GRAŻYNA DRABIK
Rytmy Nowego Jorku
Absolutna harmonia
w kakofonii miasta
Wróciłam z Europy i rzuciłam się w wir miasta, próbując nadrobić nieobecność przez prawie całe lato. A więc ostatnie dni plaży nad Atlantykiem. Ostatnie koncerty w parkach. Teatry uliczne. Cały ten bazar nowojorskich kolorowych szkiełek, rupieci i wspaniałości letniego sezonu.
Udało mi się wyłowić dwie wielkie wystawy: imponujący zestaw fotografii Auguste Sandera "Twarz naszych czasów" oraz przepiękny zbiór rzeźb Constantina Brancusiego "Esencja rzeczy". Coś, co wydawało się być całkiem wzajemnie sobie obce, przez samo fizyczne zbliżenie odkrywa nagle swoją wewnętrzną wspólnotę. Poszukiwania rumuńskiego rzeźbiarza i niemieckiego fotografa łączy nie tylko twórcza ambicja i nieprawdopodobna wręcz wytrwałość, lecz także podobny ideał i wiara w sztukę jako drogę ku niewidocznej prawdzie.
Ich medium jest radykalnie odmienne. Jeden rzeźbił w twardej materii kamienia, w marmurze. Drugi światłem tworzył ulotne obrazy na szklanej kliszy i papierze. Jeden szukał "istoty rzeczy" przez radykalną redukcję szczegółu. Drugi chciał pokazać jak najwięcej wariantów wszystkich możliwych "typów ludzkich". Brancusi zaczął od rzeźby figuratywnej, lecz zbliżał się konsekwentnie ku "czystej formie". Retrospektywna wystawa w Guggenheim Museum uwidoczniła to szczególnie dobitnie, skupiła się bowiem na kilku tylko z jego typowych wątków: głowa, tors, ptaki, podkreślając ich seryjny charakter i powolną transformację. O ile wcześniejsze na przykład rzeźby z serii "śpiących" są poetyckimi lecz wyrazistymi portretami: śpiącego dziecka, śpiącej kobiety, czy śpiącej muzy, o tyle rzeźby z lat 20. ub. wieku zbliżają się do samej, jakby platońskiej idei snu. Sen sugeruje nam lekki zarys zamkniętych oczu, gładkość czoła, to prawie-zawieszenie w czasie, obecność i nieobecność zarazem, tajemnica możliwości. ("The Essence of Things", Guggenheim Museum, do 19 września).
Przy tym Brancusi podpowiada nam mądrze w swoich aforyzmach, by się cieszyć takim pięknem: "Nie szukajcie zawiłych formuł czy tajemnic - daję wam czystą radość". "Kiedy przestajesz być dzieckiem, jesteś już martwy". "Piękno to absolutna harmonia".
I jeszcze: "Bywają imbecyle, którzy zwą moją sztukę abstrakcyjną; to, co oni nazywają abstrakcją jest prawdziwym realizmem, ponieważ realna jest nie zewnętrzna forma, lecz idea, esencja rzeczy". "Widzieć daleko, to jedno; iść tam, to zupełnie co innego".
Sander, wydaje mi się, uśmiechnąłby się porozumiewawczo do tych poetyckich nakazów. Pracował jako fotograf, a więc pod opieką młodszej i uboższej kuzynki starodawnych muz. Wcale jednak nie był mniej ambitny w swej artystycznej wizji. Jakże odmienna była jego metoda pracy. Zamiast "redukcji", gromadzenie. Zamiast eliminacji szczegółu, największa szczegółom uwaga. Zaczął od fotografowania mieszkańców swojej wsi. Potem przedstawicieli różnych kategorii zawodowych i typów ludzkich współczesnego mu społeczeństwa niemieckiego: oto piekarz, ślusarz i stolarz. Muzyk. Rzeźbiarz. Aktorka. Żona architekta. Przemysłowiec. Oficer. Żebrak. Młody rolnik przy pracy, w gronie rodzinnym, w momencie odpoczynku - wszyscy pod czujnym okiem kamery Sandera. ("Face of Our Time", Metropolitan Museum, do 19 września).
Wydawałoby się: artysta jako nudny pedant, z kolekcjonerskim zacięciem, z ambicją naukowca, by katalogować i zamykać w formułki. Lecz imponujący zbiór zdjęć (choć ze zniszczeń nazistowskiej cenzury uchroniła się zaledwie ich jedna trzecia) nie jest zwykłą kolekcją twarzy przyszpilonych podpisami. To świetne indywidualne portrety, lecz jednocześnie i skomplikowana opowieść o losie ludzkim. Bo Sander tęsknił za czymś większym i głębszym. Pokazywał ludzi w ich społecznych rolach, jednostkę osadzoną w konkretnym czasie i miejscu. Miał jednak świadomość, że nie wystarcza tylko ta "zewnętrzna", społeczna warstwa osobowości. Szukał wyrażenia także mniej widzialnej i bardziej uniwersalnej prawdy o człowieku. W jego zdjęciach czuć trud pracy. Radość odpoczynku. Tęsknotę za pięknem. Trud, kolor i tajemnicę życia.
Brancusi i Sander są jak pokrewni sobie pielgrzymi. Pochodzą z odmiennych miejsc - z rumuńskich gór, z niemieckiej wioski. Nigdy się nie spotkali, żyjąc po przeciwnych stronach podzielonej Europy. Łączy ich rok urodzenia, 1876. I wzniosłe ideały. Ich wizje przecinają się we wspólnej "przestrzeni sztuki".
Brancusi już odpłynął, schował się w czeluściach prywatnych i muzealnych zbiorów w Londynie, Bostonie, czy w Paryżu. Sander także wrócił do archiwów w Niemczech. Pozostały z nami albumy, imponujące świadectwo ich twórczych dróg. A w nowojorskich muzeach kuszą nowe propozycje. Zwracam uwagę na dopiero co otwartą wystawę tkanin, obrazów i srebrnych przedmiotów przywiezionych z wielkim trudem do Nowego Jorku z Ameryki Południowej.
Może jeszcze uda mi się wrócić do tej wystawy, ale już teraz chcę zaznaczyć obecność wyjątkowych gości z Peru i Boliwii. Rzadko kto bowiem z nas śpieszyłby w podskokach oglądać tubylcze suknie, michy kute przez anonimowych rzemieślników, buteleczki z olejami z prowincjonalnych kościołów w Andach. A szkoda by była wielka przeoczyć tę wystawę, bo mistrzowsko wykonane tkaniny i przedmioty kryją w sobie niespodziewane piękno i nadzwyczaj ciekawe opowieści. Ze zderzenia imperium Inków i Hiszpanii rodzi się i rozwija przed naszymi oczami tworząca się nowa kultura, panorama przebogata, pełna skomplikowanych symboli, wzajemnych zapożyczeń i niespodziewanych fuzji. ("The Colonial Andes: Tapestries and Silverwork, 1520-1830", Metropolitan Museum, 29 września - 12 grudnia).
Wrzesień, czyli pomiędzy latem a jesienią, Wrzesień, czyli trzecia rocznica tragedii. Uczciłam ją spacerem przez miasto - bez pośpiechu, otwarta na kakofonię dźwięku i koloru.
Dzień był rozsłoneczniony. Niebo stało wzniosłe i pogodne. Ludzie chętnie wylegli do parków i na ulice. Pełno ich było na każdym trójkącie zieleni, pod parasolami w kafejkach, przy fontannach. Na rowerach, z dziećmi, z psami na smyczy, z grubym plikiem New York Timesa, z książką, z lodami, starzy, młodzi, ubrani w kolorowe suknie i nonszalanckie szorty. Właściwie dopiero tamtej soboty, dwa tygodnie po powrocie z pobytu w Warszawie poczułam, że dotarłam do Nowego Jorku. Miasto otoczyło mnie swą skomplikowaną różnorodnością. W wielkomiejską symfonię wpisywali się harmonijnie hip-hopowi artyści, uliczni grajkowie, dramatyczne nawoływania syren ambulansów, szum głosów.
Na Washington Square Philip Petit, drobny i skromny w czarnym stroju mima, skupił wokół siebie spory tłumek. Stałam ponad godzinę zafascynowana precyzyjnym gestem, białą magią żonglerki i pantomimy. Tu lekko przesadny pokłon, tam uśmiech ku dziewczynce z warkoczem. Chybka jazda na jednokołowym rowerze. Z dużej czarnej torby wyciągnął zielony balonik. Piłeczka, dwie, pięć - poszybowały sprawnie w powietrzu. Gruby sznur, który rozpiął między latarnią i drzewem. Wskoczył nań lekkim krokiem. Boże drogi, przecież on musi mieć ponad 70 lat... Ostatnio widziałam go, jak przechadzał się nad naszymi głowami pod stropem katedry więtego Jana Bożego w czasie jakiejś fiesty. Petit wpisał się na stałe w mozaikę historii Nowego Jorku - przeszedł na linie między Bliźniaczymi Wieżami. Hen, pod samym niebem, gdzie nawet ptaki bały się latać.
Szłam dalej w dół miasta. La Guardia Place, Greenwich Village, West Broadway, przecinając Houston i Broome Street, zaglądając w witryny szykownych butików Soho, ocierając się o galerie i tarasy restauracji. Na południe. Nie miałam zamiaru, kiedy rano rozpoczynałam wędrówkę iść do strefy zero. Nawet mi to do głowy nie przyszło. Takie wycieczki są przecież dla innych, przybyszów z przedmieść, turystów, dla ciekawskich, tego swojskiego dzisiaj motłochu dobra i głupoty. I oto byłam jedną z tłumu. Mój spacer zamienił się w pielgrzymkę: Vessey St., skraj otwartego pola.
Zwarta tkanka miasta brutalnie rozdarta - pusto. Pusto, pomimo tylu spontanicznie tu zebranych ludzi. Pusto, pomimo plakatów i zdjęć na ogrodzeniach. Kwiatów na chodniku. Wielkich maszyn wypełniających pole do Liberty Street, do zapachu soli. Maszyny stały milczące i bez ruchu, lecz gotowe, by za parę godzin ruszyć znów do pracy. Do szycia blizny.
Nadszedł wieczór. W Battery Park na samym dole miasta rozpoczęło się przedstawienie w ramach festiwalu tańca Evening Stars. Limón Dance Company składał hołd Psalmem w choreografii Limóna do muzyki Jona Magnussena. Mniej szczęśliwie pięć kobiet z zespołu Buglisi/Foreman Dance, w obfitych zawojach pomarańczowych i złocistych sukien, odstawiało skomplikowane pozy do Requiem Faurégo. Wieczór jednak zamknął bardzo wymownie Paul Taylor Dance Company popisując się "elokwencją bez słów" - jak trafnie nazwał taneczną sztukę Tom Healy, prezes Lower Manhattan Cultural Council i współorganizator tej serii.
Promethean Fire Taylora - prosty i skomplikowany zarazem w nieustannych i zabójczo szybkich metamorfozach - sugestywnie przywoływał pamięć strachu i pamięć nadziei. Potwierdzał motto Brancusiego: piękno to absolutna harmonia. Oto rytm toccaty Bacha w perfekcyjnej symbiozie z gestem, z kołem zmiennym, z wirującą spiralą, z oddechem tancerzy. Rytm stał się melodią. Melodia, czystą formą. Zbliżeniem do "esencji rzeczy".
Wzniosły się nad nami dwie smugi światła - ukośnie, głęboko w niebo, promiennie. Z gwiazd pokłonił się Brancusi jeszcze jednym ze swoich aforyzmów: "Kiedy znajdujesz się w sferze piękna, wszelkie wyjaśnienia są zbędne".
|