PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 17 września 2004


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Król popołudnia

W sobotę 11 września wybrałem się z chorą kotką do weterynarza. Gdym czekał u drzwi jego na przyjęcie, podszedł do mnie jegomość na oko czterdziestoletni, odziany w brudną kurtkę i wytłuszczone dżinsy, objuczony plecakiem i śpiworem sterczącym nad zmierzwioną i niemytą chyba od tygodni czupryną. Na pierwszy rzut oka wyglądał na bezdomnego doktora filologii, zredukowanego profesora filozofii lub zakonnika, który nie uniósł ciężaru pokuty, dlatego dźwiga teraz krzyż doczesności na własnych plecach. Ręce miał zajęte dwiema reklamówkami - jak nazywają w Polsce przeźroczyste torby sklepowe, reklamujące zawartość portfela ich posiadaczy. Reklamówki włóczęgi reklamowały stare i nowe książki z polskich księgarń. Wyraźnie przebijała okładka Królowej południa Arturo Pereza-Reverte, autora powieści Klub Dumas, na podstawie której Roman Polański nakręcił Dziewiąte wrota. Posiadacz tej drogocennej pozycji wygłosił tę oto mowę: "Najmocniej pana przepraszam, że ośmielam się zakłócać spokój pięknego popołudnia. Widzę, że kotek chory. Współczuję, gdyż sam przeżyłem niedawno chorobę i utratę ukochanego przyjaciela wilczura, którego musiałem oddać weterynarzowi w zamian za uratowanie mu życia. Był to piękny, rasowy pies, ale co zrobić, homo homini lupus est... Czy byłby pan tak wspaniałomyślny i obdarował mnie trzydziestoma groszami? Tyle mi brakuje do zakupu bułki w pobliskim sklepiku".

Przypomniał mi się młodzieniec z ulicy Floriańskiej w Krakowie, paradujący z napisem: "Nie żebram. Zbieram na wino". Mój złotousty biedak chyba nie był alkoholikiem, a jedynie nałogowym pożeraczem lektur, przez co najpewniej stracił majątek i rodzinę. Dałem mu skromną jałmużnę. Żebraka nie należy rozpieszczać, nawet gdy jest "doktorem filologii rumuńskiej, hobby: ekonomia". Tak się przedstawił. I chcąc bardziej uwiarygodnić swą przynależność do elit, zaczął mi streszczać książkę Samuela Langhorne'a Clemensa. Gdy nieśmiało zapytałem, kto zacz, spojrzał na mnie karcąco, po czym wyjaśnił, że to prawdziwe nazwisko Marka Twaina. Powiesił to zdanie na wielkim haku zapytania, z którego sam się zdjąłem popisem znajomości tytułów: Przygody Hucka, Królewicz i żebrak... Recytując ostatni czułem, jak gryzę się w język.

Żebrak znów spojrzał na mnie surowo i zapytał, czy wiem, że żebranina zbliża do Boga? Poczułem się jak student na egzaminie i zaszarżowałem tytułem książki Pochwała żebractwa. Z cieniem uznania powiedział na to: "Widzę, że nie omieszkał pan zapoznać się z dorobkiem współczesnej prozy rumuńskiej", ale dla jasności dodał, że autor, Matei Calinescu, jest także znakomitym poetą. Nie zdążyłem zapytać o tytuły tomików, gdyż od weterynarza wyszedł pan z wilczurem. Już z okien gabinetu obserwowałem, pies łasił się do nóg doktora od żebractwa.

Gdy pisałem poprzednie zdanie, do mojej werandy zmierzał jakiś chłopak, objuczony torbą podróżną, z płócienną torebką niesioną w prawej ręce i odtwarzaczem płyt kompaktowych w lewej. Okazało się, że na imię ma Tomek i lat niespełna 13, pochodzi z Rymanowa, a chodzi po moim mieście zbierając jedzenie "i co kto da" - w celu wyżywienia siebie i babci, z którą ponoć mieszka. Tomek łgał jak najęty, ale robił to z dużym talentem. Poza tym był schludnie ubrany i grzeczny. Zachwycił się moim laptopem oraz czujnie zapytał, "ile to kosztuje". Już dawno zauważyłem, że spotkanie z czymś ładnym a niedostępnym ludzie równoważą pytaniem o cenę owego cacka. Dałem Tomkowi 4 złote "na bilet to Rymanowa" - i przypomniała mi się starsza pani w cholewach, ze słuchawkami na uszach i plastikowym pojemnikiem na wodę, spotkana przed tygodniem na leśnym szlaku w połowie drogi między Rymanowem a Iwoniczem. Podała mi swoją receptę na przetrwanie: "Zanim dojdę do jednego uzdrowiska, uzbieram do pełna. Sprzedam wczasowiczom, zjem coś i ruszam w drogę powrotną. Znowu uzbieram, sprzedam. Chodzę tak za runem od 15 lat". Wystawiła synowi dom, teraz buduje córce.

Pisząc powyższe zauważyłem, że ku werandzie idzie ładna, młoda kobieta z małą dziewczynką. Niebieskooka Justyna okazała się na szczęście wysłanniczką pobliskiej siedziby świadków Jehowy, a nie bezdomną matką. Krok w krok za tą parą podążała Halinka, moja szkolna koleżanka, wraz z towarzyszem jej życia, trudniącym się zbieractwem złomu, szukająca pieczarek w moim ogrodzie. Pomyślałem, że sobotę, 11 września, ogłoszono chyba w Polsce dniem dobroczynności. Kalendarz jedynie informuje, że "urodzeni 11 września to ludzie prawi, uczynni i wspaniałomyślni. Potrafią poświęcać się dla swego otoczenia i gorliwie pracować dla dobra innych".

Pamiętny 11 września miał mnie utwierdzić w przekonaniu, jak głęboko przejrzał naturę człowieka stryj mojej babki Cecylii, ks. Józef Tuszowski, pisząc w Egzortach domowych (Kraków, 1929 r.), że "ludzie lekkomyślni i powierzchowni wydają fałszywy sąd o dobroci: poczytują takową za przymiot charakterów słabych, miękkich, lękliwych, za przymiot tych, co na większe cnoty zdobyć się nie są zdolni". Poprzedniego wieczora widziałem w telewizji Jolantę Kwaśniewską tłumaczącą Monice Olejnik, czym jest pokora i skromność. Kontekstem było przyjęcie przez panią Kwaśniewską darowizny od Orlenu na rzecz jej fundacji. Pojąłem fenomen pani prezydentowej: stara się być okiem ślepemu, nogą chromemu, a nade wszystko tarczą ochronną mężowi. Wszystko można o niej powiedzieć, poza tym, że jej dobroć wypływa ze słabości i miękkości charakteru. Zjednuje sobie polskie serca i czyni to z dawką słodyczy większą niż ta w wieczornej emisji Czekolady, puszczonej w TVP też 11 września. "Bo dobroć bez słodyczy jak łodyga bez kwiatu, pozbawiona wdzięku i woni" - pouczał ks. Tuszowski. Tymczasem pozbawiona wdzięku Monika Olejnik węszy wszędzie łapówki. Niegodziwość. I podstęp. Telewizja Polska znalazła sposób na oglądalność - bierze podstępem widzów i w połowie prognozy pogody puszcza program Olejnik, by po 10 minutach kłótni dymiących nienawiścią telewizyjnych łbów, powrócić, jakby nigdy nic, do pogodynki.

Chmurna i groźna jak burza gradowa Olejnik stanowi doskonałą ilustrację - z jednej strony sytuacji barycznej, a z drugiej politycznej, panującej w Polsce. Szaleństwo i oszustwo, żebractwo i cwaniactwo, pokora i pazerność - poplątało się to wszystko, pospiekało w zapiekłości polskiej. Domy otoczone już nie płotkami czy siatkami, ale murami, a za murami psy obronne i wściekli, ujadający na siebie ludzie. Polityka szalbiercza, elity pieniądza, czyli elitarne mafie, politycy, prokuratorzy i policjanci związani z przestępcami strachem i interesem jak ślubnym wianem, no i bierny naród zabawiany w Lidzbarku Warmińskim pod niemieckim zamkiem dowcipami o remisie w bitwie pod Grunwaldem i koniecznością powtórki, czyli remake'u. Remake Dziewiątych wrót Polańskiego, czyli 11 września po polsku.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail