PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 24 września 2004


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Dżinsoland

Był wieczór na skraju wieku, niczyja jesień.
Pobłądziliśmy w snach, byliśmy winni.

Wiesław Kulikowski, Jesień na skraju wieku, w Krynicy

Trudno mi sobie wyobrazić większą samotność niż samotność książki albo gazety w rękach analfabety. Taką samotność może tylko przebić samotność starych rodziców, rzuconych na żer przytulnych korytarzy w polskich szpitalach. Albo samotność kropki drążącej kartkę, z wypisanym na niej donosem, który może się okazać wyrokiem śmierci, a końcowa kropka może się wkrótce okazać dziurką, wydrążoną w czaszce. Ale jest jeszcze samotność poety i jego wiersza, odczytywanego przed kilkoma klasami, stłoczonymi w jednej sali w czasie obowiązkowych zajęć pozalekcyjnych pod umowną nazwą "Spotkanie z poetą". Dla podkreślenia stopnia tragizmu takiej sytuacji dodam, że jest to młodzież polska, poczęta na styropianie i przez to posiadająca genetycznie wmontowany krytycyzm. Jest także wyczulona na piękno mowy ojczystej jak żadna inna młodzież świata. Takie spotkanie poeta może zakończyć nawet w szpitalu, w stanie przedzawałowym.

Przeżyłem coś podobnego niedawno w Mielcu. Na swoje szczęście nie byłem fetowanym poetą, a jedynie skromnym współuczestnikiem poetyckiej biesiady ku czci poety Wiesława Kulikowskiego. Bezpiecznie usadowiony za plecami poety Janusza Szubera pisałem pośpiesznie na poręcznym laptopie wiersz o poecie Wiesławie Kulikowskim i już-już wydawało mi się, że uniknę zderzenia z młodością, siedzącą w kucki na podłodze niczym Indianie wokół ogniska, nad którym powieszą zaraz nasze skalpy, nawet łyse, w celu zasuszenia - gdy poeta Józef Baran przekazał mikrofon poetce Krystynie Lenkowskiej, poetka Lenkowska poecie Szuberowi, a poeta Szuber mnie, mówiąc tubalnym głosem: "Podaj dalej". Z uczuciem ulgi podałem sitko poecie Kulikowskiemu. Poeta Kulikowski z pomiętej kartki odczytał wiersz o kartce. Drżały mu ręce i głos jego niebezpiecznie zaczął wsiąkać w gąbkę mikrofonu, zawisając na rozmarzonych rzęsach licealistek. Pająk ciszy rozsnuwał nić zrozumienia, a może tylko litości nad jego i naszą niewdzięczną rolą przymusowych krzewicieli uroków poezji polskiej wśród młodzieży szkół średnich miasta Mielca.

Skromny poeta, zawstydzony własną skromnością, miętosił ciepłe minuty spełnienia. Tymczasem poza murami mieleckiego domu kultury dogorywało lato w konwulsjach upalnego południa. Było ciężko, powiem szczerze. Ciągnęło mnie i młodzież do całej jaskrawości tego dnia, a tu wieczór poetycki w samo południe pęczniał i owocował kolejnymi wierszami.

Zadanie mieliśmy pozornie proste: wybrać i przeczytać jeden z wierszy poety oraz jakikolwiek własny. Łatwo powiedzieć, gorzej z wykonaniem. Słuchając klejnotów ojczystej mowy, sypiących się z charakterystycznym odgłosem na parkiet sali, wzrok mój biegł znad klawiatury w kierunku nóg licealistek i nielicznych licealistów. Zauważyłem bowiem, że przeważająca większość z nich nosiła dżinsy.

Gdym potem wracał autobusem z Mielca do Krosna, zacząłem liczyć nogi, a tym samym spodnie mijanych ludzi. W Dębicy wyjąłem notes, by w nim stawiać kreski po stronie nóg odzianych w dżinsy oraz obleczonych w każde inne materiały. W każdej kolejno mijanej wiosce czy małym miasteczku moje wyliczenia potwierdzały tylko obserwacje z poziomu podłogi na spotkaniu w Mielcu. Jakkolwiek bym nie liczył, wychodził mi zawsze jeden, epokowy moim skromnym zdaniem, rezultat: dwa razy więcej ludzi w Polsce nosi dżinsy niż jakiekolwiek inne spodnioodzienie. I choć obserwacji dokonałem w Polsce południowo-wschodniej, tradycyjnie najbiedniejszej i najbardziej zacofanej cywilizacyjnie części naszego pięknego kraju, myślę, że wyniki moich badań można spokojnie zastosować w skali całej populacji - z pominięciem okolic Sejmu oczywiście, odkąd zabrakło w nich Jacka Kuronia, najbardziej zagorzałego krzewiciela zachodniego liberalizmu, którego najbardziej widomym symbolem są właśnie dżinsy.

W Polsce modę na dżinsy oprócz Kuronia wprowadzali z powodzeniem Edward Stachura oraz Krystyna Janda; w dżinsach widziano nawet księdza Jankowskiego - w chwilach wolnych od zajęć, w czasie których przywdziewa szaty liturgiczne. Za komuny dżinsy utożsamiano z hipisowskim zepsuciem i kowbojską przemocą, malując w nich Ronalda Reagana na plakatach stanu wojennego. Dziś wiemy, że dżinsy nosi na wycieczkach, wzorem Papieża, nawet sam duchowy ojciec odrodzonego z klęski brukselskiej narodu polskiego, Andrzej Lepper. Kiedyś dżinsy były symbolem bitników, teraz można śmiało powiedzieć, że stały się symbolem Polaków. Co więcej, nie są już dżinsy obowiązkowym rynsztunkiem jedynie młodzieży: noszą je starzy i młodzi, zdrowi i chorzy. A przodują w dżinsomodzie, jak we wszystkim, kobiety polskie.

Dżinsowy mundurek liberałów odbija się jednak negatywnie w nastawieniu młodych Polaków do służby wojskowej. Nie chcą krzewić demokracji w Iraku oraz głośno wypowiadają się za powszechnym i darmowym rozdawaniem narodowi pigułek antykoncepcyjnych, na wzór Holandii. Gdy państwowa telewizja nadawała wielogodzinną debatę nad antykoncepcją, Polsat emitował Speed. Bohaterowie obu faktów medialnych nosili zbiorowo dżinsy - z wyłączeniem dyskutantów od pigułki i wstrzemięźliwości seksualnej. Występowali w szarych garniturach - obowiązkowym mundurku telewizji, wesel i pogrzebów. Niedzielne msze święte też obfitują w garniturowych, za sprawą nawyku do odświętnego wyglądu. Muszę przyznać, że lubię chodzić do kościołów, by podziwiać czystych i pachnących Polaków, w wyprasowanych spodniach; aby nie zmarnować kancika, kładą sobie pod kolana specjalne poduszeczki lub chusteczki. To też nowość, kiedyś podkładano Trybunę Ludu.

Kolejnym novum w niedzielnych zachowaniach rodaków jest zbiorowa trzeźwość; pijacy albo już wymarli, albo odsypiają atrakcje sobotniej nocy. Do jednej z nich należy, oczywiście, kino. W związku z nim przez wiele dni na telewizyjnym ekranie pojawiała się miła memu oku Maria Kornatowska w towarzystwie posiwiałego i jakby nieco spuchniętego krytyka Raczka, komentując wydarzenia gdyńskiego festiwalu polskich filmów. Z liczby reżyserów, scenarzystów i aktorów, odzianych oczywiście w dżinsy, można by wnosić, że kino polskie nie tylko nie dogorywa, ale ma się coraz lepiej. Kłóci się to nieco z rzeczywistością. We wszystkich kinach Warszawy wyświetlane są obecnie 2 (słownie: DWA) polskie filmy. Reszta to produkcja hollywoodzkiego dżinsolandu filmowego.

Jak tak dalej pójdzie, dżinsy zostaną ogłoszone narodowym strojem Polaków. Powstanie kilka doktoratów na temat polskiego twórcy dżinsów; kto wie, czy jego dziadek nie pochodził spod Mielca. Niestety, nie miał na sobie dżinsów poeta Wiesław Kulikowski w czasie mieleckiego spotkania. Wiersze, i owszem, pisze piękne, ale nosi się niemodnie: jasny garnitur, schludna koszula i krawat. Po prostu człowiek starej, dobrej, daty.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail