PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 24 września 2004


Tylu ciekawych poetów...

Z profesorem Gyorgym Gomorim rozmawia Andrzej Józef Dąbrowski


Andrzej Józef Dąbrowski: - Cieszy się Pan opinią nie tylko znakomitego znawcy polskiej literatury, ale i wspaniałego gawędziarza o powojennych pisarzach. Czy nie sądzi Pan, że warto byłoby wydać te gawędy w formie książkowej?

Prof. Gorgy Gomori: - Niewykluczone, że powstanie i książka. Dotychczas ukazały się w paryskiej Kulturze wspomnienia o kilku poetach. Warszawska Twórczość wydrukowała wspomnienia o Gałczyńskim. Być może w miesięczniku ląsk, wydawanym w Katowicach, ukaże się moja korespondencja z Wiktorem Woroszylskim. Chciałbym opublikować również korespondencję ze Zbigniewem Herbertem.

- Czy Pana studia o poezji polskiej i węgierskiej ukazały się po angielsku?

- Cztery lata temu wyszła książka Magnetic Poles, czyli Magiczni Polacy, wydana nakładem Polskiej Fundacji Kulturalnej w Londynie. Są tam m.in. eseje o Herbercie, Miłoszu, Tuwimie i nowej fali poetyckiej. Porównuję w nich György Petriego, znakomitego węgierskiego poetę, z Polakami tworzącymi ową nową falę. Na Węgrzech był on jedynym poetą politycznym. Szkoda, że ta książka jest mało znana w Ameryce.

- Spędził Pan w Anglii większość życia, mimo to wydaje się, że poezja polska miała większy wpływ na Pana twórczość niż angielska.

- Tak, zdecydowanie tak. Nie wiem, czy jest w powojennej Europie drugi taki kraj, który miałby tylu ciekawych poetów.

- Co skłoniło Pana do zajęcia się literaturą polską zawodowo?

- Właśnie powojenna poezja i kontakty z poetami, począwszy od Tadeusza Różewicza.

- Kiedy zaczął się Pan uczyć polskiego?

W wieku 17 lat. Poznałem nad Balatonem grupę architektów z Warszawy, którym brakowało zawodnika do gry w siatkówkę. Nawiązały się między nami więzy tak sympatyczne, że zagrałem z nimi przeciwko drużynie węgierskiej. Oprócz siatkarzy wśród Polaków była pewna pani, która bardzo mi się spodobała... Nie znała niestety węgierskiego, więc zacząłem poznawać pierwsze słowa polskie, by się z nią jakoś porozumieć. Traf chciał, że wkrótce rozpoczęto w Instytucie Polskim w Budapeszcie kursy języka polskiego, zatem się na nie zapisałem. Później otrzymałem trzymiesięczne stypendium na kontynuowanie nauki w Polsce. W 1953 roku zacząłem studiować w Budapeszcie hungarystykę. Oprócz specjalizacji z gramatyki i literatury trzeba było też mieć zdany egzamin z jakiejś dyscypliny pokrewnej. Koledzy najczęściej wybierali historię, ja natomiast zgłosiłem chęć studiowania języka polskiego. Uniwersytet musiał w tym celu zatrudnić lektora, sprowadzonego z Krakowa, bowiem przede mną nikt się tam tego języka nie uczył. Można zatem powiedzieć, że z mojego powodu powstała polonistyka na Uniwersytecie Budapeszteńskim. Kiedy wyjechałem z Węgier, znałem już nieźle polski.

- Wyjechał Pan w 1956 roku?

- Tak. Byłem wówczas na czwartym roku. Musiałem wyjechać, ponieważ podczas pamiętnych walk na Węgrzech zorganizowałem manifestację studentów. Współredagowałem też pismo studenckie o charakterze rewolucyjnym. Moje nazwisko było na tyle znane, że gdybym został w kraju, dostałbym od 7 do 8 lat więzienia. Na szczęście udało mi się przekroczyć granicę z Austrią.

- Nie było to chyba łatwe...

- Rosjanie przy niej mieli już swoje czołgi, ale na szczęście w niektórych miejscach udawało się przejść. Do Austrii przedostało się ponad 200 tysięcy Węgrów.

- Co było potem?

- W Wiedniu poznałem grupę profesorów z Oksfordu, wyłuskujących najzdolniejszych studentów, którym umożliwiali dalsze studia na Oxford University. Znalazłem się w pierwszej grupie wybrańców. Traf chciał, że szefem komitetu kwalifikującego był Max Hayward, wielki angielski rusycysta i tłumacz, który przełożył m.in. Doktora Żywago. On właśnie wziął mnie pod swoje skrzydła. Mimo że wykładał w Oksfordzie literaturę rosyjską i studiowali u niego ciekawi Rosjanie, ja pozostałem wierny literaturze polskiej. Zdałem z niej egzamin w Londynie u profesora Jerzego Pietrkiewicza. Było to w 1958 roku. Potem napisałem dysertację Polish and Hungarian Poetry 1955-56, wydaną przez Oxford University Press.

- Literatura węgierska i polska nie były jedynymi obszarami Pana badań.

- Było jeszcze interludium, czyli wyprawa do Indonezji w celu poznania tamtejszej kultury i języka. Umożliwiła mi ją Fundacja Paderewskiego.

- Kiedy wrócił Pan do literatury polskiej?

- W 1963 roku, kiedy objąłem stanowisko wykładowcy na Berkeley University w Kalifornii. Chciałem tam jechać ze względu na Czesława Miłosza, którego pragnąłem poznać. Był on moim poetyckim guru. Zastępowałem go podczas jego pobytu we Francji. Mogłem na Berkeley zostać dłużej, ale zniechęciły mnie intrygi pewnej polskiej uczonej, która odsuwała mnie od prowadzenia wykładów, zlecając uczenie gramatyki. Nie uważałem za stosowne, żeby Węgier uczył Amerykanów gramatyki języka, który nie był jego językiem ojczystym. Był to najgorszy okres w moim życiu. Niemniej chwalę sobie bardzo kontakty z Miłoszem. On zarekomendował mnie profesorowi Wiktorowi Weintraubowi, szukającemu kogoś, kto napisałby książkę o Norwidzie dla wydawnictwa Twayne.

- Karkołomne zadanie.

- Ale wykonałem je. Monografia ta ukazała się w 1974 roku. Dzieła Norwida wraz z ich opracowaniami studiowałem w bibliotece Harvard University, na którym byłem zatrudniony jako badacz literatury. Po powrocie do Europy pracowałem na Wolnym Uniwersytecie Berlińskim, a od 1969 roku byłem wykładowcą literatury polskiej w Cambridge. Tam spędziłem 32 lata.

- Domyślam się, że musiał Pan wykładać od postaw, bowiem w Anglii literatura ta jest nieznana.

- Niestety, muszę to potwierdzić, niewiele osób ma o niej pojęcie. Nieznana jest nie tylko literatura, ale także polska kultura, nie mówiąc już o tle historycznym. Kiedy Witold Gombrowicz dostał w 1967 r. we Francji Prix Formentor (Prix Internationale de Litterature) za Kosmos, zadzwonili do mnie do Berlina wydawcy Timesa z pytaniem, kim jest ten Gombrowicz. Kiedy im wyjaśniłem, zamówili u mnie artykuł o nim. Bardziej znany był Sławomir Mrożek, po którego sięgały czasem teatry angielskie i amerykańskie. Po angielskiej prapremierze Tanga nikt nie wiedział, o co w tej sztuce chodzi. Dopiero Martin Esslin, znakomity znawca teatru absurdu, także Węgier z pochodzenia, wytłumaczył Anglikom myśl Mrożka na łamach Daily Telegraph.

- Czy zmieniło się coś po 1989 roku?

- Niewiele. Kiedy Polacy starali się o wejście do NATO, Douglas Hurt z ministerstwa spraw zagranicznych obawiał się reakcji Rosji, twierdząc, że jej granica z Polską przebiega na linii Wisły! Powiedział to w telewizji w programie uchodzącym za najlepszy. Niemniej można zanotować pewne zmiany na lepsze. Trochę interesują się Polską katolicy, ze względu na osobę Papieża; ukazał się przekład jego dramatów. Tłumaczony jest Miłosz. Donald Dawie, Anglik pracujący w Stanach Zjednoczonych, napisał o nim ciekawą książkę. Dawie zauważył, że polscy poeci mają doświadczenie historyczne, z którym nie mogą współzawodniczyć poeci angielscy czy amerykańscy. Nieźle znany jest Herbert. Tłumaczył go Seamus Heaney wespół ze Stanisławem Barańczakiem. Heaney tłumaczył również Kochanowskiego. Nieznany jest dalej Gombrowicz, w każdym razie nie tak, jak we Francji czy Niemczech.

- A Sienkiewicz jako kontynuator powieści walterscottowskiej?

- Bardziej znane jest jego nazwisko z listy laureatów Nagrody Nobla niż któraś z książek. Nawet ci, którzy czytali Quo vadis, nie wiedzą, że Sienkiewicz był Polakiem.

- Czy istnieje w Anglii polonistyka jako dyscyplina niezależna od slawistyki?

- Polonistyczny dyplom można uzyskać na uniwersytetach w Londynie i w Glasgow, na pozostałych uczelniach trzeba studiować slawistykę.

- Czy udało się Panu wykształcić swoich następców?

- Niestety, nie dorobiłem się polonistów, poza jednym, który był wykładowcą w Glasgow. Pech chciał, że wcześnie umarł. Nie jestem dobrym mistrzem, nie mam własnej szkoły badawczej.

- Czy jest w Anglii tłumacz, który zawodowo zajmowałby się przekładami z literatury polskiej?

- Nie ma. Po Jerzym Pietrkiewiczu i Bolesławie Mazurze nie widać nikogo na horyzoncie. Nowi tłumacze pojawiają się z przypadku. Studia polonistyczne kształcą znawców języka, literatury i kultury, nie kształcą jednak tłumaczy. Nie zapominajmy też, że nie każdy, kto dobrze zna język polski, może być tłumaczem literatury.

- Który z polskich pisarzy miałby jednak szansę zainteresować czytelnika angielskiego?

- To trudne pytanie. Nie wiem, czy umieliby na nie odpowiedzieć nawet znawcy rynku wydawniczego. Nigdy nie wiadomo, co chwyci. Nie umiem wskazać w tej chwili w Polsce literackiego pewniaka na angielskim gruncie. Z młodych może Magdalena Tulli, może Andrzej Stasiuk?... Z twórców dawniejszych może Bruno Schulz. Teatry brytyjskie grają jego Ulicę krokodyli. Nie pojmuję, dlaczego nie chwycił Witkacy, przecież to bardzo ciekawy i oryginalny twórca, grany z powodzeniem w USA w latach 70. i 80. Na pocieszenie mogę przypomnieć, że w 1992 roku ukazała się The Faber Book of European Poetry. Znajduje się w niej dwóch Francuzów, trzech, może czterech Rosjan, czterech Węgrów i sześciu Polaków. Dzisiaj widziałem w księgarni Barnes&Noble antologię wierszy miłosnych z całego świata. Jest w niej Szymborska, nie ma natomiast żadnego Węgra. Zatem będąc Polakiem nie narzekałbym, że jesteśmy tacy niedoceniani.

- Czy Węgrzy też na to narzekają?

- Cały czas, nawet bardziej niż Polacy. Zresztą im jest trudniej, bo są mniej licznym narodem. Ostatnio jednak można mówić o pewnej modzie na węgierską prozę. Sąndor Mąrai jest wydawany w dużych nakładach, duże nakłady mają też Péter Esterhązy i Péter Nądas. Nagroda Nobla spowodowała wzrost zainteresowania książkami Imre Kertésza.

- Czy Pana zdaniem Węgrzy lepiej rozumieją polską literaturę niż czytelnicy na Zachodzie?

- Zdecydowanie tak. Dobrym przykładem może być twórczość Gombrowicza, zainspirował on przynajmniej czterech węgierskich pisarzy, wśród których są wspomniani Esterhązy i Nądas. Niemniej nie można mówić, że literatura polska jest jakoś szczególnie popularna na Węgrzech, nawet poezja.

- Czy ukazały się tam Pańskie tłumaczenia polskich poetów?

- W roku 1998 wyszedł zbiór wierszy Herberta. Dwa lata temu ukazało się moje tłumaczenie wierszy Miłosza. Niestety, nie było o nim ani jednej wzmianki w prasie węgierskiej.

- Czy na Węgrzech przetrwał mit o szczególnie bliskiej przyjaźni polsko-węgierskiej?

- Dzisiejsza młodzież w niewielkim stopniu interesuje się historią, trudno jest więc mówić o podtrzymywaniu mitów. Przyjaźń polsko-węgierską wspomina się, kiedy jest mowa o Wiośnie Ludów. Szczególnie czczona jest postać generała Józefa Bema. Sam napisałem wiersz pt. Ostatnie słowa generała Bema i uważam go za jeden z moich ważniejszych utworów.

- Czy dostrzega Pan jakąś cechę wspólną dla obu naszych kultur?

- Raczej należałby mówić o różnicach, począwszy od różnic religijnych. Wprawdzie 65 procent Węgrów to katolicy, ale katolicy wywodzący się z tradycji habsburgskiej, zatem nie ma, tak jak w przypadku Polski, szczególnego związku między wiarą katolicką a patriotyzmem. Na Węgrzech ruch niepodległościowy był dziełem protestantów. Jest to również kraj, gdzie przeżyła wspólnota żydowska. Dziś żyje tam 80 tysięcy wyznawców judaizmu. Węgry są bardziej zróżnicowane kulturowo niż Polska.

- Kogo ze współczesnych pisarzy węgierskich stawia Pan najwyżej?

- Pétera Nądasa. Jest to pisarz na miarę Tomasza Manna.

- Porusza się Pan swobodnie na obszarze trzech kultur - węgierskiej, polskiej i angielskiej, publikuje Pan również w trzech językach, nie sposób zatem nie zadać pytania. do kogo najbardziej przemawiają Pańskie wiersze?

- Do Węgrów. W Anglii jestem bardziej znany jako tłumacz, w Polsce jako znawca i tłumacz polskiej poezji współczesnej.

- Dziękuję za rozmowę.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail