PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 5 listopada 2004


JERZY R. KRZYŻANOWSKI

Lechoń
i Tuwim

Dzieje trudnej przyjaźni - taki podtytuł nosi nowe studium Beaty Dorosz z Instytutu Badań Literackich w Warszawie, znanej badaczki twórczości i biografii Jana Lechonia. Przyjaźń ta przez długie lata wiązała Lechonia z Tuwimem, w końcu zaś zmieniła się w stosunek prawie wrogi, spowodowany poglądami politycznymi, krańcowo różniącymi obu poetów pod koniec ich życia. Staranne prześledzenie wzajemnego stosunku tych dwóch czołowych przedstawicieli poezji międzywojennej zmienia się dzięki temu w studium na temat dwóch przeciwnych sobie postaw ideowych polskiej inteligencji w okresie zakończenia wojny i lat tuż po tym następujących, co zaważyć miało na charakterze emigracji i na postawie pisarzy krajowych, w wielu przypadkach aktywnie biorących udział w "budowie socjalizmu", jak to się eufemistycznie nazywało, czyli stopniowej komunizacji Polski. Parafrazując słynne zakończenie Pieśni V z Beniowskiego, nawiązujące do konfliktu między Mickiewiczem a Słowackim ("A tak się żegnają nie wrogi, lecz dwa na słońcach swych przeciwnych - Bogi"), ostateczny rozdźwięk między sobą a Lechoniem Tuwim określił dowcipnie jako "na przeciwnych punktach dwie stojące nogi" (s. 57 i 145).

Po pierwszym spotkaniu w Warszawie w roku 1916 obaj młodzi poeci nawiązali przyjaźń. Ich wspólny występ w kawiarni "Pod Pikadorem" w dniu 29 listopada 1918 r. znaczy równocześnie rozpoczęcie w literaturze polskiej okresu skamandrytów, nazwanego tak od tytułu czasopisma literackiego, w którym prócz obu przyjaciół czynnie działali Kazimierz Wierzyński, Antoni Słonimski i Jarosław Iwaszkiewicz. Tworzyli "wielką piątkę" poetów, wkrótce poszerzoną o talenty Kazimiery Iłłakowiczówny, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Stanisława Balińskiego i Józefa Wittlina. "Nigdy nie było tak pięknej plejady", napisał o nich po latach Czesław Miłosz.

Dobrze się stało, że autorka pracy nie ograniczyła się do ogólnikowego przypomnienia tych pierwszych lat, ale przytoczyła np. tekst słynnego poematu Lechonia Mochnacki, którym młody poeta odważnie i zwycięsko wkroczył w dzieje literatury (s. 14-16). Podobnie postąpiła z zasadniczymi dla tego okresu innymi wierszami Lechonia (Rozmowa z weteranem, s. 19) i Tuwima (Pogrzeb Słowackiego, s. 19-20), a nawet jego późniejszym, pochodzącym z roku 1929 kontrowersyjnym poematem Do prostego człowieka (s. 24-25), o którym Lechoń pisał w prywatnym liście, że "ten bezwzględny, zaborczy, jak się teraz okazuje, najniezręczniejszy pod słońcem wiersz był dla mnie niespodzianką, która pozwala mi się dzisiaj po Tuwimie spodziewać wszystkiego" (s. 25). Była to jak gdyby pierwsza rysa na - zdawałoby się - trwałej przyjaźni obu młodych poetów.

Przyjaźń ta jednak trwać miała nie tylko przez następne, międzywojenne dziesięciolecie, ale także przetrwać wojnę i pierwsze lata emigracji, gdy zrządzeniem wojennego losu obaj przyjaciele znaleźli się w Brazylii, a następnie w Stanach Zjednoczonych. Beata Dorosz raz jeszcze wykazała znakomity talent edytorski, uzupełniając tekst chronologicznie prowadzonej narracji aneksami, w których pomieściła m.in. obszerne fragmenty pisanych w tym okresie Kwiatów polskich Tuwima oraz jego listów. "Rio [de Janeiro], dla przyjezdnego i bezrobotnego, jest wyłącznie plażowo-rozrywkową i kawiarniano-spacerową miejscowością. Zoppot - Biarritz - Nizza w olbrzymiej i wspaniałej skali - pisze Tuwim do Wierzyńskiego we wrześniu 1940 r. - Skala nieopisana, prawie tak wielka, jak wstrząsająca uroda tego miasta. Gdy się pobędzie parę tygodni, gdy się człowiek napatrzy do syta - rzygać się chce. Nic się tu nie dzieje. Szalejąca przyroda męczy prędko, a z przyjemnymi, uprzejmymi, pełnymi ogłady i życzliwości Brazylijczykami można prowadzić (po francusku) łatwe, więc męczące rozmówki na mdlące tematy ´intelektualneª. Mnie już w Paryżu te rzeczy doprowadzały do torsji, więc ich unikałem, a co dopiero tutaj. Pić nie można, bo klimat nie sprzyja, o deszczu i błocie mowy nie ma, ciemnych, cichych szynczków nie znajdziesz - więc co tu robić? Dlatego ciągnie mnie do New Yorku, gdzie Żydkowie z Polski prowadzą małe restauracyjki, gdzie życie jest wprawdzie 3-4 razy droższe, ale za to ostrzejsze i trudniejsze" (s. 135).

Natomiast Lechoń czuł się w Brazylii podobno doskonale (według słów Tuwima, "pełen biologicznego wigoru, pożera wielkie ilości ciastek i lodów, po czym idzie na śniadanie i w błyskawicznym tempie wtraja duże porcje", s. 34). Co jednak ważniejsze, Lechoń przełamał trwającą od lat niemoc twórczą i napisał wspaniały wiersz Pieśń o Stefanie Starzyńskim (s. 36-37), co z kolei spowodowało napływ poetyckiej weny u Tuwima, a w rezultacie przynieść miało poemat Kwiaty polskie (fragmenty na s. 123-133), z którym poeta wiązał wielkie nadzieje.

Beata Dorosz podsumowuje okres brazylijski następującym stwierdzeniem: "I tu właściwie zamyka się rozdział o łączności, jedności, wspólnocie Lechonia i Tuwima, dalsze bowiem dzieje to historia nadal wzajemnej fascynacji, ale już nie przyjaźni, choć znów obaj razem znaleźli się ostatecznie w Nowym Jorku: Tuwim 7 maja, a Lechoń 11 sierpnia 1941" (s. 40).

Historia - dodajmy od razu - w znaczeniu szerszym niż tylko wspólne dzieje obu poetów, ale historia w sensie najszerszym, wkraczająca między nich i ostatecznie dzieląca dramatycznie, a nawet tragicznie. Okres bowiem przybycia obu poetów do Stanów Zjednoczonych zdominowało wydarzenie historyczne - wybuch wojny niemiecko-rosyjskiej w czerwcu 1941 r., co w USA spowodowało nagłą aktywizację środowisk lewicowych, coraz jawniej głoszących swą sympatię dla komunistów. Do nich to, a nie do "żydowskich restauracyjek" trafił Tuwim, co spowodowało raptownie rosnący konflikt między dotychczasowymi przyjaciółmi, większość bowiem emigracji dobrze pamiętała dzień 17 września 1939 r. i tragiczne konsekwencje rosyjskiej inwazji na Rzeczpospolitą. W końcu listopada Tuwim pisał do przebywającego w Londynie Antoniego Słonimskiego: "Ani z nim [Lechoniem], ani z Kaziem [Wierzyńskim] nie zamieniłem od dnia wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej jednego poważnego zdania na doprawdy obchodzące nas tematy. Nawet wspaniałość daru poetyckiego Leszka nie może mnie przekonać do jego konserwatywno-reakcyjnego ´idealistycznego tradycjonalizmuª, co do Kazia zaś, to mam do niego głęboki, szczery, skamandrycki sentyment, nawet go kocham (o co się nie gniewaj), ale co mnie dziś może łączyć z Wierzyńskim" (s. 41). A w końcu listopada 1941 r. dodawał: "Coraz rzadziej widuję Leszka i Kazia. Mam wrażenie, że mnie unikają. Trudno - postawiłem na całkiem inny świat, niż oni, walkę o ten świat otwarcie głoszę ´narażając sięª na opinię ´bolszewikaª" (s. 41-42).

Dalszym, konsekwentnym krokiem w tej "otwartej walce" było zerwanie przez Tuwima współpracy z londyńskimi Wiadomościami, prowadzonymi przez przedwojennego przyjaciela, Mieczysława Grydziewskiego, a publikowanie w wydawanym przez Antoniego Słonimskiego czasopiśmie Nowa Polska, na terenie zaś amerykańskim aktywna działalność w polskich środowiskach lewicowych, takich jak np. polska sekcja Międzynarodowego Związku Robotniczego, prowadzona przez komunistycznego działacza Oskara Langego.

Tego rodzaju decyzje i jawne głoszenie prokomunistycznych poglądów musiały ostatecznie zaważyć na stosunkach z dawnymi przyjaciółmi. Tak relacjonował Tuwim swojej siostrze wyniki ostatniej telefonicznej rozmowy z Lechoniem w dniu 22 maja 1942 r.: "Była to nasza pierwsza na temat Rosji i faszyzmu rozmowa! Pierwsza! Kilkuminutowa. I jużeśmy się pokłócili" (s. 43). Kontakty przyjacielskie, a nawet towarzyskie zostały zerwane ostatecznie, mimo że Tuwim pozostał w Nowym Jorku przez następne cztery lata, aż do czerwca 1946 r., kiedy przez Londyn i Gdynię wrócił do Warszawy. Nie zostały jednak zerwane więzy uczuciowe między dwoma poetami tak bardzo wyczulonymi na wartości literackie, a nie tylko ideologiczne czy polityczne. Pozostało uznanie tych wartości, wysoka wzajemna ocena talentów i osiągnięć, otwarcie głoszona w druku i w prywatnych listach. "Bardzo piękny i właściwie wolny - wiersz Tuwima o Warszawie w zeszłorocznym Odrodzeniu" - notował Lechoń w swoim Dzienniku w 1950 r. (s. 58, plus przedruk wiersza Ab urbe condita), a podsumowaniem wzajemnego stosunku zdaje się być wyznanie: "Wszystko między mną a Tuwimem zerwane na zawsze oprócz poezji. W niej będzie jego ułaskawienie" (s. 67).

Tuwim natomiast był zgoła nieprzejednany w swojej niechęci, a czasem nawet nienawiści do dawnych przyjaciół. Pisząc do Jarosława Iwaszkiewicza we wrześniu 1945 r., a więc przed wyjazdem ze Stanów Zjednoczonych, wspomniał krótko: "Z Kaziem i Leszkiem nie widuję się od trzech lat, bo ze mną zerwali. W ogóle 95% uchodźców uważa mnie za ´agenta Stalinaª" (s. 152), a zaś w liście do Józefa Wittlina z poprzedniego roku mówi o polskich emigrantach: "to są po prostu hitlerowcy, polscy hitlerowcy" (s. 148). Drukowane w książce Beaty Dorosz wybrane jego listy z okresu 1942-1946 wykazują nie tylko całkowite zaślepienie ideologią komunistyczną, ale także egoistyczną dbałość o wyłącznie własne interesy w nowej, polskiej rzeczywistości. Porównanie ich z listami i wyjątkami z Dziennika Lechonia daje fascynujący wgląd w charaktery i psychikę tych dwóch, kiedyś najbliższych przyjaciół, później zaś niemal klasycznych reprezentantów dwóch rozdzielonych przez historię odłamów społeczeństwa: na emigracji i w kraju. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Lechoń z porównania tego wychodzi znacznie korzystniej.

Książka Beaty Dorosz może służyć za wzór doskonalej pracy edytorskiej. Zarówno opracowanie tekstu, jak noty, aneksy i zamieszczone na końcu fotografie dają zwartą, przejrzystą i przyjemną w czytaniu całość, umiała bowiem autorka na zaledwie 160 stronach druku dać możliwie pełny obraz nie tylko dwóch czołowych poetów XX wieku, ale także zagadnień szeroko wykraczających poza ramy ścisłej biografii literackiej.

-----------------------

Beata Dorosz, Lechoń i Tuwim. Dzieje trudnej przyjaźni, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2004. s.160 plus fotografie (książkę można zamówić w Księgarni Nowego Dziennika, tel. 212- 594-4512, e-mail: ksiazki@dziennik.com).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail