PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 8 października 2004


ANDRZEJ ZWANIECKI

Nowojorska
kronika kulturalna (film)


Komputerowy komiks,
balety kung-fu
i motocyklowy sztambuch

Sky Captain and the World of Tomorrow to film, w którym nota produkcyjna jest ciekawsza od fabuły, a efekty specjalne od przeżyć bohaterów. Film został niemal w całości zrealizowany na komputerze i znamię sztuczności, które odciska się na niemal każdej scenie, nie pozwala o tym zapomnieć ani przez chwilę. Aktorzy odtwarzali swoje role na tle wielkiego błękitnego ekranu, na którym komputer później "dorysował" scenografię i elementy akcji. Fantastyczne! Nie da się jednak ukryć, że grają oni tak, jakby mieli za sobą wielką czarną pustkę i bali się, że za chwilę w nią wpadną.

Fabuła sprawia wrażenie komiksowych wycinanek sklejonych do kupy przez kilkuletniego chłopca. Armia gigantycznych latających robotów atakuje Nowy Jork. Reporterka Polly Perkins (Gwyneth Paltrow) stawia im czoło wraz z dawnym narzeczonym pilotem-zawadiaką Sky Captain Sullivan (Jude Law). Polly zbiera materiały na temat naukowców znikających w tajemniczych okolicznościach. W jej mniemaniu to łączy się jakoś z inwazją, a źródło tajemnicy leży w odległym Nepalu. Tam też udaje się para bohaterów, do której po drodze dołącza inny powietrzny śmiałek, Franky Cook (Angelina Jolie).

Sky Captain... to film pięknie wystylizowany na grafikę komiksową sprzed pół wieku. Nakręcony w odcieniach sepii i sinego błękitu, z drobiazgowo i chwilami ciekawie zobrazowanym tłem, jest cackiem retro, które podziwia się z przyjemnością. Przez kilka minut. Z chwilą gdy człowiek oswaja się z jego estetyką, film ogląda się bardziej jako przydługą prezentację możliwości techniki komputerowej niż angażującą opowieść. Co prawda przygoda goni tu przygodę i fantastyczne możliwości fabuły wydają się niewyczerpane, ale przeżycia bohaterów są tak przewidywalne i standardowe, że nie wzbudzają żadnych emocji, a fantastyczne elementy tak mocno przeżute, że nie wywołują choćby krzty podziwu czy zdumienia. Co gorsza, wobec tego, że akcji brak prawdziwej werwy, a reżyserowi Kerry'emu Conranowi poczucia humoru, film ma aurę zebrania zbieraczy owadów podziwiających najnowszy okaz złowiony w koszu na śmieci.

Lucas i Spielberg, którzy w serii przygód Indiany Jonesa również odwołują się do historii komiksowej pop-kultury, podeszli do perypetii swego bohatera z dużą dozą ironii. Conran wydaje się traktować ten sam materiał z hołdowniczą rewerencją, co owocuje zręczną, ale nudną wariacją na temat komiksowych wątków i motywów z przeszłości. Reżyser najwyraźniej liczył na to, że trójka lubianych aktorów ożywi to muzeum pop-kultury. W rzeczywistości muzealna atmosfera jest tak przemożna, że również oni sprawiają wrażenie eksponatów.

Film powstał początkowo na komputerze Conrana jako 9-minutowa kreskówka. Po obejrzeniu pełnometrażowej wersji, która kosztowała 80 milionów dol., można śmiało powiedzieć, że byłoby lepiej, gdyby taką chałupniczą miniaturą pozostał.

*

Uroda Hero oszołamia, obezwładnia i powala na kolana. Można nie przepadać za filmami kung-fu, można narzekać na propagandowy wydźwięk filmu, ale nie sposób oprzeć się poetyckiej i wizualnej sile jego obrazów.

W legendarnej opowieści, której akcja rozgrywa się w III tysiącleciu przed Chrystusem, władca królestwa Qin (Chen Dao Ming) dąży do zjednoczenia siedmiu protochińskich królestw, posługując się ogniem i mieczem. Agresywne podboje wywołują opór w krajach ościennych i owocują licznymi próbami zgładzenia najeźdźcy, podejmowanymi przez rekrutujących się z tych krajów mścicieli. Kiedy więc na dworze Qin pojawia się Bezimienny (Jet Li), który twierdzi, że pokonał najgroźniejszych z potencjalnych zabójców, dopuszczony zostaje przed oblicze króla. Bohater opowiada o tym, jak przy użyciu miecza, zręczności i intryg wyeliminował Long Sky (Donnie Yen) oraz zakochanych w sobie mistrzów fechtunku i kaligrafii Broken Sword (Tony Leung) i Flying Snow (Maggie Cheung), co film ukazuje w retrospektywnych scenach. Król obsypuje Bezimiennego złotem i pozwala mu zbliżyć się do siebie na niesłychaną odległość dziesięciu kroków, ale opowieść wzbudza jego wątpliwości. Gra psychologiczna między Bezimiennym, który coś ukrywa, i władcą, który chce dociec prawdy, owocują drugą i trzecią wersją wydarzeń, jakie zaprowadziły bohatera do pałacu królewskiego. Każda z tych sekwencji nakręcona przez operatora Christophera Doyle'a w innej tonacji barwnej stanowi jakby inny odcień prawdy.

Hero to chińska odpowiedź na inną fantastyczną opowieść kung-fu Crouching Tiger, Hidden Dragon, zrealizowaną przez Anga Lee w koprodukcji Hongkongu z Tajwanem. Ale mimo licznych podobieństw filmy różnią się od siebie pod kilkoma względami. W Crouching Tiger... Lee bawił się możliwościami nowego dla siebie gatunku - przeczącą prawom fizyki nieważkością wojowników szybujących w powietrzu i lądujących na cienkich gałązkach oraz jego podobieństwami do westernu i zachodniej pop-kultury w ogólności. Te igraszki i elementy pastiszu obecne w filmie Lee silnie kontrastują z "poważną" atmosferą eposu w Hero.

Reżyser tego ostatniego Zhang Yimou również komponuje baletowe sekwencje walk między przeciwnikami, którzy poruszają się z równą wprawą na ziemi, co w powietrzu i na wodzie. Ale Hero, choć nie tak precyzyjnie skonstruowany jak Crouching Tiger..., to nowa jakość kinowa - kinetyczny poemat filmowy, na opisanie którego brak słów. Niemal każdy kadr jest literą, a każda scena sylabą w wizualnym poemacie, w którym przyklęknięcie łuczników przed atakiem na klasztor rymuje się z pociągnięciami pędzla na papierze, a akrobacje powietrzne walczących kobiet-wojowników z wirowaniem liści zamiatanych ich szatami. O ile Hero nie ma tak płynnej akcji jak Crouching Tiger..., to jego obrazy i sceny mają starannie skomponowany rytm, a wizualne wersy składają się na urzekającą melodię. Krótko mówiąc, od filmu nie można oczu oderwać.

Jedynym balastem jest propagandowa teza, która obciążając szybującą wysoką fantazję, grozi jej katastrofą. Zhang Yimou, który w takich filmach, jak Ju Dou i Raise the Red Lantern, krytykował patriarchalną tyranię, tu głosi chwałę absolutyzmu i imperializmu. To świadectwo godnej pożałowania ewolucji świetnego filmowca psuje atmosferę przygotowanej przezeń uczty wizualnej, ale nie umniejsza urody jej niebywałej prezentacji.

*

Motorcycle Diaries wylansowane na wydarzenie artystyczne przez ciotki rewolucji jest niewiele więcej niż sztambuchem przeznaczonym dla ciotek rewolucji. Pełno w nim widokówek z malowniczych miast południowoamerykańskich, zasuszonych ideałów, skarg na niesprawiedliwość społeczną i historyczną oraz incydentalnych obserwacji. Dawni lewacy oglądając go mogą sobie powspominać, powzruszać się i powzdychać w przerwie między sprawdzaniem kursu akcji i planowaniem wycieczki do wczasowiska w kraju, w którym nędza do dziś rzuca się w oczy.

Bohaterem jest - dla jednych sławny, dla innych osławiony - Ernesto Guevara (Gael Garcia Bernal), jeszcze zanim nabył rewolucyjny przydomek Che. Film oparto na jego pamiętniku z podróży po Ameryce w 1952 roku, w której towarzyszył mu starszy kolega Alberto Granado (Rodrigo de la Serna). Wyprawa motocyklowa, która po rozpadnięciu się maszyny przerodziła się w pieszą wędrówkę połączoną z autostopem, prowadzi ich z Buenos Aires, gdzie Ernesto jest studentem ostatniego roku medycyny, poprzez Chile i Peru do Wenezueli. Po drodze spotykają różnych, często cierpiących biedę i wyzysk ludzi oraz przeżywają częściej komiczne niż dramatyczne przygody. Narratorem jest Ernesto, który czyta nieraz banalne i pretensjonalne zapisy z zachowanego dziennika Guevary.

Gdyby film nie dotyczył bożyszcza lewicy, nie wywołałby nawet wzruszenia ramion. To bowiem poroniona próba fabularyzacji czegoś, co takiemu zabiegowi poddaje się z trudnością. Scenariusz nie ma narracyjnego kręgosłupa, a reżyseria - fabularnych mięśni. Również relacje samych bohaterów i ich ewolucja nie są specjalnie interesujące.

Być może gdyby scenarzysta Jose Rivera i brazylijski reżyser Walter Salles wybrali z zapisków Guevary jakieś kluczowe momenty i dobrze je udramatyzowali, ich dzieło miałoby ręce i nogi. Bez tego jest kadłubkiem - czymś pomiędzy fabularyzowanym reportażem a historycznym bedekerem. Twórcy podążają krok za krokiem za bohaterami, niezdolni oddzielić ziarno od plew - banalne epizody od dramatycznych przeżyć. Co gorsza, nawet tam, gdzie pojawia się zalążek dramatycznego materiału, jak choćby w epizodzie w kopalni, Rivera i Salles zamiast wycisnąć z sytuacji emocjonalne soki, odfajkowują scenę gestem gniewu i przechodzą do następnej pocztówki. Salles nie potrafi wytrzymać ujęcia nawet tam, gdzie ma to i wizualny, i dramaturgiczny sens. Kamera często ukazuje parę bohaterów w otwartej przestrzeni pięknych, surowych krajobrazów jakby w nadziei, że zadziała romantyka filmów drogi. Ale filmy tego typu zdążyły się już opatrzyć i kadry tego typu nie wywołują automatycznie dreszczyku wyzwoleńczych emocji.

Najgorsze jest jednak to, że film Sallesa pozbawiony jest wszelkiej pasji. Wszystko, co ukazuje - łącznie z czarno-białymi portretami wyzyskiwanych i krzywdzonych robotników i Indian - ma martwą aurę retro. Lepiej by było, gdyby obraz peregrynacji bohaterów był pełną gniewu agitką albo gorzkim spojrzeniem na życie Guevary przez pryzmat sowieckiego archipelagu gułag i kambodżańskich pól śmierci. Zamiast tego jest on nijaki - nie idzie ani w jednym, ani w drugim kierunku, tylko robi politycznie poprawne miny, ale w gruncie rzeczy stara się nikogo nie urazić. Nawet seks, który wypełnia życie Alberto, ukryty jest skrzętnie poza kadrem. W tej formie Motorcycle Diaries są salonowym odpowiednikiem podkoszulków z wizerunkiem brodatego Che. Spłowiałe, straciły wszelki sens i zamieniły się w dekorację.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail