PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 10 września 2004


TERESA HALIKOWSKA-SMITH

Czy koniec literatury "małych ojczyzn"?

Casus:
szkoła gdańska


31 sierpnia minęła kolejna rocznica porozumień gdańskich, które utorowały drogę do powstania III Rzeczypospolitej. Ale w mieście, które jest postrzegane w świecie jako kolebka Solidarności i stało się dla milionów synonimem zwycięstwa nad komunistycznym totalitaryzmem, kolejna rocznica Sierpnia nie przyciągnęła tłumów na plac Solidarności czy też pod sławną II Bramę stoczni, na którą skierowane były w owym dramatycznym czasie kamery wszystkich stacji telewizyjnych świata. U stóp pomnika Stoczniowców w Gdańsku, upamiętniającego historyczne wydarzenia Sierpnia 1980 r., w rocznicowe dni w ostatnich latach pojawiała się zaledwie garść osób ze sfer oficjalnych i stosunkowo skromne delegacje organizacji związkowych.

Dziś niewielu współczesnych gdańszczan - argumentuje w przenikliwym eseju Gdańsk: nowa tożsamość opublikowanym dwa lata temu w gdańskim kwartalniku Tytuł Stefan Chwin, wybitny pisarz stąd się wywodzący- utożsamia się z historią, której symbolem stała się Solidarność.

Czy epokowe wydarzenia, których pominąć już nie może żadna encyklopedia historyczna XX wieku, są jeszcze zbyt niedawną przeszłością, aby stać się czymś w rodzaju "mitu założycielskiego" tego miasta? Czy legenda Sierpnia i jej bohaterów, której ikoniczne momenty zarejestrowane na taśmach wszystkich stacji telewizyjnych świata - Walesa przeskakujący mur stoczni czy też podpisujący historyczne umowy gigantycznym długopisem - i które musiały zapaść na zawsze w pamięć uczestnikom tych wydarzeń to za mało, aby stworzyć mocny lokalny mit, który stałby się rdzeniem nowoczesnej tożsamości tego miasta?

Okazuje się, że - paradoksalnie - to nie "żywa" historia, ale literatura i sztuka mają potężniejszą moc mitotwórczą. To im właśnie udało się z powodzeniem stworzyć mit Gdańska jako miejsca magicznego, którego siłą magnetyczną okazały się nakładające się na siebie jak palimpsest wielorakie tożsamości historyczne miasta. I to właśnie tutejsi pisarze, zainspirowani tak dalszą, wielokulturową jego przeszłością, jak i wydarzeniami pulsującej jeszcze historii, której byli świadkami i w której uczestniczyli, kształtują na użytek przyszłych pokoleń czytelników wizerunek nadbałtyckiego miasta.

Drogę wytyczył Günter Grass. To on, publikacją swego opus magnum - Die Blechtrommel (I wyd. 1959 r.) wprowadził Freie Stadt Danzig na mapę literatury światowej . Pierwsze polskie wydanie Blaszanego bębenka (w niezależnym obiegu w 1979 r.) zakotwiczyło to miasto (teraz już pod nazwą Gdańsk) w przestrzeni literackiego mitu. Była to "godzina zero" gdańskiej szkoły pisarzy, którzy otwarcie uznają swój dług wobec wielkiego gdańszczanina.

Choć tematykę lokalną podejmowali już wcześniej pisarze, tacy jak Bolesław Fac, Zbigniew Żakiewicz, Róża Ostrowska (zazwyczaj w odniesieniu do świata kaszubskiego), to prawo pierwszeństwa, jeśli idzie o fenomen określany mianem "szkoły gdańskiej", bezsprzecznie należy do Pawła Huelle. Jego Weiser Dawidek wyszedł w 1987r. i został niemal natychmiast uznany przez krytyków za wydarzenie literackie dekady. Ważność tej książki polegała na odwadze podjęcia tematów dotąd "zakazanych": niemieckiej przeszłości Gdańska, która była do tej pory ignorowana i zakłamywana w PRL-owskiej historiografii i literaturze. Jeszcze ważniejszym było przełamanie milczenia o dużo świeższych wydarzeniach, z których każde odcisnęło piętno w świadomości pokolenia - protestów robotniczych na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. i ich kulminacji epokowymi wydarzeniami Sierpnia 1980 (autor przyglądał się im z bliska, pracując jako dziennikarz w Biurze Informacji Prasowej Solidarności).

Pisarze z pokolenia "urodzonych po Jałcie", których dzieciństwo upłynęło w powojennym Gdańsku, gdzie pełno śladów niemieckiej i wielokulturowej przeszłości tego miasta, przyjęli książkę Grassa jako wyzwanie do wyartykułowania własnych doświadczeń i osobistego odczucia dramatu pojałtańskiej historii. "Szkoła gdańska" narodziła się więc jako próba nawiązania dialogu z potężną wizją Wolnego Miasta w powieści Grassa. Paweł Huelle w wywiadzie dla Gazety Olsztyńskiej z 1992 r. ujął to w ten sposób: "Zależało mi na eksperymencie warsztatowym, to jest na ´rozmowie dwóch tekstówª odnoszących się do tematu gdańskiego, istotnego - jak się okazuje - dla dwóch narodowych kultur, polskiej i niemieckiej. Nie naśladuję Grassa, tylko go kontynuuję".

Doświadczenie migracji i "tropienie śladów"

Podstawowym doświadczeniem pokolenia pisarzy debiutujących pod koniec lat 80., w większości urodzonych w Gdańsku synów przesiedleńców, było doświadczenie migracji, tej największej w historii "chirurgii demograficznej" (żeby użyć celnego wyrażenia Normana Daviesa), jaka była rezultatem układu jałtańskiego. Doświadczenie brutalnego przesiedlania milionów ludzi ze Wschodu na Zachód przechowane w bolesnej pamięci przez tradycję rodzinną (a pomijane milczeniem lub zakłamywane przez oficjalną historię nauczaną w szkole). Jest rzeczą znamienną, że pisarze gdańscy dali wyraz świadomości, że ofiarami tego procesu byli także Niemcy.

W przeważającej większości powojenna inteligencja gdańska wywodziła się skądinąd, zazwyczaj z kresów wschodnich II Rzeczypospolitej. Tak więc pisarze gdańscy wielokrotnie artykułują swoje uczucie obcości: sami obcy, silniej zapewne odczuwali obcość miejsc, w których po kataklizmie wojny przyszło się im zakorzeniać. Jeszcze trudniej było przybyłym w drugiej fali "repatriantów" ze wschodu po 1956 r., jak Aleksander Jurewicz, którego autobiograficzny pamiętnik liryczny Lida (1990 r., Nagroda Czesława Miłosza) jest przejmującym zapisem tej traumy wykorzenienia i dramatu obcości (widzianych oczyma dziecka) i ich stopniowego przezwyciężania. Normalnym ludzkim impulsem jest próbowanie oswajania obcości; najskuteczniejszą strategią jest próba jej zrozumienia. W rozmowie o gdańskim dzieciństwie, przeprowadzonej przez redaktorkę Tytułu Krystynę Chwin z czterema pisarzami gdańskimi: Pawłem Huelle, Wojciechem Koniecznym, Pawłem Zbierskim i Stefanem Chwinem, wszyscy oni są zgodni w stwierdzeniu, że kształtowała ich fascynacja obcością, fragmentami jeszcze widzialnej niemieckiej przeszłości, tropieniem śladów. (Paweł Huelle nazwał to "fenomenologią odłamków" i wyznaje: "Na podstawie drobnych okruchów ja sobie rekonstruowałem TAMTO"). Tak więc dziecinni bohaterowie Weisera Dawidka czy wkrótce po nim następujących zbiorów Opowiadania na czas przeprowadzki (1991 r.) i Pierwsza miłość i inne opowiadania (1996 r.) napotykają na każdym kroku ślady niedawnej obecności Innych w mieście, które mają za swoje. Obcych, którzy tu byli, a których już nie ma, a umysł dziecka nie jest w stanie rozplątać zagadki nieobecności Niemców, Żydów i innych, jak sekty mnemonitów przybyłych z Holandii w okolice nadbałtyckiego miasta w XVII w. Tajemnica ich zniknięcia absorbuje i niepokoi.

Historia mówi poprzez rzeczy

Tymi śladami dla innego sławnego dziś pisarza gdańskiego, Stefana Chwina, były fizyczne poniemieckie ślady: porcelana stołowa, mosiężne kurki w łazienkach, delikatna, zdawałoby się jeszcze ciepła pościel w mieszkaniach zajmowanych przez napływających przybyszów ze Wschodu (do których też należała jego rodzina). Było to jak wejście do obcego wnętrza, stworzonego przez inną kulturę, i kształtowało wrażliwość na rzeczywistość inną niż otaczająca przyszłego pisarza zgrzebna, "porcelitowa" kultura PRL. To zetknięcie się z innością opisał Chwin w autobiograficznej Krótkiej historii pewnego żartu (1991 r.), a najpełniej w bardzo dobrze przyjętej powieści Hanemann (1995 r.).

Ta ostatnia jest pionierską w prozie polskiej próbą opisania od wewnątrz (tj. z perspektywy niemieckiej) dramatycznych wydarzeń stycznia 1945 r. - tragicznego epizodu ucieczki niemieckiej ludności cywilnej przed nadciągającą Armią Czerwoną, epizodu podjętego parę lat później przez Güntera Grassa jako centralny temat powieści Im Krebsgang (wyd. polskie: Idąc rakiem, 2002 r.).

Podczas gdy Stefan Chwin w następnych powieściach (z wyjątkiem Złotego pelikana z 2002 r., gdzie miasto, nienazwane z imienia, jest już tylko tłem współczesnego moralitetu) odszedł od tematyki gdańskiej, o tyle Paweł Huelle drąży ją nadal: jego najnowsza powieść Castorp (2004 r.) jest znów osadzona w realiach gdańskich, z tą różnicą, że jest to rekreacja miasta (już bezspornie niemieckiego) z samego początku XX wieku. Jej bohaterem jest Hans Castorp z Czarodziejskiej góry Tomasza Manna we wcześniejszych latach swego życia, kiedy to miał spędzić dwa lata jako student nowo otwartej Politechniki Gdańskiej. Znów rodzaj gry wyobraźni wybiegającej w przeszłość (obcą) i jakby anektującej ją.

A zatem wrażliwość historyczna wydaje się wspólną cechą gdańskich pisarzy (choć może to cecha wszystkich wykorzenionych, szukających nowej tożsamości?). A tożsamość musi legitymować się historią: nieważne, czy prawdziwą, czy sztucznie fabrykowaną, jak w powieści innego pisarza gdańskiego Jerzego Limona, którego zdumiewająco erudycyjny pastisz literacki ukazał się latem 1998 r. anonimowo pod tytułem Wieloryb. Kreśli w nim autor coś w rodzaju fantastycznej historiografii Pomorza Zachodniego, regionu "gdzie nie było... sławnych bitew ani wielkich czynów bohaterów, o których czytamy w podręcznikach historii". Otóż właśnie to: jesteśmy, by tak rzec, na miejscu zbrodni - kiedy historii nie ma, trzeba ją stworzyć! (Przyznała się do tego całkiem otwarcie Olga Tokarczuk w wywiadzie dla Polityki w 1995 r.: "Ponieważ nasze pokolenie nie ma historii, będzie próbować ją sobie stworzyć").

Pod każdą szerokością geograficzną ludzie zmuszeni do opuszczenia swego pierwotnego miejsca zamieszkania dzielą tę samą gotowość do zapuszczania korzeni na nowo, do oswajania przestrzeni, w jakiej im przyszło żyć. Czesław Miłosz, ten archetypiczny Wygnaniec, pisał kiedyś: "Kto pożegna swój kraj, znajduje się na ziemi niczyjej. Wtedy jedynym sposobem przeciw utracie orientacji jest ustanowić na nowo swoje własne północ,wschód, zachód i południe, i w tej nowej przestrzeni umieścić swój Witebsk czy Dublin, podniesione, by tak rzec, do drugiej potęgi. Co zostało utracone, zostaje odzyskane na wyższym poziomie jako obecne i żywe". W tym procesie wykuwa się nowa tożsamość przesiedlonych: nietrudno zauważyć, że jest to zjawisko o szczególnym natężeniu na terenach, gdzie ta tożsamość jest zagrożona lub niepewna - na terenach pogranicza, specjalnie pogranicza polsko-niemieckiego, które komunistyczna propaganda mianowała "ziemiami odzyskanymi" i dla których wyszukiwała piastowskie metryki. Podobne zjawiska miały miejsce na Dolnym ląsku, literacko "kolonizowanym" prozą Olgi Tokarczuk, a także (nieco później, pod koniec dekady lat 90.) w Szczecinie, w którym ten sam proces literackiej "reklamacji" przeszłości zapoczątkował Artur Daniel Liskowacki książką Eine kleine, nominowanej do Nagrody Nike w 2000 r., a także w zbiorze opowiadań Cukiernica pani Kirsch (1998 r.), w której autor idzie śladami Chwina, jest podobnie jak on zafascynowany fizycznymi śladami niemieckiej kultury na terenie Pomorza Zachodniego.

Ten wysiłek odkłamywania historii terenów etnicznie obcych szedł ręka w rękę z głębokim przeżyciem wydarzeń historii najnowszej, z którymi już można było się w pełni identyfikować. Ich kulminacją były wydarzenia Sierpnia 1980 r. Nie mogło być inaczej i jest oczywiste, że echa tych wydarzeń odbiły się mocnym echem we wszystkich książkach gdańskich pisarzyi pewnie dzięki nim, bardziej niż rocznicowym uroczystościom, przetrwają w pamięci pokoleń.

Gdański genius loci?

Reżyser Krzysztof Zanussi zadał pytanie nurtujące chyba wszystkich, którzy cofają się myślami do tych historycznych dni Sierpnia: "Dlaczego tu właśnie najgłośniej, najmocniej odezwało się żądanie wolności? To też jest czymś fenomenalnym, a wydaje się nieprzypadkowe". Proponuję odpowiedź: może właśnie w tym wysiłku wykuwania nowej lokalnej tożsamości cementowała się społeczna solidarność, która, w godzinie próby, tak wspaniale przełożyła się na Solidarność?

Anektowanie "małych ojczyzn" czy dialog kultur?

Tak więc wspólne odkrywanie historii dawnej i intensywne przeżywanie historii współczesnej w regionach pogranicza doprowadziło do powstania w latach 90. w literaturze polskiej fenomenu "małych ojczyzn". Na konferencji naukowej zorganizowanej na początku maja br. przez Uniwersytet Szczeciński spierano się, czy ta formuła wciąż jeszcze pozostaje żywa. Zdaniem Piotra Michałowskiego, jednego z redaktorów pisma Pogranicza, "modne przed laty hasło ´mała ojczyznaª już nieco zwietrzało, straciło na sile i atrakcyjności (...) czy to w odniesieniu do prywatnej ojczyzny utraconej, czy też w relacji do swojego aktualnego ´tuª". Zdecydowanie opowiedział się za tym, że "obecnie formuła ´małych ojczyznª w obu tych wariantach wydaje się wyczerpana". Powołując się na niedawne uroczystości w Szczecinie, upamiętniające niemieckiego pisarza Alfreda Döblina (niegdyś mieszkańca Stettin), argumentował, że prawdziwy dialog kultur nie powinien być próbą utożsamiania się z kulturą innych ani narzucania innym własnej. Raczej powinien być zrozumieniem i akceptacją różnicy, nieprzekładalności kultur. "Ojczyzną moją słowo" - to ono, nie miejsca, choćby najczulej kochane, przechowuje ciągłość historii.

A więc te epokowe wydarzenia w Gdańsku ostatniego ćwierćwiecza XX w., nawet kiedy już się zatrą w pamięci świadków, trwać będą utrwalone w literaturze, która stała się znów, jak kiedyś, świadkiem swojego czasu.

I nawet jeśli w ostatnich latach, jak sugerują niektórzy publicyści (np. Zdzisław Krasnodębski), "mit Solidarności poddany został bolesnej procedurze szyderczej dekonstrukcji", literatura pisana w Gdańsku będzie dowodem jego regenerującej siły dla narodowej psyche.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail