STANISŁAW M. JANKOWSKI
Melchior Wańkowicz
zaprasza do sądu (dokończenie)
Na pierwszej rozprawie w styczniu 1973 roku nie pojawia się żaden z przeciwników i wszystko wskazuje na to, że nie będzie łatwo doprowadzić do ugody pomiędzy Melchiorem Wańkowiczem i Władysławem Machejkiem. Pisarz żąda przeproszenia na łamach Życia Literackiego oraz 5000 złotych na rzecz Polskiego Czerwonego Krzyża, bo skierowany do druku jego esej wykastrowano ponad wszelką przyzwoitość. Kierujący tygodnikiem Władysław Machejek chętniej by przeprosił za niewielkie - jego zdaniem - skróty, ale nawet na cel tak szlachetny jak działalność PCK nie da sobie wyrwać z kieszeni większej części miesięcznych poborów.
Z dostarczonego wcześniej pisma procesowego sąd dowiaduje się prawdy o zniszczeniach w eseju pt. Z czym wchodzimy w Międzyepokę?
Wyrzucono Lwów, Żydów i Rakowskiego
W wydrukowanym tekście nie ma pierwszych piętnastu stron nadesłanego przez pisarza maszynopisu. Nie ukazało się zdanie o Żydach, którzy "nie zaginęli w toku dziejów, bo zawsze byli potrzebni jako katalizator międzycywilizacyjny wśród narodów wszechświata, byli pszczołami przenoszącymi idee, a do wielkich ich osiągnięć należy stworzenie chrześcijaństwa, od którego odeszli, i marksizmu, od którego odchodzą". Nie wydrukowano cytowanych przez Wańkowicza: opinii redaktora naczelnego Polityki Mieczysława Rakowskiego o Polsce Ludowej oraz oceny dojrzałości politycznej Polaków, dokonanej przez Jerzego Turowicza - redaktora naczelnego Tygodnika Powszechnego. Z tekstu wycięto zdanie o klimacie kontynentalnym "wdzierającym się wąskim pasmem pod Lwów", a "Polskę Niepodległą" zamieniono na "Polskę okresu międzywojennego". I w czasie skreślania usunięto fragment "nie ma już jednolitych narodów świata. Jest walka dwu bloków, są to ekspresy idące z przeciwnych kierunków, jeden ładowany materią organiczną, drugi materią nieorganiczną".
W przedstawionej sądowi kopii eseju pisarz zaznacza usunięty fragment o człowieku, któremu "potrzebne jest poczucie wartości. Nasz naród wobec ludzkości jest niewielki, mimo to nie wyżyje bez poczucia, że jest potrzebny, że może współdziałać w czymś wielkim, w czymś wychodzącym poza jego interes doczesny, poza eksport i import, poza bilans handlowy. Taki naród nie będzie się wzdrygał przed ofiarami na rzecz innych, ekonomicznie niedorozwiniętych narodów".
Nie dopuszczono na łamy Życie Literackiego zdania: "Żadne namiastki w postaciach premii, wyścigów pracy, domów kultury nie pomogą, jak nie pomogą protezy, usiłujące zastąpić żywy obrót krwi". I całkowicie wykastrowano zakończenie, w którym autor przypomina o kościołach, od pokoleń rozbrzmiewających błaganiem "od powietrza, głodu i wojny - zachowaj nas Panie", a także o tym, że teraz powinniśmy się modlić "od poniżenia człowieka, od wyjałowienia duszy polskiej zachowaj nas Historio, sroga i rozumna Pani. Tak samo powinniśmy się modlić do wstających zórz nowego porządku świata".
Rysunki frywolne czy błazeńskie?
Krytycznie ocenione zostają rysunki. "Dobra ilustracja - wyjaśnia autor tego pisma procesowego, mecenas Kosiński, być może pod dyktando samego pisarza - może podnieść wartość utworu. Nieprzemyślanymi rysunkami można tę wartość obniżyć, a te ilustracje zniekształcają treść i formę". Kilka dni później, już na sali sądowej, Melchior Wańkowicz nazwie rysunki "błazeńskimi", ale adwokat decyduje się na słowo "frywolne", wsparte komentarzem, że nic nie uprawniało, aby tak urozmaicać pracę "utrzymaną w poważnym tonie".
Po raz pierwszy ujawniona zostaje korespondencja pomiędzy pisarzem i redakcją Życia Literackiego, w tym list Melchiora Wańkowicza w sprawie skrótów, proponowanych mu w innym z tekstów.
"Nie zgadzam się. Dziwię się, że pan - denerwuje się pisarz w grudniu 1971 roku w liście do Włodzimierza Maciąga, z czasem nazwanego "Gapą" przez jego zwierzchnika, redaktora Machejka - mógł przypuszczać inaczej i proszę o odesłanie rękopisu". Protestuje przeciwko traktowaniu nadsyłanych tekstów "jak skupu żywca z miarką w ręku", a także nie zamierza się cieszyć z tego, że jest "lekceważony równomiernie z innymi petentami". I kończy list uwagą, że w Życiu Literackim, podobnie jak po nim, tak samo "hulają sobie po wszystkich innych petentach".
Konkluzja jest prosta: "Bez zgody autora należało zaniechać drukowania skróconego tekstu". Przy tym zdaniu, wspartym faktami: czytaj wykreślonymi fragmentami tekstu, bledną argumenty z pisma procesowego reprezentującego Władysława Machejka mecenasa Parzyńskiego o rysunkach "dostosowanych treściowo i nawiązujących do tekstu", o niezamówieniu eseju, a tylko "ogólnym zaproszeniu do współpracy", a także o skrótach "mających charakter czysto adiustacyjny". Ten ostatni argument zahacza o kpinę, skoro "hulając" - jak to nazwał pisarz - po jego tekście z eseju zniknęło łącznie ponad 20 stron maszynopisu.
Fotografom wstęp wzbroniony
19 lutego 1973 r. w sali 202 Sądu Wojewódzkiego w Krakowie pojawiają się obaj przeciwnicy procesowi w towarzystwie swoich adwokatów. Melchiorowi Wańkowiczowi towarzyszy kilka osób. Później, w czasie usuwania ich z sali, zostaną przedstawione jako "zbierające materiały dla celów publicznego przekazania". Nie ma dziennikarzy z prasy krakowskiej, bo żaden nie dostał zlecenia na obsługę procesu. Publiczności też nie sprzyja szczęście; najpierw Władysław Machejek grozi opuszczeniem sali, bo zauważył jakiegoś fotoreportera, później znika, wezwany na "ważną naradę do Komitetu Wojewódzkiego Partii". Po powrocie domaga się usunięcia wszystkich "osób trzecich" na czas swoich wyjaśnień.
Sędzina Hanna Czarnecka uwzględnia żądania pozwanego. Najpierw zabrania fotografowania redaktora naczelnego Życia Literackiego, następnie zwalnia go na naradę, a później wyprasza z sali publiczność.
Proces nabiera tajemniczości, szczególnie po zeznaniach świadka Jerzego Lovella, w Życiu Literackim wieloletniego zastępcy naczelnego redaktora. wiadek ujawnia, że podczas trwającej od roku 1958 współpracy z pisarzem skracano jego zbyt obszerne teksty nie tylko ze względu na objętość, ale i z innych powodów, "o których mu nie wiadomo". Redaktor, starający się tymi słowami ukryć istnienie cenzury, budzi wesołość na sali i sąd musi uciszać śmiejących się, co zostanie odnotowane w protokole.
"Uważam artykuł za napisany w sposób ´Wańkowiczowskiª, to znaczy utrzymany w formie atrakcyjnej z pisarskiego punktu widzenia" - komplementuje pisarza świadek Lovell.
"Redaktor Machejek wykazał odwagę cywilną, bo pierwszy drukował moje materiały po okresie nieprzyjmowania ich przez redakcje - odwzajemnia się Melchior Wańkowicz. - Ale nie mogę sobie pozwolić na zmienianie sensu moich artykułów i na przyjęty przez pozwanego kurs, który mnie - pisarzowi, po prostu nie odpowiada".
Indagowany o pobyt w redakcji i przeglądanie tak zwanego egzemplarza sygnalnego ze swoim artykułem Wańkowicz zupełnie inaczej od świadka Lovella pamięta całe wydarzenie. Zastępca naczelnego ŻL zeznawał o nieprotestowaniu przez pisarza, a on oznajmia, że wyraził oburzenie z usunięcia pierwszych piętnastu stron tekstu. "Ale nie krzyczałem" - przyznaje pisarz.
Mógł się przecież awanturować
Podczas drugiej części rozprawy, decyzją sądu odbywającej się bez udziału publiczności, padają wreszcie słowa o istnieniu Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Pierwszy o cenzurze mówi Melchior Wańkowicz, wspominając skróty w swoim eseju.
"Gdyby to były ingerencje cenzury, to redakcja powinna mnie powiadomić" - wyjaśnia.
"I co wówczas by pan zrobił?" - chce wiedzieć Wysoki Sąd.
"Wykłócałbym się o każde zdanie czy fragment albo tekst w ogóle wycofał... Często musiałem protestować, bo źle układała się współpraca z Życiem Literackim".
"Wańkowicz wiedział, do jakiego pisma pisze - ripostuje Władysław Machejek. - O skrótach mistrza nie zawiadamiałem, skoro nie było jawnych protestów i wieloletnia współpraca upoważniała mnie do takich działań". Dłuższa wypowiedź pozwanego to niemalże oskarżenie autora artykułu o nieawanturowanie się w redakcji, gdy zobaczył gorący jeszcze, sygnalny numer tygodnika ze swoim tekstem. Należało zażądać wstrzymania druku i redaktor Lovell podjąłby taką decyzję, a jeśli chodzi o rysunki, to intencje ich autora są prawidłowe".
Gdyby na sali była publiczność, to pewnie zareagowałaby śmiechem, gdy pozwany redaktor niespodziewanie bierze w obronę... kontrolujących prasę urzędników.
"Funkcją cenzury - mówi - jest nie tylko skreślanie pewnych partii materiału, ale pouczanie i dyrektywy dla redaktorów naczelnych...". Nie chcąc jednak w protokole rozprawy zostawić poufnych informacji o swoich kontaktach z "kontrolerami", wyjaśnia, że "istniało domniemanie, iż pewne zdania mogły budzić zastrzeżenia w cenzurze".
Nie wspomina słowem o tym, czy esej "kontrolerom" wysłał do przejrzenia, czy też zdania o klimacie we Lwowie, osiągnięciach Żydów i konieczności modlenia się o nieponiżanie człowieka wyciął swoją ręką. Wysoki Sąd takiego pytania nie zadał. Może uznał, że nie musi być za bardzo dociekliwy? Może do sprawiedliwego wyroku wystarczą te wszystkie dowody, zeznania, wyjaśnienia i zdrowy rozsądek?
Prawo naruszone tylko trochę
Czekanie na sprawiedliwość trwa tylko dwa tygodnie. 5 marca, zaraz po oznajmiającym południe hejnale z wieży Mariackiej, zostaje ogłoszony wyrok. Tą samą czcionką, jaką wykorzystano w eseju Melchiora Wańkowicza, ma być w Życiu Literackim wydrukowane oświadczenie, że tekst o Międzyepoce "stanowił wybór tylko części całości materiału, nadesłanego do Redakcji, bez uzyskania na to zgody autora. Ponieważ autor poczuł się tym faktem dotknięty, Redakcja niniejszym go przeprasza".
Przygotowana w sędziowskim gabinecie treść oświadczenia może wprawić w osłupienie, ale jeszcze bardziej zdumiewa, że sąd w ogóle nie zajmował się usunięciem pierwszych piętnastu stron tekstu, podobnie jak nie interesowało go, czy w tekst ingerowała cenzura. Ratując poczucie sprawiedliwości, Wysoki Sąd przypomina jednak, iż twórca ma prawo żądania, aby jego dzieło rozpowszechniano w formie "macierzystej", a w przypadku eseju "prawo naruszono, zmieniając formę, przekręcając treść i wydając dzieło z opuszczeniami".
Uzasadnienie broni Władysława Machejka, który mógł przypuszczać, że "skróty zostaną przyjęte oraz - aż trudno w to uwierzyć - poucza Melchiora Wańkowicza, bowiem "powinien wiedzieć, że jego obszerny utwór nie mógłby ukazać się w całości w jednym numerze pisma". Gdyby szukać dowodu na lekceważenie pisarza, to lepszego nie trzeba, skoro na miesiąc przed ogłoszeniem wyroku do akt trafiła kopia listu, w którym Wańkowicz namawiał Machejka, aby esej "dać w kilku ciągach", czyli, inaczej mówiąc, odcinkach.
Sugerowanie, że rysunki ośmieszają Wańkowicza, uznane zostaje za nieuzasadnione, a pozwany nie musi wpłacać 5000 złotych na fundusz PCK, bo - czytamy - "nie można przypisać mu złośliwości ani złej woli".
Nie dajmy się zwariować pseudoargumentami
Te 5000 zł dla PCK to "zadośćuczynienie za złośliwość i złą wolę" - we wniosku o rewizję wyjaśnia mecenas Kosiński. Przypomina oczywiście o protestach pisarza przeciwko "hasaniu" po jego tekstach, naruszeniu integralności utworu poprzez rysunki, nieuwzględnieniu w wyroku skreślenia piętnastu stron. Za niestosowne uznaje zasłanianie się brakiem miejsca na łamach tygodnika, skoro do tekstu włączono rysunki. Ma za sobą mocne argumenty w postaci opinii wybitnego prasoznawcy Pawła Dubiela, który nie waha się ocenić polskie redakcje jako "prawem kaduka dysponujące tekstem autora bez jego wiedzy i zgody oraz w sposób kuriozalny i żenujący zasłaniające się brakiem czasu na kontakt z autorem. Nie dajmy się zwariować pseudoargumentami o braku czasu - podkreśla Dubiel. - Są to przejawy niefachowości, bałaganu, beztroski, cechy dziennikarzy nierzetelnych".
Wniosek kończy informacja o prowadzeniu rozprawy przy "drzwiach zamkniętych", po wcześniejszym wyproszeniu, bez żadnej podstawy procesowej, osób zaufania publicznego.
Jako "superostrożny" - ocenia wyrok mecenas Stefan Kosiński w kwietniu 1973 roku. W tym samym miesiącu w Sądzie Najwyższym pojawia się również wniosek o rewizję wyroku, przygotowany przez Jerzego Parzyńskiego. Jego argumenty znowu nie rzucają na kolana, skoro uznaje, że mimo skrótów "nie miało miejsca naruszenie praw autorskich", bowiem "istniała domniemana zgoda autora na adiustację". Nie wspomina o panamachejkowej adiustacji, polegającej na wywaleniu do kosza ponad połowy eseju...
Czujność cenzorów nie zna granic
14 listopada 1973 r. prezes Kazimierz Piasecki i dwóch jego kolegów z Sądu Najwyższego uchyla zaskarżony wyrok, a sprawę kieruje do ponownego rozpoznania w Sądzie Wojewódzkim w Krakowie. Prawnicy warszawscy nie mają wątpliwości, że tekst autorski jest nienaruszalny, a skracać go można tylko za zgodą twórcy. Jako naruszenie praw Melchiora Wańkowicza oceniają również rysunki włączone do jego eseju.
Krytycznie oceniając "dokonania" krakowskich kolegów, Sąd Najwyższy podkreśla ich niedostateczną dociekliwość w ocenie zeznań świadka Lovella, który pisarzowi udostępnił przecież egzemplarz sygnalny tygodnika z wydrukowanym tekstem. Powód - tłumaczy sąd i z tym argumentem trudno polemizować - nie mógł nie zauważyć zmian, a szczególnie skrótów. Widział rysunki, więc należało się wypowiedzieć: odpowiednie dla jego eseju czy nieodpowiednie.
6 marca 1974 r. w Krakowie Wysoki Sąd stwierdza nieobecność obu przeciwników procesowych. Reprezentujący ich adwokaci przedstawiają zaświadczenia lekarskie: o wysokiej temperaturze Władysława Machejka i poważnej chorobie nowotworowej Melchiora Wańkowicza. Nie będzie dyskusji nad prawami autorów, "hasaniem" redaktorów po tekstach ani zastanawiania się, dokąd sięga cenzura. Pół roku później okazuje się, że potrafi ona prześladować nie tylko żyjących.
O Melchiorze Wańkowiczu cenzorzy pamiętają nawet po śmierci. 13 września 1974 w instrukcji wewnętrznej można przeczytać, że "wszelkie publikacje tyczące osoby i twórczości Melchiora Wańkowicza wykraczające poza sferę problematyki warsztatowo-literackiej (określające go jako człowieka wielkiej odwagi, polityka, działacza, bohatera narodowego, sumienie narodu itp.) należy wstrzymywać i sygnalizować kierownictwu Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk".
W dniu wydania tej instrukcji był już w kioskach najnowszy numer Życia Literackiego ze zdjęciem pisarza na pierwszej stronie. "10 września 1974 r.- dowiadują się czytelnicy - zmarł w Warszawie, w wieku 82 lat, Melchior Wańkowicz, znakomity pisarz, publicysta, klasyk polskiego reportażu, autor m.in. Na tropach Smętka, Bitwy o Monte Cassino*), Panoramy losu polskiego - do ostatnich dni życia publikujący nowe prace. Z odejściem Pisarza literatura polska traci wybitnego twórcę".
Czy Wańkowicz miał rację?
Po śmierci pisarza cenzura nadal nie daje mu spokoju. W marcu 1975 roku instruuje pracowników i zainteresowanych wytycznymi redaktorów, aby z warszawską centralą GUKPPiW były konsultowane "wszelkie publikacje oceniające twórczość i społeczno-polityczną postawę M. Wańkowicza".
W tym samym roku zostaje umorzone z urzędu postępowanie sądowe w sprawie Wańkowicz kontra Machejek. Bez prawomocnego wyroku nie da się, nawet dzisiaj, autorytatywnie odpowiedzieć na wiele pytań, zasygnalizowanych w czasie utajnionego przed laty procesu. Może czytelnicy Przeglądu Polskiego ocenią przynajmniej, czy pisarz przesadzał, czy też mógł nazwać "błazeńskimi" rysunki nieznanego autora, dołączone do jego eseju w 1054 numerze nieistniejącego dziś tygodnika Życie Literackie?
-------------------------
*) W pierwszej wersji taki właśnie tytuł nosiła książka Melchiora
Wańkowicza, a dopiero później we wszystkich wydaniach w tytule
pojawiło się tylko Monte Cassino.
|