PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 15 października 2004


MICHAŁ TABACZYŃSKI

Danzig jak Davos


Trudno raczej wyobrazić sobie książkę, która dosadniej informowałaby o źródle inspiracji, która wyraźniej sygnalizowałaby (sygnalizowała? ależ skąd; ona wręcz wskazuje) przedmiot intertekstualnej gry. To prawda, Paweł Huelle osiąga granice możliwości. Jeśliby się zastanowić, to Castorp stanowi naturalny kres rozwoju pewnego powieściowego modelu, który Huelle konsekwentnie realizuje - teraz, po wyczerpaniu się możliwości dalszego rozwoju widać to wyraźniej: po luźno związanym z Grassem, inspirowanym nim ledwie Weiserze Dawidku przyszedł Mercedes-Benz - styl i sytuację narracyjną czerpiący z Hrabalowskiej Wieczornej lekcji jazdy. Wreszcie pojawia się Castorp - stanowiący apokryf Czarodziejskiej góry Manna.

Postępująca zależność wobec innych pisarzy nie oznacza bynajmniej ułatwienia; nie ma tu prostej zależności: im więcej zapożyczeń, im bardziej wzmocniona aluzyjność, tym łatwiejsze pisarskie decyzje, tym mniejsze wymagania, więcej ułatwień. Wzorce prowadzą w równym stopniu, co ciążą. Huelle nie ułatwia sobie zadania; zdaje mi się, że stworzenie prequelu obwarowane jest znacznie większą liczbą nakazów, niż to miałoby miejsce w przypadku sequelu (czy wojenne losy Castorpa - sensacyjne, efektowne, ze spiętrzającą wciąż fabułą nie byłyby samograjem?); choć oczywiście to nie chęć pokazania pisarskiej odwagi kierowała w tym przypadku wyborem czasu akcji. Ta rozpoczyna się w 1904 roku, kiedy od wojny (którą kończy się Czarodziejska góra) oddzielają Castorpa cztery lata studiów i siedem lat spędzonych w Davos. Cały ten apokryf wysupłany zostaje z jednego zdania z Czarodziejskiej góry, zdania streszczającego studencką przeszłość Castorpa; rozpoczyna się ono słowami: "Miał już za sobą cztery półrocza studiów na politechnice gdańskiej...".

W sytuacji, w której tak intensywnie obecny jest w tej powieści Mannowski wzorzec, trzeba postawić pytania o samoistność Castorpa. Czy możliwa jest jego lektura niezakładająca znajomości Czarodziejskiej góry? A jeśli nawet jest możliwa, na ile jest ona sensowna? I zdaje się, że mimo wszystko trzeba odpowiedzieć: tak, jest możliwa, jest sensowna, więcej nawet - jest atrakcyjna. Takie też możliwości daje stworzenie prequelu. Nietrudno sobie nawet wyobrazić, że lektura Castorpa popychać może ku lekturze Czarodziejskiej góry tych czytelników, których dalsze losy bohatera zafrapują. Nie chcę powiedzieć, że takie odwrócenie hierarchii było celem autora; jednak możliwość takiej czytelniczej reakcji dopuszczam. Nie twierdzę przy tym, że lektura taka nie jest uboższa od lektury świadomej źródła, albo też o źródle mającej jakie takie pojęcie, albo - tym bardziej - takiej, która bezustannie do owego źródła się odnosi; twierdzę jednak, że z całą pewnością nie jest uboga. Czymże jest Castorp uwolniony od cienia arcydzieła? Opowieścią o perypetiach pewnego niemieckiego studenta gdańskiej politechniki. Więcej: jest opowieścią o schyłku belle époque, o pięknej śmierci pewnego świata, który sam swojej schyłkowości nie jest jeszcze świadomy, choć z łatwością można już dostrzec wyraźne symptomy nadchodzącego kresu. Ale przecież jeszcze o czymś innym: od gwałtownym dorastaniu, o pozbywaniu się złudzeń, o sztuce i jej zniewalającej sile. Tego wszystkiego można się doczytać w Castorpie bez znajomości Czarodziejskiej góry; atrakcyjność takiej naiwnej lektury (choć może lepiej powiedzieć, że lektury po prostu, każdej lektury) wzmaga jeszcze urok tajemnic (ze Schnitzlera wziętej orgii, mrocznej tajemnicy wdowy Wybe, na której rozwiązanie długo trzeba czekać), przeplatające się wątki sensacyjne (kradzież, morderstwo, prywatny detektyw, rozgrywki szpiegów) i do tego wszystkiego jeszcze - miłość. Miłość niewinna, młodzieńcza i - dodam - niespełniona (bo i o niespełnieniu - i to nie tylko miłosnym - jest ta książka), miłość, która wymienione wyżej elementy czyniące fabułę atrakcyjną napędza.

Nie można też nie zauważyć, że tę książkę da się czytać - wciąż mówię o lekturze naiwnej, nieświadomej Mannowskiego patronatu - jako opowieść, której aż nazbyt oczywistym bohaterem jest Gdańsk. Nie chcę powiedzieć, że jest bohaterem tej prozy równie znaczącym, co Castorp; to byłaby przesada. Ale tym bardziej nie wolno redukować roli miasta do samego tła, zaledwie pejzażu. Jest - tak to już zwykle bywa u Huellego - figurą wielokulturowości, mitem zgodnego współżycia narodów. Konstatacje te nie wykraczają poza banał, ale jest tu coś więcej: na przykładzie tego mitu pokazuje autor - tak się przynajmniej wydaje - rysę: czy musztra do raźnie granych dźwięków Preussen Gloria, którą obserwuje na błoniach Castorp, nie powróci w strzelistej, wizyjnej końcówce powieści w zmienionej formie - najpierw marszu bojówek w brunatnych koszulach, później - pochodu jeńców pędzonych przez sołdatów Czerwonej Armii, by być kolejno przyczyną i znakiem zagłady miasta? Zresztą są i rysy jeszcze delikatniejsze, jak samobójcza śmierć Neugebauera, sprowokowana ciągłymi drwinami z jego polskiego akcentu.

Co przynosi lektura świadoma, lektura obciążona znajomością późniejszych losów Castorpa? Dojmujące wrażenie niezwykle głębokiej zależności obu fabuł. Zdaje mi się wręcz, że Castorp oglądany przez pryzmat Czarodziejskiej góry wydawać się może jej repliką - w mniejszej skali, to prawda, ale jednak. Powtórzenie - a na ten trop naprowadza nas sam autor, jako drugie z mott dając zdanie Kierkegaarda: "Właśnie dlatego że było, powtórzenie staje się nowością" - to powtórzenie nie dotyczy tylko samego gestu autorskiego, nie zamyka się jedynie w powtórnym powołaniu do życia postaci. Chciałbym je widzieć na różnych poziomach książki. Gdańskie losy Castorpa - choć sam o tym nie może wiedzieć - są zapowiedzią tego, co wydarzy się później w sanatorium, Danzig to nieodczytana przez niego przepowiednia Davos. Obie opowieści rozpoczynają się podróżą, gdańska melancholia młodego studenta znajdzie swoje powtórzenie w apatycznym, zawieszonym poza czasem pobycie inżyniera w górskim uzdrowisku, Wanda Pilecka powtórzy się jako Kławdia Chauchat. Czy toczone po francusku rozmowy dziwnej pary, którą Castorp śledzi zapamiętale, nie wrócą jako rozmowy Castorpa i Kławdii? Czy oratorskie wprawki (na statku, podczas wycieczki, u doktora Ankewitza) nie rozwiną się w późniejsze dyskusje w Davos? Czy - żeby sprawdzić rzecz na poziomie szczegółów - błądzenie na granicy jawy i snu, nad ranem, wśród portowych magazynów powtórzy się w górach podczas zamieci? Na dodatek obie książki kończą się podobnie - narratorską inkantacją, zwróconym do bohatera monologiem, wspinającym się na coraz to wyższe piętra liryzmu. Fabuła Castorpa powtarza - niechby tylko w pewnym przybliżeniu - fabułę Czarodziejskiej góry, tym samym stanowi jej odczytanie, ale także pokazuje powtarzalność losu, będąc dla pierwotnie stworzonej przez Manna fabułą bliźniaczą, czyli jednym z etapów (tu akurat wcześniejszym) powtarzającego się wciąż losu. Bo i powtórzenie jest w tej lekturze tematem ważnym.

Co jeszcze się powtarza? Choćby muzyczna konstrukcja powieści; u Huellego - tak jak u Manna, który zalecał nawet czytać swoją powieść dwa razy, by usłyszeć w ponowionej lekturze muzyczno-ideową całość - "słychać" grę powtarzających się i przeplatających ze sobą motywów.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że przytoczona w powieści dyskusja między entuzjastą Wagnera a jego zaciekłym krytykiem jest autokomentarzem do powieści Huellego, usprawiedliwieniem odejścia od wagnerowskiej konstrukcji powieści Manna na rzecz lżejszej (Schubert? Mozart? Bach?).

W doszukiwaniu się powtórzeń zabrnąłem na tyle daleko, że dodam jeszcze, iż pisarska sytuacja obu autorów odsłania niejakie zbieżności. Mann zaczął pisać Czarodziejską górę jako nowelę, która ostatecznie rozrosła się do dwu dużych tomów. Huelle rozpoczął pisanie z zamiarem stworzenia opowiadania, z czasem zaczął nazywać nieukończoną jeszcze prozę minipowieścią; wreszcie otrzymaliśmy pełnowymiarową powieść. Co ciekawe, powieść powtarza (!) bez większych odstępstw miniesej noszący tytuł Castorp, który wszedł w skład Innych historii - zbioru krótkich próz Pawła Huellego. Zgadzają się szczegóły: wdowa wynajmująca pokój, przykre nieporozumienie przy pierwszej wizycie w domu wdowy, kłopoty z kupnem ulubionych cygar, wreszcie - miłość.

Mann ma wciąż w Polsce powodzenie - ostatnio pojawiające się teksty, których jest on wyraźnie patronem (nowa proza Pilcha, opowiadania Kowalewskeigo i Tokarczuk, a teraz Huelle) mają - nie wiem, czy to przypadek - piętno jego arcydzielności. W Castorpie widać to szczególnie wyraźnie; arcydzielność ta jakby wynikała z rozpięcia tej prozy pomiędzy autorską pychą (potrafię jak Mann) i pokorą (naśladownictwo jako forma uwielbienia to rzecz znana, a uwielbienie pokory wymaga). Przy okazji: pokora zdaje się być okazywana właściwemu wzorowi, a pycha jest najpewniej uzasadniona.

-----------------------

Paweł Huelle, Castorp, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2004, s. 202, cena 15 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail