MARIA KORNATOWSKA
42. Nowojorski Festiwal Filmowy
W poszukiwaniu
indywidualnej wolności
Organizowany tradycyjnie przez Film Society of Lincoln Center, kierowany umiejętnie przez Richarda Peñę, Nowojorski Festiwal Filmowy był w tym roku wydarzeniem znaczącym, niezależnie od artystycznego poziomu prezentowanych filmów. A poziom ten był nierówny i nad kryteriami wyboru poniektórych spośród 26 pozycji festiwalowego programu można się było zastanawiać. Mam na myśli m.in. In the Battlefields libańskiej realizatorki Danielle Arbid, Or Izraelki Keren Yedayi czy też bezkonkurencyjny w kategorii złego gustu popis ekshibicjonizmu, czyli Tarnation Amerykanina Jonathana Caouette'a.
Generalnie rzecz biorąc, program 42. NYFF zrodził się jakby na przekór temu, co przywykliśmy oglądać na amerykańskich ekranach, na przekór powszechnemu już niemal traktowaniu kina jako czystej, niezbyt myślowo absorbującej rozrywki. Odnoszę wrażenie, że organizatorom chodziło nie tyle nawet o przypomnienie, że kino bywa również sztuką, ile o sformułowanie, za pomocą filmów, pewnego ważnego dziś przesłania, o wypowiedź na temat stanu współczesnego świata, na temat duchowej, emocjonalnej i moralnej kondycji jego mieszkańców. wiat, jak wiadomo, znalazł się w kryzysie, kondycja jego mieszkańców nie przedstawia się najlepiej, stąd prezentowane filmy nie dość, że długie, brzmiały ponuro, niekiedy wręcz beznadziejnie.
Jednym z głównych tematów festiwalu była wolność, a właściwie rozpaczliwe, skazane przeważnie na klęskę poszukiwanie indywidualnego, jednostkowego "wyzwolenia" przez człowieka zniewolonego więzami tradycji, przynależności narodowej, politycznej, ideologicznej lub nawet rodzinnej. Poszukiwanie wolności przede wszystkim w sobie. Bunt przeciw rozwiązaniom systemowym, jakiekolwiek by one były, określa postępowanie bohaterów większości festiwalowych filmów, od Karin (Julia Dufvenius) ze znakomitej Bergmanowskiej Saraband poczynając, a na parze chińskich kochanków (Takeshi Kaneshiro i Zhang Ziyi) z niepospolicie pięknego House of Flying Daggers Zhanga Yimou kończąc.
Drugi z głównych tematów to kryzys rodziny. Rozpad więzów małżeńskich, kryzys relacji między rodzicami i dziećmi. Brutalność matek lub ojców w stosunku do dzieci mniejszych i większych, przemoc psychiczna i fizyczna, obojętność, manipulacja, emocjonalne "pręgi" odciskające się w duszy i sercu. Temat drastyczny, dotykający szczególnie bolesnych stref psychiki. Dzieci jako bezbronne ofiary dorosłych, którzy "trzymają władzę". Grzechy dorosłych kładą się cieniem na ich życiu. Deprawują. Wypaczają. O tym mówi nowy film Pedro Almodóvara Bad Education, efektownie zrobiony, inteligentnie opowiedziany, wybitnie, jak przystało na Hiszpana, antyklerykalny; o tym mówi słaby film izraelski Or (My Treasure), opowieść o córce prostytutki, która pragnie wyciągnąć matkę z uprawiania najstarszego zawodu świata, ale sama się weń, jakby mocą przeznaczenia, wciąga. Koszmarny obraz rodzinnego piekła maluje Tarnation, rodzaj dokumentalno-fikcyjnej kompilacji zrealizowanej ręką niezbyt wprawnego amatora. Dewiacje rodzicielskie są tu dziedziczne.
Rzecz ciekawa, że to właśnie filmy amerykańskie ze szczególną pasją i drapieżnością atakują mitologię rodzinnej sielanki. Zjadliwe Palindromes znanego prześmiewcy Todda Solondza uderzają w moralne fundamenty "rodzinnych wartości", w totalne zakłamanie tzw. rodzicielskiej miłości. Solondz, który zastosował interesujący chwyt formalny obsadzając w roli swej nieletniej bohaterki Avivy aż osiem aktorek w różnym wieku i o różnym kolorze skóry, epatuje brzydotą i lepkim naturalizmem. Postacie zaludniające film, szpetne, ograniczone umysłowo, w takim lub innym sensie kalekie, przywołują niekiedy odległe echa Buñuela. Wydarzenia rozgrywają się na pograniczu jawy i sennego koszmaru. Trudno dociec, gdzie przebiega granica między rzeczywistością a wyobraźnią. Wszystko jest chore i patologiczne. Palindromes to chyba najbardziej antyhollywoodzki film, jaki widziałam od wielu lat. Stawia w ironicznym cudzysłowie formuły narracyjne i przyzwyczajenia widza. Szydzi i prowokuje.
Łagodniejszym w tonie szydercą jest Alexander Payne. Złośliwi twierdzą, że jego najnowsze dzieło, Sideways, stanowi w istocie rzeczy zakamuflowaną reklamę kalifornijskich win. Moim zdaniem to raczej dość przytłaczający, acz zręcznie trafnością obserwacji i poczuciem humoru maskowany, obraz kondycji przeciętnego mieszkańca Stanów Zjednoczonych. Obraz samotności, uczuciowej niedojrzałości, niezdolności do tworzenia autentycznych związków z innymi ludźmi, niezdolności do prawdziwej, szczerej rozmowy. Payne do jakiegoś stopnia lubi swych bohaterów, dwóch niespełnionych mężczyzn w średnim wieku, którzy stale coś udają i kogoś grają, a przynajmniej rozumie ich. Solondz najwyraźniej swych bohaterów nie lubi. Wzbudzają w nim odrazę. Może dostrzega w nich jakąś cząstkę samego siebie?
Skoro jesteśmy przy Amerykanach, nie sposób nie wspomnieć o znakomitym dokumencie Kena Burnsa Unforgivable Blackness: The Rise and Fall of Jack Johnson. W przeciwieństwie do znużonej jakby, pozbawionej twórczej inwencji fabuły dokument amerykański przeżywa zdecydowany rozkwit. Rzec można: złoty wiek. Burns na przykładzie dziejów kariery i upadku sławnego niegdyś czarnoskórego bokserskiego mistrza wszech wag ukazuje siłę i wszechobecność rasistowskich uprzedzeń. Johnson próbował uwolnić się od ograniczeń, jakie narzuca jednostce rasizm. Kupował najlepsze samochody i najmodniejsze ubrania, rozkochiwał w sobie białe kobiety. Biała społeczność nie mogła mu tego wybaczyć. Czarnoskóry może być godną współczucia ofiarą. Ale biada mu, kiedy okazuje swoją siłę i zaczyna zwyciężać.
W programie NYFF znalazło się kilka dzieł kinematografii mało znanych, egzotycznych. Choćby Moolaade znamienitego Senegalczyka Ousmane'a Sembene. Opowieść o okrutnym, nakazanym tradycją obrzezywaniu afrykańskich kobiet. Nowoczesne myślenie docierające do afrykańskich osad dzięki telewizji i radiu wyzwala bunt. Okazuje się, że są jeszcze miejsca na mapie naszego globu, gdzie media spełniają rolę pozytywną. Nic więc dziwnego, że plemienni kacykowie rekwirują poczciwe radia i film kończy ujęcie odbiorników płonących na stosie, tak jak przed laty płonęły w Europie książki. Moolaade doskonale ilustruje naczelne przesłanie 42. NYFF - dążenie do jednostkowej, prywatnej poniekąd wolności. Wolności pojmowanej nie jako rozwiązanie systemowe, ale jako wybór indywidualny. W jakimś sensie wbrew i przeciwko.
Rekordowo długi, 4,5-godzinny egipski film Yousry'a Nasrallaha The Gate of the Sun w znamienny sposób podejmuje kwestię palestyńską. Podobnie jak bohaterki Moolaade, młody Palestyńczyk Chalil (Bassel Chajat) dojrzewa do "własnej" wolności. Normalne życie, zwyczajne emocje, choćby miłość i przyjaźń stają się dlań ważniejsze niż Sprawa.
To festiwalowe przesłanie wydaje mi się bardzo ważne w dzisiejszej dobie, choć - jak już wspominałam - wiele z wyświetlonych filmów budziło moje wątpliwości. Żyjemy w czasach swoistej polaryzacji. Fundamentalizmy rozmaitej maści, niszczące lub ograniczające indywidualność, ścierają się ze świadomością wyjątkowości i szczególności jednostkowego istnienia. Kino - ta sztuka zbiorowa i masowa - staje najwyraźniej po stronie jednostki. Chwała mu za to.
Znalazło się w programie NYFF kilka pozycji prawdziwie wybitnych. Saraband Ingmara Bergmana, czyli bohaterowie Scen z życia małżeńskiego 30 lat później. Patrzyliśmy ze wzruszeniem na postarzałą, ale wciąż piękną Liv Ullmann, na siwiutkiego, lecz wciąż żywotnego Erlanda Josephsona. Na tych dwoje dziwnie bliskich nam i drogich ludzi. Ten film przypominał wizytę u starych, dobrze znanych przyjaciół. Wszystko było jak kiedyś, choć przecież inaczej. Bergman, ostatni już prawie z żyjących mistrzów dawnego kina, pokazał lwi pazur. Zrobił film nowoczesny, stosując nowoczesną technologię, zarazem jednak błysnęło znów na ekranie niegdysiejsze magiczne światło.
House of Flying Daggers Zhanga Yimou to film olśniewającej urody. Ruch, kolor, dźwięk tworzą ekspresywną całość możliwą do osiągnięcia jedynie w kinie. Przejmujący poemat o miłości. Gwałtownej, irracjonalnej. Silniejszej niż rozum, niż polityczne przekonania, silniejszej nawet niż lęk przed śmiercią.
Vera Drake - dzieło niepoprawnego humanisty Mike'a Leigha. Ze znakomitą Imeldą Staunton w roli tytułowej. Dziwnie poruszająca acz niesentymentalna opowieść o kobiecie, którą immanentna, genetyczna jakby dobroć stawia w konflikcie z literą prawa. Mechanizmy społeczne są nieubłagane. Czymże jest wobec nich jednostka? Czegoż może dokonać kierując się prywatnymi, dobrymi intencjami? A jednak wciąż przemykają się gdzieś w tłumie szare, nieefektowne, wiecznie zabiegane Very Drake. I może dzięki nim nasz świat trwa jeszcze...
|