PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 29 października 2004


IZABELA JOANNA BOŻEK

Lekcja
tautologii


Ostatnie historie. Historie dopiero co pomyślane, zasłyszane i opowiedziane czy też historie ostateczne, o sprawach wiecznych, nieodwracalnych i nieuchronnych? Takie pytanie można zadać biorąc do ręki ostatnią książkę Olgi Tokarczuk, na którą jej czytelnikom przyszło czekać sześć lat. Nic więc dziwnego, że po tak długim okresie milczenia pisarki jej nowa powieść natychmiast znalazła się na listach najczęściej kupowanych tytułów, a zarówno gazety codzienne, jak i tygodniki pomieściły na swoich łamach jej recenzje.

Tę nową książkę właściwie trudno zaklasyfikować jako powieść, bo składają się na nią trzy dłuższe opowiadania, których ciągłość nie jest na pierwszy rzut oka oczywista, a przecież w miarę czytania zyskuje ona konstrukcję powieści. Ida, Paraskewia i Maja, trzy kolejne bohaterki opowiadań połączone są więzami krwi, ale nie więzami serdeczności rodzinnej, porozumienia, lojalności i wzajemnej troski. Jedna jest babką, druga matką, a trzecia córką, ale to wcale nie znaczy, iż będziemy mieć do czynienia z opowieścią rodzinną. Wręcz przeciwnie: kobiety nie należą do siebie, nie dzielą się sobą wzajemnie, nie okazują sobie wzajemnie uczuć ponad to, co konieczne, a i owe nieliczne gesty wyglądają na wymuszone, równie niechętnie dawane, jak i przyjmowane. Słabość związków uczuciowych pomiędzy bohaterkami może mieć wiele źródeł, ale wydaje się, iż głównym jest niespełnienie w miłości. Paraskewia wychodzi za mąż za o wiele starszego od siebie mężczyznę, obcego jej psychicznie, obcego także w sensie kulturowym. Ona jest Ukrainką, on Polakiem; on wywozi ją daleko od miejsca, do którego ona należy. Ida, jej córka, rozwodzi się z mężem, bo uważa go za nieudacznika i wybiera życie samotnej kobiety. Nie jest jej do niczego potrzebny słaby, kurczowo trzymający się jej nawet po rozwodzie mężczyzna. Podobnie dzieje się z Mają, wnuczką Paraskewii: podróżując, nie zagrzewając nigdzie dłużej miejsca, ucieka przed pamięcią o mężczyźnie, ojcu jej dziecka, który od niej odszedł. Trzy kobiety starają się o sobie nie pamiętać więcej, aniżeli wymaga tego od nich świat zewnętrzny i narzucone poczucie obowiązku. Każda stara się żyć osobno, nie dając sobie nic, co mogłoby świadczyć o wzajemnym przywiązaniu i miłości. Wyobcowanie, chłód i samotność są nie tylko wyborem; wydają się przechodzić z pokolenia na pokolenie niczym jakieś genetyczne obciążenie. Może by przerwać to nieszczęście, los każe urodzić najmłodszej z nich syna? Może w czwartym pokoleniu przestanie nad rodziną ciążyć klątwa niewierności córek wobec matek?

Trzy bohaterki Tokarczuk są zatem do siebie podobne, a ich losy, mimo różnic geograficzno-socjologicznych, są niemal identyczne: nie potrzebują siebie wzajemnie, zamykają się w swoim własnym świecie i nie lubią mężczyzn. Ta ostatnia cecha wszystkich trzech kobiet wydaje się być znakiem czasu: następuje nie tylko rozpad związków rodzinnych, ale także postępuje zniechęcenie do kontynuowania tego, co wciąż jeszcze nazywamy życiem rodzinnym, do którego potrzebna jest i kobieta, i mężczyzna.

I oto każda z nich spotyka się ze śmiercią. Ida przeżywa wypadek samochodowy, z którego co prawda wychodzi cało, ale szukając pomocy trafia do dziwnego domu, w którym śmierć mieszka od dawna: właściciele prowadzą rodzaj hospicjum dla zwierząt - kto nie ma odwagi zmierzyć się ze śmiercią swego pupila, przywozi je do owego właśnie domu. Umierająca suka Ina uświadamia Idzie wszechobecność śmierci, jej nieuchronność i jej brzydką, nieestetyczną prozaiczność. Nie może zdecydować się na zawiadomienie policji i znajomych o wypadku, odwleka tę chwilę, jakby sama sobie dawała czas i szansę na przygotowanie się do własnej śmierci. Wracając do rozbitego samochodu, Ida przesyła nam wiadomość: nie dajmy się zaskoczyć śmierci, spotkajmy się z nią w naszych myślach, przygotujmy się na jej przybycie.

Paraskewii umiera mąż. Nie mogąc nikogo o tym zawiadomić, bo droga do domu, w którym mieszkali, jest zasypana śniegiem, Paraskewia przeciąga ciało męża na werandę, a na śniegu wydeptuje wielkie litery: PETRO UMARŁ. Czyniąc to mozolnie, litera po literze, opowiada swoje życie, pełne nieudanych miłości i pasji, którym nie dane było spełnić się do końca. mierć Petra nie jest zaskoczeniem. Jest zdarzeniem oczekiwanym, przypomnieniem prostego faktu przemijania. Paraskewia mówi nam, że gdzieś jest moment, w którym zaczynamy umierać, na długo przedtem, zanim wydarzy się to fizycznie i ostatecznie. Nie umiemy - powiada - zauważyć tego momentu. Może gdybyśmy umieli, nasze życie wyglądałoby inaczej. Wydeptane na śniegu litery to wiadomość wysłana przez rozbitka na wyspie bezludnej, krzyk rozpaczy i żalu, że już jest za późno.

Podczas kiedy i Ida, i Paraskewia umieszczone są w znajomym dolnośląskim krajobrazie Sudetów, Maję, ostatnią i najmłodszą z kobiet, spotykamy gdzieś w Azji, na małej wysepce, pokrytej dżunglą i otoczonej ciepłym niebieskim morzem. Maja podróżuje z synem, zarabia na życie pisaniem przewodników turystycznych, nie zaniedbując przy tym edukacji syna. Inny świat, inne zwyczaje, McDonald, wszechobecny angielski, turyści z całego świata, egzotyczne owoce, małpy wrzeszczące nocami w ciemnościach dżungli. To Maja i świat, do którego ucieka, odcinając rodzinne pępowiny. Tymczasem pojawia się Kisz, umierający sztukmistrz, człowiek, którego obecność Maję niepokoi, by nie rzec - przeraża, Kisz bowiem niesie w sobie śmierć, którą można się zarazić i w dosłownym, i w przenośnym sensie. Czuły pocałunek złożony na czole chłopca może przekazać zarazę. Dlatego Maja chroni swego syna przed zetknięciem ze sztukmistrzem, wiedząc z góry, że nawet jeśli opóźni spotkanie chłopca ze śmiercią, to przecież mu nie zapobiegnie.

Oprócz trzech głównych bohaterek w Ostatnich historiach zwierzęta: pies, koza i małpy, zupełnie jakby zaczerpnięte z chińskiego horoskopu, ze wschodnich mitologii i pewnie dlatego uczłowieczone. Nie wiem, czy to przypadek, czy też słuszne odczytanie cienia fascynacji Tokarczuk Dalekim Wschodem.

Ostatnie historie to książka intymna, mówi bowiem o śmierci, czyli o czymś, o czym myśleć nie chcemy, do czego nie umiemy tak naprawdę przygotować się na zapas, dojrzeć do niej. Nie chcemy takich rozważań, boimy się ich, najczęściej nie potrafimy zaakceptować. Pokazując, jak śmierć przemawia do jej bohaterek, Tokarczuk pozostawia nam uchylone drzwi do naszych własnych rozważań. "Żeby umrzeć, potrzeba czasu" - mówi Adrian, weterynarz z pierwszego opowiadania, i choć w tym momencie odnosi się to do zdychającego zwierzęcia, wiemy, że to prawda odnosząca się do ludzi. Zresztą suka Ina nie zdycha, ona umiera jak człowiek; w jej śmierci zaciera się różnica pomiędzy śmiercią zwierzęcą i ludzką. Tyle samo w nich cierpienia, tyle samo żalu.

To książka smutna. "miercią jest wszystko, co pozbawia wyboru". A przecież rodząc się zostajemy wyboru pozbawieni. Byłobyż więc życie śmiercią od zarania?

W melodii opowiadań Olgi Tokarczuk jest spokój i nauka: tyle w nas dobrego, ile dajemy innym. Tyle dobrego dostaniemy, ile damy. Ważne jest współodczuwanie, ważna jest umiejętność przesunięcia siebie z planu pierwszego. Ale Ostatnie historie to książka, która pozostawia niedosyt, bo wydaje się, że grzeszy nadmiernym dopowiedzeniem. Brakuje jej nastroju Iwaszkiewiczowskich opowiadań, gdzie śmierć jest podobnie wszechobecna, ale snuje się nisko po ziemi, niczym dym z ogniska palonego z wilgotnych drewien. U Tokarczuk wszystko jest jasne i bardzo proste, przewidywalne i przepełnione dosłownością. Dydaktyczne. Dlatego ta lekcja tautologii nie spełnia oczekiwań czytelnika, który po wcześniejszych jej książkach nabrał innego, bardziej wyrafinowanego rodzaju apetytu.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail