GRAŻYNA DRABIK
Nowojorska
kronika kulturalna (teatr)
Odnotujmy przede wszystkim, jak należy, znaczących gości. Z Londynu przyjechał do Brooklyn Academy of Music zespół Shared Experience, który pod kierunkiem Nancy Meckler, amerykańskiej reżyserki zamieszkałej w Anglii, specjalizuje się w przenoszeniu powieściowej klasyki na scenę. Powieść E. M. Forstera A Passage to India wydawałaby się idealna do takiej adaptacji - wielowarstwowa, rozgrywająca się w malowniczej scenerii Indii, z kilkoma bardzo atrakcyjnie zarysowanymi postaciami, przede wszystkim starszej pani Moore, która wymyka się społecznym konwenansom, i doktora Azziza, Hindusa, wyznawcy islamu, uwikłanego wbrew rozsądkowi w swe probrytyjskie sympatie.
W adaptacji Martina Shermana i inscenizacji zaproponowanej przez Shared Experience malowniczości mamy pełno, lecz zabrakło treści. Oko wabią biało powiewające szaty i zgrabne parasolki, bose nogi i pełne ekspresji gesty dłoni, rozmaite bębny i bębenki wszechobecne na scenie. Lecz skomplikowana opowieść o zderzeniu kulturowych wzorców i uwikłaniu jednostki w społeczne oczekiwania zbliża się do sztampowego melodramatu o źle dobranej młodej parze. Co gorsza, ich indywidualny dramat rozgrywa się na tle chóru karykaturalnie uproszczonych szlachetnych "tubylców i paskudnie aroganckich kolonialistów". (A Passage to India, BAM, 2-6 listopada).
Teatr Rozmaitości przywiózł do Nowego Jorku dwa przedstawienia. W ramach The Next Wave Festival warszawski zespół zaprezentował skomplikowany spektakl Krzysztofa Warlikowskiego Dybuk, gdzie znana przedwojenna sztuka Szymona Anskiego o zmarłych, którzy nie chcą odejść z tego świata, lecz nadal dręczą żywych zamieszkując ich ciała, splata się ze współczesnym opowiadaniem Hanny Krall o ciężarze pamięci holocaustu.
Niektórzy zarzucają Warlikowskiemu, że to połączenie - umieszczające sztukę Anskiego w ramach historii i w snopie sceptycznego światła z końca XX wieku - podważa wymowę dawnej, przesiąkniętej mistyką opowieści. Według mnie jednak nie w tym leży problem. Połączenie dwóch tekstów o różnej wymowie jest ryzykowne, ale ciekawe i bardzo zgrabnie tutaj przeprowadzone. Nie brak kunsztu reżyserowi. Cały spektakl jest wizualnie atrakcyjny, z pomysłowym rozwiązaniem przestrzeni scenicznej oraz z efektownym użyciem projekcji obrazów przywołujących tajemnicze piękno starych żydowskich malowideł. Zespół aktorów również dobrze się sprawdza. Magdalena Cielecka jaśnieje wdziękiem młodości, Orna Porat, izraelska aktorka specjalnie zaproszona na gościnne występy, jest świetna w roli rabina, który przegrywa z dybukiem w grze egzorcyzmów. Stanisława Celińska, Renate Jett, Zygmunt Malanowicz są przekonujący w trudnych rolach. Warlikowski zasługuje więc na swą obecną sławę nowatorskiego reżysera z ciekawymi propozycjami.
Czego mi zabrakło, to podstawowego szacunku dla publiczności i pewnej zwykłej skromności. Otóż spektakl wali nas po głowie patosem. Ton całości jest "ciężarny od znaczeń". Najprostsze wymiany zdań przedłużają pauzy znaczących przemilczeń. Rytm pulsuje powoli, i jeszcze wolniej. Punktuje tę napuszoną, samozadowoloną postawę muzyka Pawła Mykietyna, wznosząca się falami rozełkanych fraz wyżej i jeszcze wyżej, w tradycji najczystszego hollywoodzkiego kiczu.
Cóż to by było za przedstawienie, gdyby tak można było poprzestać na paru wybranych scenach: panny młodej roztańczonej niebezpiecznie, Reba Ezriela poszukującego światła w ciemności... I na tej pierwszej, najprostszej: aktorzy siedzący półkolem z przodu sceny, wymieniający - na wpół do siebie, na wpół do nas - opowieści z dawnych, zagubionych czasów. Opowieści o cadyku z Kocka, z Lublina, z Międzyrzecza. Opowieści cadyków z Sasowa, z Sochaczewa, z Góry Kalwarii. Jak litania przeszłego czasu, modlitwa i przypomnienie zarazem. (The Dybbuk, BAM, 13-16 października).
Teraz można natomiast obejrzeć drugie przedstawienie Teatru Rozmaitości: sztuka współczesnego kanadyjskiego dramatopisarza Georgea F. Walkera Rush Everything w reżyserii Grzegorza Jarzyny grana jest od 10 do 21 listopada, po polsku, z angielskim tłumaczeniem wyświetlanym na ekranie. (Rush Everything, St. Anns Warehouse, 38 Water St., Brooklyn).
*
Raz jeszcze o sympatycznym zespole Dimpho Di Kopane z Republiki Południowej Afryki. Wspomniałam w "Rytmach Nowego Jorku" ich rozśpiewane widowisko na podstawie średniowiecznych Misteriów. Pomysłowość i prostota środków teatralnych, muzykalność aktorów-śpiewaków oraz wspaniała energia całego zespołu zachęciły mnie do powrotu do katedry św. Jana. Druga wizyta potwierdza rozliczne talenty muzyczne i pozytywną energię zespołu.
Inscenizacja U-Carmen wprawdzie nie dorównuje Misteriom w rozwiązaniach scenicznych ani w wykonaniu (jest to dość prosta prezentacja, tyle że z częściowym tłumaczeniem libretta na język xhosa), lecz entuzjastom opery Bizeta, do których się zaliczam, dostarcza wyjątkowej przyjemności dzięki intymnej atmosferze, w jakiej możemy słuchać pięknej muzyki. Orkiestra, na którą składają się specjalnie na tę okazję dobrani muzycy nowojorscy, gra wyśmienicie pod batutą Charlesa Hazlewooda, kierownika artystycznego Dimpho Di Kopane. Jest coś niespodziewanie wzruszającego w tej murzyńskiej wersji romansu żołnierza i Cyganki, romansu niespełnionego, a jednak zmieniającego ich losy. Porywająca muzyka przekracza wszelkie kulturowe bariery i przynajmniej na jeden wieczór włącza nas w jeden krąg wspólnych przeżyć.
Przedstawienia The Mysteries, U-Carmen, The Beggars Opera oraz The Snow Queen, na podstawie baśni H. C. Andersena, odbywają się do 26 listopada w Synod Hall, przy katedrze św. Jana (1047 Amsterdam Ave., przy 111 St.).
*
A w naszym lokalnym teatrze wrze. Nieco dziwnie, nieco niejasno, ale coś się kotłuje i przeobraża. Może najbardziej uderzający jest pewien brak. Oto mamy w tym sezonie tylko jedną premierę musicalu na Broadwayu. Jest to przy tym musical tak nieudany - monotonnie prosta muzyka, sentymentalna tonacja, "bajkowo-przypowieściowe" pretensje - że trudno go na serio traktować jako przynależny do tego prawdziwie amerykańskiego gatunku.
Począwszy od tytułu, Brooklyn. The Musical wydaje się skazany na porażkę. (Cóż za tytuł, kiedy od razu trzeba wyjaśniać, że to musical, a nie, dajmy na to, mapa dzielnicy?). Może mógłby cieszyć w jakimś niewielkim klubie właśnie gdzieś na Brooklynie, ale w dużym teatrze na Broadwayu jego słabości są tak rażące, że zadziwia tylko, iż liczni kręcący się wokół niego odpowiedzialni za inscenizację nie wycofali się wcześniej z pomylonej imprezy. Współczułam aktorom, którzy śpiewali z żarliwą przesadą, jakby chcieli własną ambicją i siłą głosu tchnąć nieco ducha w błahe ramy nieprawdopodobnej historyjki.
W zarysach akcja tego ubogiego kuzyna wcześniejszych Rent oraz Movin Out wygląda następująco: bezdomni biedacy, dzielni uliczni artyści, sami marząc o "rodzinie, sławie i wierze", niby "na gorąco" improwizują dla nas opowieść o innej dzielnej dziewczynie, która też marzy o odnalezieniu swej rodziny, zdobyciu sławy i odzyskaniu wiary w człowieka... Brooklyn przybywa do Nowego Jorku z Paryża w poszukiwaniu ojca. Musi go szukać, bo kiedy jej matka Faith była w ciąży, Taylor zniknął w Ameryce, a raczej w Wietnamie, stawiając się w rodzinnym Brooklynie na poborowe wezwanie.
Głównym wątkiem jej poszukiwań jest nikły fragment melodii, jaki Taylor pozostawił
w spadku, początek kołysanki dla mającego się narodzić dziecka.
Dodać przy tym trzeba, że Brooklyn matki też już nie ma, bowiem
Faith, mimo udanej kariery jako kabaretowa tancerka, nie mogąc
się pogodzić z nieobecnością Taylora i z ogólnym okrucieństwem
konkurencji w świecie artystycznym, popełniła samobójstwo.
Spadkiem po niej dla Brooklyn są słowa: jedź, dziecko, jedź,
do Ameryki. Dziecko jedzie i wiadomo, w Ameryce wszystko jest
możliwe. Sława. Wiara. Rodzina też, nawet jeśli powietnamski
weteran zapomniał już dawno o porzuconej melodii. I piosenka,
"która odnajdzie dziecko zagubione w każdym z nas".
*
Dość, waćpani. Wprawdzie wielka muzyka może przeobrazić nawet błahe libretto w wielką rzecz, lecz tu muzyki też zabrakło. Trudno, na nowy musical trzeba będzie czekać do przyszłego sezonu. Za to powraca na broadwayowskie sceny słowo mówione. Na razie mieni się ono zabawnie i złośliwie głównie w teatrze jednego aktora. (Nowa moda, podszeptuje cyniczny diabełek - bo taniej?). Australijczyk Barry Humphries znowu wciela się w niepoprawnie krytycznie nastawioną do wszystkiego Ednę. Mario Cantone podbija publiczność w histerycznie prześmiewczych monologach w Laugh Whore. W kulisach już szykują się do występów Whoopi Goldberg i Billy Crystal w swoich widowiskach.
Ale zarysowuje się także możliwość, że przypomnimy sobie wreszcie, jak wygląda na szerokiej broadwayowskiej scenie pełnokrwisty dramat. W American Airlines Theatre Scott Ellis prowadzi imponujący zespół aktorów w melodramacie Reginalda Rosea Twelve Angry Men, a w Royale Theatre Edie Falco i Brenda Blethyn przywołują odświeżoną sztukę Marshy Norman night, Mother. I będziemy mieli premiery nowych sztuk: The Good Body Eve Ensler; import z Londynu Democracy Michaela Freyna; nowy dramat Sama Sheparda The God of Hell; obiecująco wyglądająca adaptacja powieści Mary Shelley Frankenstein...
Jest nadzieja.
----------------------------
Mark Schoenfeld i Barri McPherson, Brooklyn. The Musical. Kierownictwo muzyczne: John McDaniel, reżyseria: Jeff Calhoun, scenografia: Ray Klausen, kostiumy: Tobin Ost, oświetlenie: Michael Gilliam, dźwięk: Jonathan Deans i Peter Hylenski. Występują: Kevin Anderson (Taylor Collins), Cleavant Derrick (Streetsinger), Eden Espinosa (Brooklyn). Ramona Keller (Paradice) oraz Karen Olivo (Faith). Premiera 21 października, Plymouth Theatre 236 W. 45 St., przy Broadwayu.
|