MAŁGORZATA RADKIEWICZ
Po 29. Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni
Sukces debiutantów
Nagrodzone Grand Prix - Złotymi Lwami 29. Festiwalu Filmów Polskich Pręgi Magdaleny Piekorz będą, decyzją komisji selekcyjnej, reprezentowały Polskę w walce o Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Czy fabularny debiut młodej reżyserki ma szansę na wyróżnienie Amerykańskiej Akademii Filmowej, okaże się za kilka miesięcy. Na zakończonym 18 września gdyńskim festiwalu był to bez wątpienia obraz najciekawszy, doceniony przez jury i publiczność, która również przyznała mu swoją nagrodę. Sukces reżyserki docenionej już wcześniej za krótki metraż to bez wątpienia efekt jej udanej współpracy z aktorami, m.in. Janem Fryczem i Michałem Żebrowskim, oraz z pisarzem Wojciechem Kuczokiem, który napisał scenariusz na motywach swojej bestsellerowej powieści Gnój i opowiadania Dioboł. Adaptacja jest przywołaną we wspomnieniach historią Wojtka, który jako dziecko pada ofiarą przemocy ze strony zasadniczego i surowego ojca. Wychowywanie w obsesyjnym wręcz szacunku dla porządku i dyscypliny sprawia, że wrażliwy chłopiec żyje w ciągłym strachu przed razami skórzanego pejcza. O emocjach bitego syna dowiadujemy się nie tylko z obserwacji zrealizowanych z dużym wyczuciem epizodów domowego i szkolnego życia, ale także z przejmujących zwierzeń nastolatka, rejestrowanych po kryjomu na magnetofonie. Kaseta z nagraniem będzie zresztą dla ojca jedyną "pamiątką" po jedynaku, który - zmęczony ciągłą sytuacją ofiary - ucieka z domu i zrywa wszelkie kontakty. W drugiej części filmu bohater pojawia się już jako dorosły mężczyzna, któremu programowa samotność wydaje się jedynym możliwym sposobem na życie obciążone "złym dziedzictwem". Przekonanie Wojciecha o tkwiącym w nim przez cały czas ojcu podkreśla charakteryzacja oraz sposób fotografowania obu mężczyzn, czyniący z fizycznego podobieństwa symbol pokoleniowej więzi. Nawet przełom, jaki dokonuje się w życiu młodego bohatera pod wpływem nieoczekiwanej miłości, podporządkowany jest kluczowemu w Pręgach słowu OJCIEC - które w zakończeniu filmu wyłania się z napisanego na zaparowanym lustrze imienia (W)ojciec(h).
O ile Piekorz skupia się na wewnętrznym życiu bohaterów, to Wojciech Smarzowski przyjmuje wobec nich zewnętrzną perspektywę. W jego szeroko komentowanym i hojnie nagrodzonym w Gdyni Weselu, niczym w arcydramacie Stanisława Wyspiańskiego na uroczystości zaślubin córki miejscowego bogacza. spotyka się "cała Polska". Konstrukcja modernistycznego dramatu zostaje przez reżysera powtórzona w fabule ograniczonej do relacji z wydarzeń jednej nocy, począwszy od ceremonii kościelnej, poprzez huczną zabawę, aż do "chocholego tańca", w jaki przeradza się kawalkada samochodów z gośćmi uciekającymi z nieudanej imprezy. Znakomite aktorstwo uhonorowanego przez jury Mariana Dziędziela uczyniło z ponoszącego życiową klęskę nuworysza postać śmieszną, ale jednocześnie tragiczną. Nie jest to jedynie groteskowa karykatura ojca ratującego reputację ciężarnej córki kupieniem jej męża za luksusowy (niestety, sprowadzony nielegalnie) samochód. Portret rodzica usiłującego wszystko załatwić łapówkami i hojnymi opłatami odzwierciedla ambicje i marzenia, a równocześnie lęki i frustracje współczesnych Polaków, niepotrafiących się często odnaleźć w pokomunistycznych realiach. Zamierzeniem Smarzowskiego z pietyzmem odmalowującego tło obyczajowe polskiej prowincji było nadanie pierwszoplanowym, jak i pozostałym, nakreślonym grubą kreską bohaterom wymiaru symbolicznego, tak by złożyli się oni na metaforyczny obraz polskiego społeczeństwa. Efekt robi wrażenie mnogością i różnorodnością wizerunków, szkoda jedynie, że miejscami w swojej skrajności zbyt jednowymiarowych i pozbawionych prawdy psychologicznej.
Psychologiczny wymiar postaci jest za to najważniejszy dla Przemysława Wojcieszka, nagrodzonego za reżyserię filmu W dół kolorowym wzgórzem. Po błyskotliwym debiucie (Głośniej od bomb) oczekiwania wobec reżysera były ogromne. Nie zawiódł on tych, którzy największy walor poprzedniego filmu widzieli w jego kameralności i skoncentrowaniu na kilku wnikliwie ujętych postaciach. Wojcieszek pozostał wierny ulubionym motywom - domu, rodziny, codziennych realiów i osobistych dramatów - przedstawiając historię chłopaka, który po wyjściu z więzienia usiłuje na powrót znaleźć swoje miejsce w świecie. Bezrobocie, brak perspektyw i marazm szarej rzeczywistości czynią z Ryśka członka lokalnej bandy napadającej na hurtownie. Wyrok odsiedziany lojalnie za wszystkich kumpli jest dla wrażliwego bohatera traumą, przed którą szuka ucieczki w wyidealizowanym świecie poezji. Tylko wiersze i myśl o czekającej na niego ukochanej pozwala mu dotrwać do końca kary. Po wyjściu na wolność pielęgnowana w zamknięciu wizja rozpływa się niczym senne marzenie. Okazuje się, że gospodarstwo ojca przejął w całości brat, który nie mając sentymentów do przynoszącego straty pola postanawia wszystko sprzedać i wyjechać do miasta. Większym ciosem niż utrata majątku jest jednak wiadomość o zdradzie dziewczyny i jej małżeństwie właśnie z młodszym bratem. Konfrontacja między trójką bohaterów staje się osią akcji, opartej na długich rozmowach, z których wyłaniają się przejmujące życiorysy. Osobiste wynurzenia nabierają wiarygodności dzięki młodym wykonawcom, którzy z wyczuciem wcielili się w powierzone im role. Wprowadzenie wątku nielegalnie działających przemytników kierowanych przez demonicznego przyjaciela Ryśka zagęszcza fabułę, przyczyniając się jednocześnie do decyzji bohaterów o zerwaniu z dotychczasowym życiem. Ucieczka ma się stać magicznym wyzwoleniem, ale poetycki sposób przedstawienia tego epizodu uświadamia, że jest to raczej magiczne życzenie niż zapowiedź rzeczywistych zmian.
Jedną z najcieplej przyjmowanych projekcji konkursowych w legendarnym już Teatrze Muzycznym w Gdyni były Tulipany Jacka Borcucha, utożsamianego dotąd z kinem niezależnym. Młody reżyser zaskoczył wszystkich dojrzałością jego opowieści skupionej wokół trzech starzejących się przyjaciół i ich rodzinnych perypetii. W filmie tym powróciła po latach na ekran gwiazda lat siedemdziesiątych - Małgorzata Braunek. Uzasadniła ona swoją decyzję tym, że nie mogła odmówić udziału w filmie, który w tak ciepły i delikatny sposób mówi o starości, nie czyniąc jej ani śmieszną, ani tragiczną. Realizacja tak naszkicowanego scenariusza udała się głównie dzięki kreacjom Jana Nowickiego, Zygmunta Malanowicza i Tadeusza Plucińskiego. Ta doborowa obsada wykonawców pozwoliła uniknąć pułapki taniego sentymentalizmu i przyczyniła się do ożywienia na ekranie klimatu minionych lat.
Obrazki sprzed dziesięcioleci przywołane zostały także w Moim Nikiforze Krzysztofa Krauzego, któremu udało się odmalować nie tylko portret amatorskiego artysty, ale także jego relacji z mieszkańcami Krynicy, w której krajobraz wpisał się równie mocno, jak sanatoryjne budynki. Odtworzony na ekranie klimat uzdrowiska pozostaje jedynie tłem dla przykuwającej wzrok figury Nikifora usiłującego sprzedawać kuracjuszom swoje oryginalne i niecodzienne prace. Jak każdy artysta, żyje on w swoim wewnętrznym świecie, a jego izolację od społeczności pogłębia gruźlica uważana za groźną chorobę. Opiekunem i patronem utalentowanego starca staje się - początkowo przypadkiem, z czasem poprzez świadomy wybór - krakowski plastyk, który poświęca własną karierę i życie osobiste, by "służyć" przyjacielowi. Skomplikowana i niejednoznaczna relacja obu mężczyzn nie byłaby z pewnością przekonująca, gdyby nie aktorski duet Krystyny Feldman i Romana Garncarczyka. Paradoksalnie, znakomicie ucharakteryzowana Krystyna Feldman została za wcielenie się w Nikifora nagrodzona w kategorii najlepszej roli kobiecej. Mimo jej niekonwencjonalności była to bez wątpienia największa i najciekawsza kreacja aktorska, poprzez którą ekranowy Nikifor przemawia z ekranu z równą intensywnością co przez same prace, przypomniane przy okazji premiery na okazjonalnej wystawie.
Równolegle do projekcji konkursowych, pośród których nie pojawiły się ani żadne odkrycia, ani propozycje rewolucyjne dla polskiego kina, toczył się festiwal filmów niezależnych, wydobytych z "podziemia", czyli pracowni szkół filmowych lub prywatnych zasobów młodych reżyserów i realizatorów. Jury tego przeglądu świeżym okiem niedawnych debiutantów oceniało dokonania młodszych kolegów. Niestety także w tym konkursie trudno było znaleźć wybijające się przedsięwzięcia, pośród których najciekawszym okazała się Katatonia Jacka Nagłowskiego. Poruszony w filmie motyw poszukiwania przez młode pokolenie własnej drogi życiowej powracał także w innych tytułach prezentujących często ciekawe pomysły, rozwiązania formalne czy dobrze napisane i zagrane role. Szkoda jedynie, że wszystkie te elementy rzadko spotykały się w jednym filmie. Niemniej jednak wiele spośród wybranych do Gdyni obrazów budzi nadzieję, zwłaszcza jeśli przyjąć, że z czasem doświadczenie pozwoli autorom udoskonalić rzemiosło, a ze spontaniczności i emocjonalności wypowiedzi uczynią część autorskiego stylu.
Bez względu na ocenę tegorocznego festiwalu "offowego" nie ma wątpliwości co do jego roli w promowaniu młodego pokolenia twórców, którym w żaden inny sposób nie udałoby się zaistnieć poza zamkniętymi pokazami w klubach i na uczelniach ani w świadomości masowych odbiorców. Istnienie dwóch równoległych konkursów uświadamia, jak wielką nadzieję polskie kino pokłada w debiutantach, licząc, że pośród nich znajdzie ratunek na przeciętność tak mocno odczuwaną w tym roku. Czy zastrzyk świeżej krwi ożywi polską kinematografię? Przekonamy się w następnym sezonie, podczas jubileuszowego, 30. Festiwalu Filmów Polskich.
-----------------------
Autorka jest filmoznawczynią, adiunktem w Instytucie
Sztuk Audiowizualnych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.
|