PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 17 września 2004


ANDRZEJ ZAWADA

Zapiski z marginesu

Tłumacze kultur


Środa - Kapuściński

Rano usłyszałem w radiu strzęp rozmowy z Ryszardem Kapuścińskim. Mówił o roli reportażu jako "tłumacza kultur"; to ulubiona idea tego autora. Pisarz - bo skuteczny reportaż musi być literaturą - powiedział, że ludzie oczekują przede wszystkim relacji świadka. To tłumaczy wielkie powodzenie dzienników, pamiętników, autobiografii, biografii... Ta motywacja popycha mnie do pisania Książki adresowej. Nie chcę pisać o sobie, ale o konkretnych adresach świata. Jednak widzieć je nie oczyma turysty, lecz mieszkańca. Zresztą nigdy nie lubiłem być turystą, podróżować, zwiedzać, fotografować, poświadczać kartkami pocztowymi wysyłanymi do znajomych. W nowym miejscu zawsze chciałem zamieszkać nie w hotelu, a w mieszkaniu, takim jak wszyscy dokoła, poznać sąsiadów, żyć tak jak oni - chodzić do tego samego sklepu i na tę samą pocztę, zajrzeć do ich kościoła, rzucać chleb ich kaczkom na stawie w ich parku, jeździć rowerem ich ścieżkami. Wsłuchać się w ich język, spróbować przeczytać ich ulubioną książkę.

wiatu, oczywiście, niezbędni są tłumacze kultur. Ci, którzy objaśnią Europie Afrykę, Afryce Europę, Ameryce Bliski Wschód. Herosi porozumienia i zrozumienia, którzy wytłumaczą chrześcijanom islam, muzułmanom świecką cywilizację Zachodu. Ale potrzebni są także tłumacze lokalni. Nie tylko w obrębie jednego kontynentu, gdzie Francuz nic nie wie o Polsce, Polak nie rozumie Ukraińca, Niemiec Wessi gardzi Niemcem Ossi, a Serb chciałby zabić Albańczyka. Tłumacze lokalni mają zapas pilnej pracy na całe wieki. W Polsce trzeba objaśnić poznaniakom Górny ląsk, Warszawie uświadomić, że Dolny ląsk nie jest zagranicą. Trzeba przełożyć na dzisiejsze pojęcia złożone dziedzictwo historyczne Warmii i Mazur, mieszkańcom Szczecina uświadomić przeszłość ich miejsca, mieszkańcom Gdańska ułatwić czytanie łamiących narodowościowe stereotypy dziejów miasta etc. etc.

wiat się ścieśnił, zmalał, zagęścił. Stał się globalną wioską, w tym przynajmniej znaczeniu, że w każdej chwili wiemy, co się w naszej wsi dzieje. Ale życie w wiosce jest możliwe dlatego, że nie ma i nie może tu być podziału na "swoich" i "obcych". Wszyscy się dobrze znają i wiedzą, kto co potrafi, w czym czyja siła, a w czym słabość, czego się po kim spodziewać i na kogo można liczyć. Mimo wszystkich sprzeczności solidarność wspólnoty okazuje się najsilniejsza. Dopóki w skali globu nie zadziała podobny mechanizm zmniejszania napięć i zapobiegania konfliktom, dopóty świat globalną wioską naprawdę nie będzie.

Wydaje się więc właściwie niemożliwe, żeby takie bliskie relacje przenieść na naszą wioskę Ziemię. Jednak pilnie i coraz powszechniej trzeba się o to starać i do tego dążyć. W każdej skali, od najmniejszej do największej, od poziomu podwórka do poziomu cywilizacji, trzeba myśleć o przekraczaniu podziału na swoich i obcych. Czy więc nie starczy pracy dla każdego, kto zechce i potrafi być "tłumaczem kultur"?

Czwartek - Kuroń

Nad ranem umarł Jacek Kuroń. Polityczna legenda mojej młodości. Symboliczne nazwisko dla oporu wobec PRL. Więzień polityczny epoki małej stabilizacji. Hasło sprzeciwu, brzmiące jak bojowy okrzyk powstańców. Ostatni romantyk XX wieku. I ostatni pozytywista XX wieku.

Lech Wałęsa powiedział w radiu, że Kuroń był lewicowym działaczem, który dramatycznie rozmijał się z epokami. Najpierw chciał naprawiać zepsuty mechanizm socjalizmu. Po 1989 roku próbował łagodzić bezwzględność wolnego rynku, ale nie zdołał skutecznie korygować brutalności epoki populizmu i pragmatyzmu.

Po 1989 roku, który przyszedł w wielkiej mierze dzięki twardości i cierpieniu Jacka Kuronia, i dzięki jego spokojnemu rozumowi politycznemu, z romantycznego powstańca przeobraził się w pracowitego pozytywistę. Żal było patrzeć, jak ta nowa, III Rzeczpospolita, której naprawdę oddał swoje życie, spycha go na margines. Jak z męża stanu i wizjonera chce uczynić pracownika socjalnego, zabieganego opiekuna słabych.

A teraz nie ma Kuronia. Odszedł jeden z ostatnich polskich inteligentów, którzy rozumieli, co to jest społeczeństwo.

Wyjąłem z półki świetną książkę, która wyszła w 1995 roku jako trzecia z kolei w zwracającej wtedy uwagę serii "A to Polska właśnie". Książka ma tytuł PRL dla początkujących, a napisał ją Jacek Kuroń we współpracy z Jackiem Żakowskim. Zamykają ją słowa, w których dzisiaj nie sposób nie widzieć testamentu wielkiego, nie instytucjonalnego polityka, który stał się praktykującym myślicielem, filozofem zamieniającym myśl w działanie:

"Dziś świat stanął wobec największego w dziejach, olbrzymiego kryzysu. Kryzysu, który nazwałbym brakiem religii, brakiem wielkich ideałów, które by go spajały. I świat musi sprostać temu gigantycznemu wyzwaniu, którym stać się musi walka o wyrównanie szans biednych i bogatych. Wielka walka, na miarę tej, jaka toczyła się między światem kapitalistycznym i komunistycznym".

Próbując rozpoznać sedno pracy Jacka Kuronia, dochodzę do wniosku, że on także był takim, jak mówi Ryszard Kapuściński - "tłumaczem kultur". Usiłował pomóc zamożnym i silnym w dostrzeżeniu i rozumieniu biednych i słabych. Z kolei tym drugim pomagał odnajdywać zasypane w nich samych źródła siły i godności. Kapuściński poznał wszystkie zakamarki świata, Kuroń dobrze znał zakamarki kamienic i podwórzy w dzielnicach polskiego proletariatu. Z tych dwu nieustających, niebezpiecznych, jednakowo egzotycznych podróży obydwaj wędrowcy przynosili jedną i tę samą wiedzę. Bez zniwelowania bolesnych różnic, bez wzajemnego zrozumienia się, zginiemy wszyscy.

Niedziela - znowu Niemcy

60. rocznica rozpoczęcia powstania warszawskiego dała wiele okazji do historycznych i politycznych bilansów. Tak zwani wypędzeni do obrzydzenia powtarzają liczmany o swojej krzywdzie.

Aż ktoś wpadł na pomysł, żeby odparować uderzenie ich własną bronią. Słyszałem rano w radiu, że w jednej z gazet obliczono, ile musiałoby wynosić niemieckie odszkodowanie za zburzenie Warszawy, za zniszczenia od września 1939 r., za powstanie warszawskie, za śmierć i kalectwo setek tysięcy. Nikt takiego odszkodowania oczywiście nie zażąda, ale podoba mi się ten sposób argumentacji. Skoro Niemcy chcą, żeby im zapłacić za wypędzenia, niech zapłacą za szkody wyrządzone podczas II wojny światowej. Byłoby też interesującym zadaniem myślowym przełożyć na sumy pieniężne zmiany polityczne i społeczne spowodowane przez tę wojnę. W ten sposób można byłoby od Niemiec zażądać odszkodowania za powojenny los Europy, a może i świata. Może to dotarłoby do nieczynnej świadomości niektórych ich obywateli.

Ja na przykład mógłbym wystąpić z roszczeniem rekompensaty za to, że z powodu wywołanej przez Niemcy wojny moi rodzice nie mogli się dalej kształcić i przez to po wojnie znaleźli się w gorszej sytuacji. Za to, że ojciec ponad dwa lata siedział w obozach koncentracyjnych i nigdy nie był już potem w pełni zdrowym człowiekiem. Za to, że dziadek nie wybudował domu, ponieważ wszystkie oszczędności poszły na łapówki dla Niemców, którzy chcieli jego także aresztować. Za to, że siostra mojej mamy zmarła na wyrostek robaczkowy, ponieważ z powodu niemieckiej okupacji nie działała służba zdrowia. Za to, że na skutek pobytu w Auschwitz zmarł wkrótce po wojnie brat mojej babci i w ten sposób miałem mniej krewnych. Za to, że jeden z moich wujów, Kaszub, został wcielony do Wehrmachtu i też mógł zginąć albo być zmuszonym do akcji przeciw Polakom i własnemu sumieniu. Na szczęście potrafił zdezerterować. Za to, że po wojnie mieszkaliśmy w bardzo trudnych warunkach, bo 2 września 1939 r. niemieckie lotnictwo obróciło w gruzy siedemdziesiąt procent mojego rodzinnego miasta. I tak dalej, i tak dalej. Włącznie z argumentem, że na skutek niemieckiej agresji dostaliśmy się pod sowiecką okupację, w której musieliśmy prowadzić skrępowane, a więc w jakimś sensie zmarnowane życie przez czterdzieści pięć lat.

Niemieccy adwokaci potrafiliby oddalić większość tych żądań, prawdopodobnie wszystkie. Losy świata i los każdego z nas zależą od jeszcze większej i bardziej splątanej wiązki czynników niż jedna totalna i globalna wojna. A ja nie udowodnię, jakie byłoby moje życie, gdyby nie zaszło to, co zaszło. Ale ci Niemcy, teraz starający się, by sobie i innym wmówić, iż są ofiarami wojny, takimi samymi jak Żydzi i Polacy, powinni dowiedzieć się, że błądzą. I należy im również przypominać, że ilekroć błądzili w przeszłości, tylekroć sprowadzali na innych, choć przy okazji na siebie też, cierpienia. Przykro to mówić, ale nie wszyscy oni są z gatunku tych błędnych rycerzy, co walczą wyłącznie z wiatrakami.

Coraz głośniejsi są w Niemczech nie "tłumacze kultur", ale rewanżyści, słowni konkwistadorzy, neurotycznie prostujący karki, we własnym mniemaniu zgięte ponad miarę czasu i cierpliwości.

Sobota - smutno

Około 12:30 zatelefonował redaktor M. z Radia Wrocław, z wiadomością, że właśnie agencje podały, iż umarł Czesław Miłosz. Wiedziałem, że należy się tego spodziewać, ale nie wierzyłem. Odszedł wielki, chyba drugi po Papieżu Wojtyle, mistrz polskiej duchowości. Dla mnie największy autorytet pisarski. Ogromnie mi smutno. Strasznie pustoszeje Polska, odchodzą autorytety: Jerzy Turowicz, Jerzy Giedroyc, ks. Józef Tischner, Jacek Kuroń, teraz Miłosz... Kto pilnować będzie miar i wag, u kogo będziemy szukać mądrości?

Dębniki, 24 sierpnia 2004 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail