PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 1 października 2004


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Cinkciarze pamięci

W dniu ukazania się tego felietonu na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie odbędzie się uroczystość wręczenia Ryszardowi Kapuścińskiemu honorowego doktoratu uczelni. Tego samego dnia w księgarniach całej Polski pojawi się najnowsza książka pisarza - Podróże z Herodotem. Nie skorzystam z pojemnej formy felietonu, by ubiec o kilkanaście godzin Polską Agencję Prasową i zamieścić sprawozdanie z obu wydarzeń w formie komentarza wyprzedzającego. Zajmę się samą metodą, święcącą obecnie triumfy w polskich mediach.

Komentarz wyprzedzający jest starą odmianą dziennikarstwa, uprawianą przez wszystkowiedzących komentatorów wydarzeń, zwłaszcza politycznych. Nie mają oni nic wspólnego z czarnoksięstwem, nie są wróżkami ani wróżbitami, ale potrafią przewidzieć i opisać wydarzenia bez uciążliwego, a zatem zbędnego w nich uczestniczenia. Doświadczyłem tego wielokrotnie na własnej skórze, będąc nie tylko producentem, ale także konsumentem reportaży i komentarzy. Zdarzyło mi się już czytać relacje z imprez, które w ostatniej chwili odwołano. Nowojorski Blair nie wynalazł koła, jeden z moich kolegów wydrukował relację z imprezy, do której nie doszło, ale nie pofatygował się tego sprawdzić, inny zamieścił wywiad z pisarzem, którego na oczy nie widział i nie zamienił z nim nawet zdania przez telefon, bo w międzyczasie umarł (pisarz). Widziałem też w prasie dramatyczny nekrolog osoby jak najbardziej żywej, który samego Gołotę mógłby doprowadzić do zapaści. Spotkałem w redakcyjnych archiwach nekrologi napisane na zapas i oczekujące na "uaktualnienie". Kiedyś zadzwonił do mnie kanadyjski dziennikarz z życzeniem zakupu egzemplarza mojej minibiografii polskiego pilota, będącego bohaterem Kanady, gdyż zamierzał właśnie napisać... wspomnienie pośmiertne o tym jak najbardziej jeszcze żywym lotniku. "Wiesz, jak umrze, będę pierwszy" - wyjaśnił całkiem logicznie. Zaniemówiłem, a potem podwoiłem cenę. Niech cinkciarz pamięci słono zapłaci.

Ten "cinkciarz pamięci" przyszedł mi do głowy w odruchu oburzenia na człowieka, który próbuje zbić kapitał - niewielki, ale zawsze - na handlu pamięcią; tą jedyną, prawdziwie niewymienialną walutą. Podobnych wrażeń doznałem czytając w sobotniej Gazecie Wyborczej paszkwil profesora Andrzeja Romanowskiego na Instytut Pamięci Narodowej. W tekście o horrendalnym tytule: "IPN - bezprawie i absurd" Romanowski bezpardonowo atakuje samą ideę powołania Instytutu, uznając go za wroga publicznego numer jeden polskiej demokracji. Romanowski uważa, że całe zło leży w stertach ubeckich teczek i grzebanie w nich prowadzić może jedynie do fałszywych oskarżeń i zbiorowych zgonów cywilnych zacnych i szanowanych dzisiaj uczestników życia publicznego, będących niegdyś, bardzo dawno lub niedawno, szubrawcami, donosicielami, agentami i wszelkimi potworami, które jednak mogły się zmienić w ludzi, i to w dodatku uczciwych. Należy więc dać im szansę rozpoczęcia życia publicznego od nowa, choć kiedyś współżyli, tzn. współpracowali z Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego lub Służbą Bezpieczeństwa czy z obiema tymi instytucjami. Najlepiej więc teczki spalić, IPN rozgonić, profesora Leona Kieresa i jego popleczników wysłać na galery, Kołymę lub emeryturę, a byłym ubekom wystawić ołtarz powitalny u bramy do polskiego raju.

Ten piękny pomysł powstał w polskiej, a nie rosyjskiej głowie. Rosja, jak wiadomo, zmierza szybkimi krokami abarot do Związku Sowieckiego, ale Polska? Dlaczego tak przeszkadza prof. Romanowskiemu jedyna instytucja chroniąca jeszcze Polaków przed paranoją, a uświadamiająca narodowi, że nasz kraj przeżył jednak okres stalinizmu i PRL-u, że istniały jednak ubeckie kazamaty, że wielu polskich obywateli było kiedyś sędziami, prokuratorami, katami i oprawcami lub "tylko" współpracownikami aparatu opresji. Gdyby nie IPN, wmówiono by nowym pokoleniom, że Solidarność wprowadziła stan wojenny, a towarzysz Kociołek bronił stoczniowców przed salwami literatów - lub każdą inną bzdurę.

Profesor Romanowski nie napisał jednak swej filipiki pod adresem IPN-u w próżni społecznej i tak sobie. Myślę, że powstała ona na tak zwane zamówienie społeczne sporej jeszcze i wpływowej grupy, mogącej żywić obawy co do przyszłości swoich wpływów. Jak celnie zauważa Maciej Rybiński w Rzeczpospolitej, "władzę realną w tym kraju ma jedynie ten, kto zarządza pamięcią narodową, kto zdobył sobie prawo do interpretacji przeszłości i wystawiania zaświadczeń moralnych". IPN zatem zagraża tej realnej władzy i dlatego nawołują, i to od lat, do jego likwidacji. Romanowski używa na przykład chwytliwego jak na nasze czasy argumentu, że "IPN-owska tęsknota za sprawiedliwością przerodziła się w niesprawiedliwość. Czyż nie jest to jedno ze źródeł nihilizmu toczącego nasze życie społeczne?". No i proszę, mamy winnego: Instytut Pamięci Narodowej. A jak zlikwidujemy pamięć narodową, to od razu będzie lepiej. Jakie to proste i powabne. Jak Jedwabne - w tekście Romanowskiego. Profesor pisze wręcz, że dochodzenie w sprawie Jedwabnego było niepotrzebne, gdyż "niewiele ono wyjaśniło ponad to, co i tak było wiadome". Wyjaśniło, panie profesorze, i to wiele. Jeśli pan tego nie rozumie, to niewiele pan rozumie i szkoda panu wyjaśniać.

Romanowski popisuje się komentarzem uprzedzającym, jakby dmuchał na zimne i chciał uprzedzić czy wręcz zapobiec nadciągającej lustracji, szermując argumentem, że on ze swej profesorskiej wyżyny i tak wie, że doprowadzi ona jedynie do dramatów i tragedii. Czesi i Niemcy otworzyli teczki i jakoś przetrwali, dlaczego prawda miałaby zaszkodzić Polakom? No tak, pada koronny argument: SB fałszowała teczki. To samo mówiono w Niemczech o STASI, a okazało się, że teczki nie kłamały. Podobnie jak w sprawie Jedwabnego, Romanowski pisze o poronionym pomyśle polskiego śledztwa w sprawie Katynia. Nie robić, bo Rosjanie się obrażą?

Gdy 23 sierpnia odwiedziłem Ryszarda Kapuścińskiego, uzgadniał z wydawnictwem ostatnią korektę Podróży z Herodotem. 23 września, podczas odwiedzin poety Janusza Szubera w jego sanockim mieszkaniu, zadzwoniłem do autora Imperium. Dowiedziałem się, że właśnie dzisiaj otrzymał egzemplarz świeżo wydanej książki. Gdybym był profesorem Romanowskim, mógłbym napisać, że pamięć o tych błahych w końcu wydarzeniach nie ma żadnego znaczenia, jak każda pamięć o czymkolwiek, co ważne dla kondycji intelektualnej i duchowej jednostki czy społeczeństwa. Proza Kapuścińskiego czy poezja Szubera są ważne dla ludzi uważających się za członków rodziny człowieczej oraz społeczności polskiej. Wszelkie próby odebrania nam luksusu wiedzy o naszych kulturowych i historycznych korzeniach są zajęciem godnym cinkciarzy pamięci. Ale dziś prawdziwych cinkciarzy już nie ma. Nie wystają pod peweksami, a siedzą w swoich kantorach i na katedrach, gdzie niekoniecznie "zlustrowani" funkcjonują jednak legalnie.

 

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail