PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 12 listopada 2004


W szkole miałem kłopoty
z powodu Fredry
- mówi Grzegorz Jarzyna


Jolanta Łapot-Lion, Małgorzata Markoff: - Sięga Pan najczęściej po teksty autorów XX-wiecznych, np. Tomasza Manna czy Sary Kane, a tu nagle Fredro, taka klasyczna pozycja szkolna. Dlaczego zdecydował się Pan przenieść "luby panieńskie" na scenę?

Grzegorz Jarzyna: - Realizacji tego spektaklu podjąłem się z miłości do teatru, z zafascynowania teatrem. Zadaję sobie pytanie, jak daleko ta fascynacja sięga w czasie oraz jaki był proces kształtowania się różnych form teatralnych na przestrzeni wieków. Nagle zapragnąłem znaleźć się w tamtej epoce, a następnie powędrować w czasie, aby zobaczyć, jak ten sam Fredro zmieniał się w kolejnych inscenizacjach oraz jak różnymi środkami go wyrażano. W Polsce istnieje bogata tradycja wystawiania Fredry: krakowska, lwowska, warszawsko-lwowska i ta tradycja bardzo mnie wciągnęła. Zacząłem się zastanawiać, jak taka realizacja Fredry mogłaby wyglądać dzisiaj. Z drugiej strony, zrobiłem ten spektakl trochę z przekory; w szkole miałem ogromne problemy z Fredrą, a właściwie to w ogóle go nie przeczytałem. Nieco później zauważyłem, że ten sam Fredro ma świetne rytmy, potrafi fantastycznie budować konflikty, a jego postaci są niezwykle wyraziste. Ogólnie mówiąc, wszystkie jego utwory odznaczają się bardzo dobrą dramaturgią. Jestem pewien, że gdyby Fredro żył w dzisiejszych czasach, to byłbym zakochany w nim jako artyście, byłbym jego nadwornym reżyserem.

- Mając w pamięci spektakle, które Pan zrealizował, można przypuszczać, że łączy je wszystkie tematyka miłości. W pewnym sensie problematyka "Księcia Myszkina" czy "Doktora Faustusa" jest bliska "Magnetyzmowi serca".

- Tak, to prawda. Najpierw zawsze dokonuję wyboru ze względu na interesujące ujęcie problemu miłości w utworach reprezentujących różne formy wypowiedzi. Tym razem miałem potrzebę zrealizowania komedii.

- Wyreżyserował Pan tę sztukę pod pseudonimem Sylwia Torsh. Pisownia przez "w" wskazywałaby na polski rodowód autorki, natomiast Torsh brzmi trochę obco. Kim jest Sylwia Torsh? Polką czy cudzoziemką?

- Polką, Polką. Wymyślenie takiego pseudonimu było efektem pewnej zabawy.

- Dlaczego jest kobietą?

- Pomyślałem sobie, że ten utwór jest w gruncie rzeczy bardzo kobiecy. Takie cechy, jak: czułość, wrażliwość, delikatność, należą do świata zdecydowanie kobiecego. Niby Gustaw zwycięża, ale tak naprawdę generatorem emocji i wszystkich zmian, którym podlegają bohaterowie, są Klara i Aniela.

- Sądząc po gorącej reakcji publiczności wydaje się, że scena pisania listu przez Anielę oraz scena wspólnego posiłku przy stole szczególnie przypadła widzom do gustu. Amerykanie reagowali głośnym śmiechem i bili brawo, nagradzając wspaniałą grę aktorów. Czy takie sceny są oparte wyłącznie na Pana pomysłach?

- To efekt pracy zbiorowej. Zawsze pracujemy w grupie. Każdy może przedstawić swój pomysł, a następnie wspólnie go opracowujemy.

- Czy do pokazów zagranicznych, takich jak "Dybuk" i "Zaryzykuj wszystko" w Nowym Jorku, a"Magnetyzm serca" w Pittsburghu, zespół przygotowuje się inaczej niż do spektakli w Polsce?

- Nie, wszystko odbywa się w normalnym rytmie. Jedyna różnica to kwestia opracowania napisów dla widzów niemówiących po polsku.

- Czy do występów za granicą zespół przygotowuje się kładąc większy nacisk na wizualność spektakli?

- Zawsze, jak w każdym nowym miejscu, podczas prób staramy się trochę zmienić te spektakle, trochę je ulepszyć. Wiele zależy od przestrzeni scenicznej w nowym miejscu; w czasie ośmiu godzin prób staramy się jak najlepiej wkomponować spektakl w określoną przestrzeń.

- Czy jest jakaś różnica w sposobie odbioru Pana spektakli przez Polaków i cudzoziemców?

- Z moich obserwacji wynika, że istnieje pewien element w sposobie grania oraz realizacji tych sztuk, który pozwala na łatwą asymilację z różnymi narodami i kulturami.

Z drugiej strony, w Niemczech, gdzie często wystawiamy, traktuje się sztukę z większym dystansem. Obserwuję u widzów z Europy Zachodniej pewną rezerwę do naszego stylu grania opartego na emocjach. Mimo to dobrze się gra w krajach, w których teatr pozbawiony jest uczuciowości, a my proponujemy właśnie teatr zbudowany na emocjach. Przez emocjonalność można wiele wyrazić, nie tylko w sensie werbalnym, ale także dzięki znaczeniom nadanym poprzez granie atmosferami. Jest to też więc kwestia inscenizacji, działania zarówno na zmysły, jak i na emocje widowni.

- A co Pan sądzi o reakcji widza amerykańskiego?

- Sądząc po reakcji można uznać, że kultura, a szczególnie wrażliwość amerykańska jest dużo bliższa polskiej niż zachodnioeuropejskiej. W przeciwieństwie do widzów zachodnioeuropejskich Amerykanie są niezwykle otwarci i nastawieni na emocjonalność. To otwarcie na kontakt ludzki tu, w USA, wydaje się mieć związek z linią grania wypracowaną przez Czechowa, bazującą do pewnego stopnia na szkole rosyjskiej, a następnie przekształconą przez tutejszy styl gry.

- Muzyka jest chyba jednym z elementów budujących atmosferę "Magnetyzmu serca". Czy muzyka jest dla Pana oprawą spektaklu, wprowadzoną do sztuki w końcowym etapie przygotowań?

- Nie. Zawsze najpierw poszukuję odpowiedniej muzyki i wtedy wiele nagrywam. Muzyka pomaga wczuć się w klimat, atmosferę sztuki, a to u mnie etap początkowy budowania spektaklu.

- Reżyserował Pan przedstawienia w innych teatrach, np. w Teatrze Polskim w Poznaniu. Czy mógłby Pan wyreżyserować spektakl w teatrze amerykańskim?

- Od lat współpracuję z teatrami zagranicznymi. Właściwie teraz każdy spektakl jest w jakiejś koprodukcji z teatrem europejskim: berlińskim, francuskim czy austriackim. Od jakiegoś już czasu prowadzę także rozmowy z Amerykanami, ale nie jest łatwo dojść do porozumienia z uwagi na inne zapotrzebowania, inne rozwiązania, inne wymogi każdego z teatrów.

- Został Pan zaproszony ze spektaklem "Magnetyzm serca" na festiwal w Pittsburghu, chociaż od premiery minęło już pięć lat. Jak traktuje Pan zaproszenia na festiwale międzynarodowe? Czy przyjmuje Pan wszystkie?

- Niemożliwe byłoby przyjęcie wszystkich zaproszeń, bo wówczas przestalibyśmy grać u siebie, a także nie moglibyśmy tworzyć nowych spektakli. Przyjmujemy ponad połowę wszystkich zaproszeń i wtedy nasze spektakle jeżdżą po świecie.

- Czy podejmując się realizacji jakiegoś projektu czuje się Pan wolny jako artysta, czy też próbuje Pan sprostać gustom publiczności, modzie, prądom?

- Zauważyłem, że w moim przypadku wszystko zależy od stopnia szczerości wyrażenia siebie. Zawsze, kiedy coś wychodzi ze mnie, to i widownię to interesuje. Muszę pamiętać, żeby w tym procesie się nie zahamować, nie przechytrzyć samego siebie. Jest niemal regułą, że kiedy jestem szczery, to widownia zawsze w to wchodzi.

- Znany jest Pan z projektu wychodzenia do publiczności zgromadzonej w miejscach innych niż budynek teatru. Wystarczy wymienić hotele, Dworzec Centralny w Warszawie, hale fabryczne. Czy koncept znany pod nazwą "Teren Warszawa" jest efektem Pana szczerej wypowiedzi artystycznej, czy też może powstał w związku z ograniczeniami finansowymi?

- Przede wszystkim myślałem o wyjściu do ludzi i chciałem zobaczyć teatr w nowych warunkach. Zastanawiało mnie, czy można zrobić młody, dynamiczny, świeży teatr bez pieniędzy. Okazało się, że można, bo przecież praca w teatrze nie jest uzależniona wyłącznie od pieniędzy. Oczywiście przy realizacji pewnych projektów trzeba dysponować dobrym zapleczem, ale nie jest to podstawowy warunek sukcesu.

- A co jest najważniejsze w pracy w teatrze?

- Energia, zapał, chęć przeżycia przygody. To warunkuje sukces. Na drugim miejscu idzie dopiero talent, a następnie dyscyplina. Jeśli jeszcze dodać formę otwartą, to sukces niemal gwarantowany. Istnieje taka dogma w teatrze, oparta na założeniu, że jeśli uda się stworzyć nową koncepcję czy zorganizować nowy system, który pozwala wciągnąć do zabawy w teatr jak największą liczbę ludzi przy bardzo nikłym zapleczu finansowym, to wtedy zaczyna się nowa przygoda.

"Teren Warszawa" powstał z myślą o młodych ludziach, o studentach, był takim pierwszym krokiem ze studiów w teatr. Dla wszystkich, którzy biorą udział w tych projektach, jest to pierwsze doświadczenie w materii teatru: reżyserzy po raz pierwszy reżyserują, aktorzy po raz pierwszy pojawiają się na scenie. Nawet sztuki są po raz pierwszy wystawiane w Polsce.

- Czy to oznacza, że chce Pan pomóc przebić się młodym?

- I tym samym odmłodzić siebie, nabrać młodzieńczej energii, która jest w tym świecie najpiękniejsza z tego prostego powodu, że w tym okresie jest się jeszcze marzycielem i idealistą.

- Czy teatr ma przewagę nad filmem?

- W teatrze wszystko jest żywe i prawdziwe. Czuje się oddech, czuje się łzy, a ponad wszystko teatr jest bardziej energetyczny. Fakt, że przed tobą gra żywy człowiek, sprawia, że to się czuje. Ta przestrzeń jest o wiele bardziej magiczna niż w filmie.

- Nad czym Pan obecnie pracuje w swojej magicznej przestrzeni?

- Przygotowuję Makbeta, premierę przewiduję na wczesną wiosnę.

- Dlaczego właśnie "Makbeta"? Czy znów chce nas Pan zaskoczyć interpretacją tej klasycznej pozycji?

- Makbet jest świetnym materiałem do wyrażenia tego, co się dzieje w dzisiejszym świecie. No i jest to kolejny etap w mojej twórczości. Przyszedł czas na Makbeta.

Z Grzegorzem Jarzyną rozmawiały:
Jolanta Łapot-Lion i Małgorzata Markoff

 

-----------------------------------------------------------------------

 

Teatr Rozmaitości w Pittsburghu

i w Nowym Jorku

W Pittsburghu dobiegł końca International Festival of Firsts - prestiżowa impreza teatralna, w której uczestniczyły zespoły z sześciu krajów. Jej organizatorem był Pittsburgh Cultural Trust. Jako pierwszy wystąpił niemiecki teatr Titanic. Barwny spektakl na otwartym powietrzu opowiadający historię zatonięcia "Titanica", a będący połączeniem tańca, akrobatyki, muzyki i efektów specjalnych, przyciągnął tysiące widzów. Na zakończenie przedstawienia kilkunastometrowa makieta statku stanęła w płomieniach, a następnie zatonęła w rzece Allegheny. Równie widowiskowe było przedstawienie taneczno-teatralne pod tytułem Ship in the View w wykonaniu zespołu Pappa Tarahumara z Japonii, w którym tytułowy statek symbolizuje jedyną drogę ucieczki z małego, sennego miasteczka. Z kolei w dwóch spektaklach Glimpse i Preludis hiszpański tancerz i choreograf Cesc Gelabert zaprezentował nowoczesne układy baletowe do muzyki Bacha, Chopina i Debussy’ego, podczas gdy na ustawionych na scenie ogromnych ekranach pojawiały się symboliczne obrazy wewnętrznych przeżyć artysty, jego myśli, uczuć i emocji. Równie oryginalny program przygotowała Akhe Group z St. Petersburga. Rosyjscy aktorzy określają swoją twórczość mianem "ruchomych instalacji złożonych z ludzkich ciał". Nieco inny rodzaj teatru zaproponowała grupa "O" z Wielkiej Brytanii. Wystawiony przez nią Argument: a Family Portrait, tragikomedia o rozpadzie współczesnej rodziny, to dzieło Josepha Alforda, który wprowadził na scenę elementy tańca, pantomimy i muzyki jazzowej.

Festiwal zakończył się brawurowym popisem polskich aktorów z warszawskiego Teatru Rozmaitości. Magnetyzm serca według lubów panieńskich Aleksandra Fredry, wyreżyserowany przez Grzegorza Jarzynę, po raz kolejny zachwycił zagranicznych krytyków. Christopher Rawson z Pittsburgh Post-Gazette napisał: "Artyści Jarzyny pędzą przez półtora wieku teatralnych konwencji, kostiumów i stylów, a tym samym społecznych postaw i zachowań. (...) Przedstawienie zaskakuje techniczną doskonałością, dlatego tak bardzo przypomina spektakl baletowy". W role Anieli i Klary wcieliły się Maja Ostaszewska i Magdalena Cielecka. To one są spiritus movens całego widowiska, z każdą minutą przemieniając się z XIX-wiecznych panienek w wyzwolone kobiety XXI wieku.

Dyrektorka festiwalu Elizabeth Bradley nazwała reżysera "geniuszem i fenomenem teatru". W dorobku 37-letniego Grzegorza Jarzyny, absolwenta filozofii, teologii i teatrologii, ucznia Krystiana Lupy, są między innymi inscenizacje Bzika tropikalnego według Witkiewicza, Iwony, księżniczki Burgunda, Doktora Faustusa, Księcia Myszkina i Zaryzykuj wszystko - sztuki kanadyjskiego dramatopisarza George'a F. Walkera, która jest właśnie wystawiana w Nowym Jorku.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail