Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Dżinsoland
Był wieczór na skraju wieku, niczyja jesień.
Pobłądziliśmy w snach, byliśmy winni.
Wiesław Kulikowski, Jesień na skraju
wieku, w Krynicy
Trudno mi sobie wyobrazić większą samotność niż samotność
książki albo gazety w rękach analfabety. Taką samotność może
tylko przebić samotność starych rodziców, rzuconych na żer
przytulnych korytarzy w polskich szpitalach. Albo samotność
kropki drążącej kartkę, z wypisanym na niej donosem, który
może się okazać wyrokiem śmierci, a końcowa kropka może się
wkrótce okazać dziurką, wydrążoną w czaszce. Ale jest jeszcze
samotność poety i jego wiersza, odczytywanego przed kilkoma
klasami, stłoczonymi w jednej sali w czasie obowiązkowych
zajęć pozalekcyjnych pod umowną nazwą "Spotkanie z poetą".
Dla podkreślenia stopnia tragizmu takiej sytuacji dodam, że
jest to młodzież polska, poczęta na styropianie i przez to
posiadająca genetycznie wmontowany krytycyzm. Jest także wyczulona
na piękno mowy ojczystej jak żadna inna młodzież świata. Takie
spotkanie poeta może zakończyć nawet w szpitalu, w stanie
przedzawałowym.
Przeżyłem coś podobnego niedawno w Mielcu. Na swoje szczęście
nie byłem fetowanym poetą, a jedynie skromnym współuczestnikiem
poetyckiej biesiady ku czci poety Wiesława Kulikowskiego.
Bezpiecznie usadowiony za plecami poety Janusza Szubera pisałem
pośpiesznie na poręcznym laptopie wiersz o poecie Wiesławie
Kulikowskim i już-już wydawało mi się, że uniknę zderzenia
z młodością, siedzącą w kucki na podłodze niczym Indianie
wokół ogniska, nad którym powieszą zaraz nasze skalpy, nawet
łyse, w celu zasuszenia - gdy poeta Józef Baran przekazał
mikrofon poetce Krystynie Lenkowskiej, poetka Lenkowska poecie
Szuberowi, a poeta Szuber mnie, mówiąc tubalnym głosem: "Podaj
dalej". Z uczuciem ulgi podałem sitko poecie Kulikowskiemu.
Poeta Kulikowski z pomiętej kartki odczytał wiersz o kartce.
Drżały mu ręce i głos jego niebezpiecznie zaczął wsiąkać w
gąbkę mikrofonu, zawisając na rozmarzonych rzęsach licealistek.
Pająk ciszy rozsnuwał nić zrozumienia, a może tylko litości
nad jego i naszą niewdzięczną rolą przymusowych krzewicieli
uroków poezji polskiej wśród młodzieży szkół średnich miasta
Mielca.
Skromny poeta, zawstydzony własną skromnością, miętosił ciepłe
minuty spełnienia. Tymczasem poza murami mieleckiego domu
kultury dogorywało lato w konwulsjach upalnego południa. Było
ciężko, powiem szczerze. Ciągnęło mnie i młodzież do całej
jaskrawości tego dnia, a tu wieczór poetycki w samo południe
pęczniał i owocował kolejnymi wierszami.
Zadanie mieliśmy pozornie proste: wybrać i przeczytać jeden
z wierszy poety oraz jakikolwiek własny. Łatwo powiedzieć,
gorzej z wykonaniem. Słuchając klejnotów ojczystej mowy, sypiących
się z charakterystycznym odgłosem na parkiet sali, wzrok mój
biegł znad klawiatury w kierunku nóg licealistek i nielicznych
licealistów. Zauważyłem bowiem, że przeważająca większość
z nich nosiła dżinsy.
Gdym potem wracał autobusem z Mielca do Krosna, zacząłem
liczyć nogi, a tym samym spodnie mijanych ludzi. W Dębicy
wyjąłem notes, by w nim stawiać kreski po stronie nóg odzianych
w dżinsy oraz obleczonych w każde inne materiały. W każdej
kolejno mijanej wiosce czy małym miasteczku moje wyliczenia
potwierdzały tylko obserwacje z poziomu podłogi na spotkaniu
w Mielcu. Jakkolwiek bym nie liczył, wychodził mi zawsze jeden,
epokowy moim skromnym zdaniem, rezultat: dwa razy więcej ludzi
w Polsce nosi dżinsy niż jakiekolwiek inne spodnioodzienie.
I choć obserwacji dokonałem w Polsce południowo-wschodniej,
tradycyjnie najbiedniejszej i najbardziej zacofanej cywilizacyjnie
części naszego pięknego kraju, myślę, że wyniki moich badań
można spokojnie zastosować w skali całej populacji - z pominięciem
okolic Sejmu oczywiście, odkąd zabrakło w nich Jacka Kuronia,
najbardziej zagorzałego krzewiciela zachodniego liberalizmu,
którego najbardziej widomym symbolem są właśnie dżinsy.
W Polsce modę na dżinsy oprócz Kuronia wprowadzali z powodzeniem
Edward Stachura oraz Krystyna Janda; w dżinsach widziano nawet
księdza Jankowskiego - w chwilach wolnych od zajęć, w czasie
których przywdziewa szaty liturgiczne. Za komuny dżinsy utożsamiano
z hipisowskim zepsuciem i kowbojską przemocą, malując w nich
Ronalda Reagana na plakatach stanu wojennego. Dziś wiemy,
że dżinsy nosi na wycieczkach, wzorem Papieża, nawet sam duchowy
ojciec odrodzonego z klęski brukselskiej narodu polskiego,
Andrzej Lepper. Kiedyś dżinsy były symbolem bitników, teraz
można śmiało powiedzieć, że stały się symbolem Polaków. Co
więcej, nie są już dżinsy obowiązkowym rynsztunkiem jedynie
młodzieży: noszą je starzy i młodzi, zdrowi i chorzy. A przodują
w dżinsomodzie, jak we wszystkim, kobiety polskie.
Dżinsowy mundurek liberałów odbija się jednak negatywnie
w nastawieniu młodych Polaków do służby wojskowej. Nie chcą
krzewić demokracji w Iraku oraz głośno wypowiadają się za
powszechnym i darmowym rozdawaniem narodowi pigułek antykoncepcyjnych,
na wzór Holandii. Gdy państwowa telewizja nadawała wielogodzinną
debatę nad antykoncepcją, Polsat emitował Speed. Bohaterowie
obu faktów medialnych nosili zbiorowo dżinsy - z wyłączeniem
dyskutantów od pigułki i wstrzemięźliwości seksualnej. Występowali
w szarych garniturach - obowiązkowym mundurku telewizji, wesel
i pogrzebów. Niedzielne msze święte też obfitują w garniturowych,
za sprawą nawyku do odświętnego wyglądu. Muszę przyznać, że
lubię chodzić do kościołów, by podziwiać czystych i pachnących
Polaków, w wyprasowanych spodniach; aby nie zmarnować kancika,
kładą sobie pod kolana specjalne poduszeczki lub chusteczki.
To też nowość, kiedyś podkładano Trybunę Ludu.
Kolejnym novum w niedzielnych zachowaniach rodaków jest zbiorowa
trzeźwość; pijacy albo już wymarli, albo odsypiają atrakcje
sobotniej nocy. Do jednej z nich należy, oczywiście, kino.
W związku z nim przez wiele dni na telewizyjnym ekranie pojawiała
się miła memu oku Maria Kornatowska w towarzystwie posiwiałego
i jakby nieco spuchniętego krytyka Raczka, komentując wydarzenia
gdyńskiego festiwalu polskich filmów. Z liczby reżyserów,
scenarzystów i aktorów, odzianych oczywiście w dżinsy, można
by wnosić, że kino polskie nie tylko nie dogorywa, ale ma
się coraz lepiej. Kłóci się to nieco z rzeczywistością. We
wszystkich kinach Warszawy wyświetlane są obecnie 2 (słownie:
DWA) polskie filmy. Reszta to produkcja hollywoodzkiego dżinsolandu
filmowego.
Jak tak dalej pójdzie, dżinsy zostaną ogłoszone narodowym
strojem Polaków. Powstanie kilka doktoratów na temat polskiego
twórcy dżinsów; kto wie, czy jego dziadek nie pochodził spod
Mielca. Niestety, nie miał na sobie dżinsów poeta Wiesław
Kulikowski w czasie mieleckiego spotkania. Wiersze, i owszem,
pisze piękne, ale nosi się niemodnie: jasny garnitur, schludna
koszula i krawat. Po prostu człowiek starej, dobrej, daty. |
|