące się, ale tak jak mi to tłumaczył, to są w tym jakieś ręce i nogi. Powiedział mi wprost, że go irytuję z moją prawicowością. Ja wiem, mnie też ona czasem irytuje. Powiedział mi także, że gdy go pytano o opinię o mnie we Free Europe, to im powiedział, że ja go najbardziej ze wszystkich irytuję i dlatego należy się mną zająć. To bardzo dobry rys inteligencji. (...) Wcale nie uważa Pana za fantastę i megalomana, jest dla Pańskiej działalności z pełnym uznaniem. Niech Pan do niego pisze otwarcie i bez obawy, bo prawie ręczę, że on Panu w żadnym wypadku nie byłby zdolny do głupich kawałów, przechwałek, popisywania się itd. Rzetelny gość. (...) Nie znosi Miłosza, więc pomimo wielu punktów rozbieżnych, mieliśmy i wspólne. (...) No i tak - na wielu, bardzo wielu punktach różniliśmy się w poglądach, ale rozstaliśmy się prawie ze łzami w oczach i było nam cholernie żal, że nie możemy spędzić jeszcze paru dni dłużej razem. Czułem się z nim dobrze nawet wtedy, kiedy nic nie mówiliśmy, co też świadczy dobrze. Jako człowiek rzetelny i nie potrafiący robić świństw, wyczułem w nim pokrewną duszę i to pewnie dlatego. (...) No - resztę zostawiam Panu. U mnie zdał na piątkę".
Bobkowski wspominał także o mającej się niebawem ukazać nakładem Knopfa powieści Mayewskiego (Podróż i współczucie ukazała się dopiero trzy lata później, zresztą w zupełnie innym wydawnictwie), natomiast zastanowić musi fakt, że w ogóle nie wspomniał o tomie opowiadań Rzeka, które akurat opublikowała londyńska Oficyna Poetów i Malarzy w przekładzie Jana Kempki, a który Jerzy Stempowski, na specjalne zamówienie Giedroycia, zrecenzował w Kulturze. Czyżby nie znał tej książki, o której na emigracji było wszak głośno i którą krytycy stawiali obok Innego świata Herlinga-Grudzińskiego, przywołując w jej kontekście nawet nazwiska Kafki i Dostojewskiego? Czyżby Mayewski temu słynnemu na emigracji pożeraczowi książek nie ofiarował egzemplarza?
Bobkowski wspomniał także o planowanej przez Mayewskiego w następnym roku podróży do Polski. Realizacja planu wypadła o rok później, bowiem Mayewski wyjechał do Warszawy w końcu marca 1962 r. Autor Szkiców piórkiem wówczas już nie żył.
Jak po tych trzech gwatemalskich dniach rozwinęła się ich znajomość? Jakie były dalsze losy tej tak gwałtownie rozkwitłej przyjaźni? Być może jak miłości, istnieją także przyjaźnie od pierwszego wejrzenia, choć to raczej wątpliwe, bo przyjaźń wszak nie jest uczuciem irracjonalnym. Mayewski z pewnością ujął Bobkowskiego, ale owo szczególne zaangażowanie emocjonalne, jak się zdaje, było nieco na wyrost i pomimo początkowych złudzeń pisarza nie było chyba dyktowane braterstwem dusz. Ten typ reakcji człowieka, któremu pozostało kilka miesięcy życia i który doskonale o tym wiedział, tłumaczy zarówno jego sytuacja osobista, jak i fakt wieloletniego braku osobistych kontaktów z ludźmi, których bardziej niż nowo poznanego Mayewskiego miał prawo nazywać przyjaciółmi. Znacząca jest tu uwaga zanotowana przez Bobkowskiego podczas wizyty w Nowym Jorku w sierpniu 1954 roku, a więc po sześciu latach pobytu w Gwatemali i jeszcze przed wykryciem śmiertelnej choroby: "Po latach samotności muszę panować nad sobą, żeby nie rzucać się wszystkim na szyję".
Mayewski po powrocie do Stanów Zjednoczonych długo milczał. "Widzę, że Mayewski - pisał do Bobkowskiego Giedroyc - przypadł Panu do gustu. (...) Niestety, jak dotąd nie mam od niego żadnej wiadomości i nie wiem, czy przyjedzie do Francji na jesieni, jak projektował". Bobkowski odpowiadał: "Mayewski do mnie też nie odezwał się ani jednym słowem po wyjeździe stąd. Może się o co obraził. Z tymi intelektualistami to skaranie boskie. O Boże - jak to dobrze, że jestem z daleka od tej ferajny. Nie umiem zrozumieć tych typów, tych sensibilités, tych niebosiężnych próżności, tych ´JAª obnoszonych niby też to z całą skromnością - uff - gówno i tyle. Nie mam cierpliwości. Podziwiam Pana". Ze słów Bobkowskiego wyraźnie wynika, że pierwsze wrażenie minęło i tworzy się pewien rodzaj dystansu, z którego Bobkowski inaczej postrzega osobę nowego przyjaciela, czuć też w tych słowach nutkę zawodu, rozczarowania; to milczenie sprawia mu przykrość, ale wszystko się zmienia i powraca do dawnego stanu, gdy Mayewski wreszcie się odzywa. "Paweł pisał do mnie - informował z radością Giedroycia. - Bardzo go polubiłem, a i chyba więcej". Giedroyc, mający wobec Mayewskiego bardzo konkretne zamierzenia, nie podzielał ani radości, ani sympatii Bobkowskiego. "Irytuje mnie pomału Mayewski - pisał. - Zapewne niesprawiedliwie. Trudno organizować współpracę, jak się gościa nie widziało na oczy. Wszystkie ewentualne nadzieje i projekty są właściwie abstrakcją. (...) miał przyjechać teraz do Europy, ale to się odkłada na nie wiadomo kiedy. Ciągle mnie do znudzenia namawia na przyjazd do USA i bym raczył na to wziąć pieniądze z Free Europe. Tłumaczę mu, że nie chcę mieć z tą instytucją nic do czynienia". Bobkowski, nie bez wpływu Giedroycia, zaczynał rewidować swoje poglądy, co prawda dość ostrożnie, ale jednak. "Co do Mayewskiego - pisał - to trochę się o to bałem. To jest przede wszystkim intelektualista, a sam Pan wie, co to za rasa. Nie posądzam go o intryganctwo, ale że może się okazać bez jaj, to zupełnie możliwe i wcale Pana o jego jajach nie przekonywałem po poznaniu go. (...) Że Paweł nie rozumie Pańskich alergii (...) to mnie nie dziwi. Ale i on - widać z tego - jest już głęboko zarażony bakcylem Free Europe. To są ludzie na ogół skończeni i choć Paweł zapewniał mnie, że od nich już, już odchodzi, to jakoś się nie odkuplował [sic! - KĆ]. (...) I boję się, że Paweł jest mocno zarażony. Ja do niego nie pisałem, ale za parę dni do niego napiszę". Giedroyc odpowiadał: "Mayewski nie odezwał się dotąd. Ciekaw jestem, jak zareaguje na Pana list. To będzie istotny sondaż". Obietnicę Bobkowski spełnił dopiero po dwóch tygodniach, 4 grudnia. Jak wypadł sondaż, nie wiadomo, gdyż współpracę z Kulturą i porzucenie pracy w Radiu Wolna Europa Bobkowski sugerował Mayewskiemu raczej dość delikatnie, można wszakże przypuszczać, że nie najlepiej, bowiem na początku stycznia 1961 roku Giedroyc tak pisał: "Mayewski nie odzywa się. Boję się, że facet robi swoją karierkę i nic go nie obchodzi. Szkoda, bo to znów odkłada plany angielskiej Kultury na nie wiadomo jak długo. Straszne, że ludzie się starzeją i nie ma z nich pociechy, a młodzi są do niczego i też nie ma z nich pociechy. Czuję się coraz bardziej jak Twardowski na księżycu". Bobkowski tłumaczył się: "Mayewski, jeżeli milczy, to nie moja wina, bo mu nałożyłem do łba, ile mogłem. Może się pomyliłem w ocenie - ja jestem jednak głupio szczery i otwarty człowiek i często sądzę innych po sobie. Jest we mnie jakaś immanentna niemożność snucia intryg personalnych, kombinowania, ambicji osobistych, i potem wydaje mi się, że inni też to potrafią".
W krótkim czasie Paweł Mayewski przestał być jednym z ważniejszych tematów korespondencji Bobkowskiego i Giedroycia, choć jeszcze 31 stycznia 1961 r. Bobkowski pisał: "...Mayewski i do mnie nie odezwał się ani słowem. Sprawdzę moje uczucia wobec niego w New Yorku jeszcze raz". Do Stanów Zjednoczonych Bobkowski wyjechał 25 marca. Czy pośród konsultacji lekarskich znalazł czas na sprawdzenie swych uczuć wobec Mayewskiego, nie wiadomo. Do Giedroycia już nie napisał. Pomimo pozytywnych wyników badań przeprowadzonych w Nowym Jorku, po powrocie do Gwatemali czuł się cały czas źle, jego stan pogarszał się gwałtownie, wreszcie nastąpiła długotrwała agonia, w jej końcowej fazie pisarz stracił przytomność. 4 czerwca 1961 roku Barbara Bobkowska prosiła w liście Giedroycia, aby o stanie Andrzeja powiadomił Mayewskiego. 26 czerwca późnym wieczorem, około godziny dwudziestej, Bobkowski zmarł.
Niecały rok znajomości i jedno spotkanie zaowocowały dwoma tylko i to pisanymi w odstępie trzech miesięcy listami. Mało prawdopodobne, aby było ich więcej. Mayewski nie był widać tak wdzięcznym korespondentem jak Giedroyc, Terlecki, Chciuk, Konarski, Tarnawski czy Grydzewski, a jednak o nikim innym Bobkowski nie wypowiadał się z tak czułą sympatią. Swój stosunek do autora Rzeki najlepiej chyba określił w jednym z listów do Józefa Wittlina. "Cieszę się, że Paweł opowiedział Panu trochę o swoim pobycie tutaj - pisał 12 stycznia 1961 roku. - Na pewno nie opowiedział jednak, że my obydwoje jakoś bardzo go pokochaliśmy, tak dziwnie, od pierwszego wejrzenia. Chciałbym, aby to uczucie między nami przetrwało, bo tak rzadko trafia się na ludzi, do których dosłownie od pierwszych paru słów coś wybiega ku nim. I w sumie to jedno jest coś naprawdę warte w życiu - te trochę ciepła, te trochę radości z obecności, ta jakby interpunkcja wśród samotności". Z pewnością nie bez znaczenia w ukształtowaniu się tej szczególnego typu relacji był pełen głębokiej atencji stosunek obu pisarzy do twórczości, a zwłaszcza osoby Wittlina. W liście z 10 lutego Bobkowski prosił autora Soli ziemi o przekazanie pozdrowień Mayewskiemu. Widocznie Mayewski, pochłonięty swoimi sprawami, nadal milczał. Czy jeszcze kiedykolwiek napisał do Bobkowskiego, nie wiadomo. List do Wittlina był ostatnim, w którym Bobkowski wspominał o autorze Ciemnego lasu.
Bobkowski, wcześniej osamotniony i mający niezbyt liczne kontakty z Polakami, od 1960 roku stale kogoś gościł, ciągle ktoś się zapowiadał i przyjeżdżał na krócej lub dłużej. Po Mayewskim zjawił się zdeklarowany abstynent, co z pewnością nie nastawiło Bobkowskiego przychylnie, Aleksander Janta-Połczyński z Nowego Jorku ("Zapowiedział się u mnie Janta (...) Wskutek tego dziś zawiesili gwarancje konstytucyjne i pewnie będzie rewolucja" - dowcipnie donosił Bobkowski Grydzewskiemu), po nim Aleksander Grobicki z Toronto ("jakaś kanadyjska dziennikarzyna" - jak później ze złością pisał do Wittlina ), następnie Andrzej Madeyski z Montrealu ("bardzo sympatyczny" ), na koniec Olgierd Budrewicz, reporter i publicysta z kraju ("Ten z Przekroju (...) jak potem popisze bzdury (...) to go zrobię na szaro i do tego z talentem"). Grono znajomych, choćby tylko korespondencyjnych, rozrastało się nadspodziewanie. Zmagający się ze śmiertelną chorobą pisarz na pewno spragniony był towarzystwa, jakiejś bliskości życzliwych mu ludzi. Spośród wszystkich wybrał Pawła Mayewskiego i jego obdarzył głęboką przyjaźnią, o nikim też nie wypowiedział tylu ciepłych i bezsprzecznie szczerych słów.
"Jak będziesz miał wolną chwilę, to wpadnij znowu tutaj. Ciebie zawsze chętnie zobaczymy - pisał do Mayewskiego w pierwszym liście. - Nie gniewaj się, że tak szybko pożegnałem się i nie czekaliśmy z Tobą na dworcu, ale czułem, że byłbym się rozpłakał, że byłbym się żegnał, że byłbym zmuszony pokazywać, jak okropnie było mi żal, że już wyjeżdżasz itd. Więc wolałem szybko. Bardzo Ciebie pokochaliśmy".
W zakończeniu drugiego listu pisał w imieniu swoim i żony: "I tylko półgębkiem, skrytym kątem duszy, przyznamy się do tego, żeśmy Ciebie polubili bardzo, bardzo, jak mało kogo".
Paweł Mayewski przeżył Andrzeja Bobkowskiego o trzydzieści lat. Zmarł 21 października 1991 roku w Gainesville na Florydzie.
|