NINA TAYLOR-TERLECKA
Szopka w Coetquidan
Juz od jesieni 1939 r. pierwszy oboz Wojska Polskiego w Coetquidan, w zapadlym kacie sprzymierzonej Francji, coraz bardziej przypominal konfraternie literatow. Ale byli tam rowniez artysci, malarze i graficy: Marian Walentynowicz, krol humorystow rysunkowych, Aleksander Zyw, Jozef Natanson, Tadeusz Lipski, swietny grafik uzytkowy, specjalista od rzezby w papierze, ktory wszystko potrafil powyginac z kartonika. To Lipski zapacykowal w pojedynke olbrzymia swietlice; na scianie wprost drzwi machnal kolorowa mape Polski od sufitu do stolu. Sasiednia mniejsza sale, w ktorej urzadzono herbaciarnie, zamalowali Zyw, Natanson i Walentynowicz, kazdy po swojemu, teczowo i kolorowo.
Okres przedswiateczny uswietnilo piec koncertow. Wystepowali w nich: Tola Korian oraz artysci francuscy, m.in. spiewaczka koloraturowa pani Berenita i pianista Ciampi z Radio Rennes. Nie brakowalo tez nadanej z Paryza do kraju audycji radiowej, oddajacej caly strzelisty patos tamtych lat, gdy Francja wciaz jeszcze prowadzila drôle de guerre.
Na Wigilie postawiono w swietlicy obozowej kilkumetrowa, przesliczna szopke krakowska z prawdziwa slomiana strzecha. Gwiazda byla duza jak mlynskie kolo. Wykonali ja kolejni artysci-zolnierze: Kazimierz Jodzewicz, plastyk, grafik i malarz, wychowanek Szkoly Sztuk Pieknych w Warszawie, zolnierz 6. Pulku 2. Dywizji Strzelcow Pieszych, odznaczony licznymi medalami, ktory zmarl w Szwajcarii w 1970 r., oraz Edmund Ernest.
O wieczorze wigilijnym zachowala sie niejedna relacja: artykuly prasowe, meldunki sluzbowe, listy i rekopisy. Witold Leitgeber wspomina w Kwaterze prasowej (Londyn, 1972 r.): "... kilku z nas, znajomych oficerow, umowilo sie na Wilie nie do kasyna oficerskiego, ale do podchorazych, gdzie przygotowano posilek wedlug polskich zwyczajow". Przy stole siedzieli rowniez Samuel Tyszkiewicz, Tymon Terlecki, Jakub Schulz, ponoc krewny slynnego pisarza, Janusz Zdrojewski. Na chwile dolaczyl do nich "gosc oficjalny", czyli komendant obozu plk January Grzedzinski. Wszyscy spiewali koledy.
Nieco inaczej zapamietal ten wieczor Karol Zbyszewski, jeden z przedwojennych filarow Prosto z mostu, slynny autor Niemcewicza od przodu i tylu. Z braku odpowiedniego umundurowania chodzil w parcianych portkach z kraciastym, jaskrawym szkockim szalikiem. Stwierdzil po latach, ze noc wigilijna byla szczytem smutku, ze wszyscy wtuliwszy glowy w koce plakali.
Lecz na placzu nie mozna bylo poprzestac. Zespol kolednikow dopiero mial przed soba objazd kwater obozowych z przedstawieniem oryginalnych jaselek zolnierskich. Artysci dekoratorzy ze szkoly podchorazych - Stanislaw Mikula, zapamietany jako "malownicza postac, arcysympatyczny zarlok i grubas", i Mieczyslaw Rozanski zaprojektowali i wykonali kostiumy. Byly malowane kolorami na bialym plotnie. Trzej Krolowie nosili barwy i herby Francji, Anglii i Stanow Zjednoczonych.
Tekst jaselkowy napisali do spolki Aleksander Janta-Polczynski i Jan Rembielinski. Pol wieku pozniej Zbyszewski wspominal Rembielinskiego jako "endeka od urodzenia, senatora z nominacji sanacji", "ktory nigdy nie stawial, ale zawsze zaznaczal, ze potepia i unika alkoholu, lecz tym razem, dla towarzystwa, zrobi wyjatek i wypije". Rembielinski przyjechal do bretonskiego obozu az z Argentyny, chodzil w starym, gesto latanym mundurze koloru bleu horizon. Janta-Polczynski, ktory zanim wyruszyl na dalsza wojaczke pisywal Kronike obozowa do wydawanej w Coetquidan Polski Walczacej, byl rasowym dziennikarzem, kipiacym energia, pomyslowoscia, a ponadto ambicjami aktorskimi i rezyserskimi.
Po Nowym Roku kolednicy nadal wystepowali po obozach. Dla Terleckiego - redaktora pisma i recenzenta imprez artystycznych - istotny byl odbior spektaklu przez publicznosc zolnierska, towarzyszyl wiec zespolowi w paru objazdach. W polowie stycznia 1940 r. wyruszono do Carentoir, oddalonego o jakichs 10 kilometrow od obozu. Byla tam niezla restauracyjka, gdzie niejednokrotnie messieurs les aspirants, czyli panowie podchorazowie, spotykali sie przy dobrym winku. Terlecki napisal wowczas do Toli Korian. "... liczne miasteczko, rzewne, jak wiersz liryczny. Gwiazdy, waziutki ksiezyczek nad nieforemnym rynkiem pelnym drzew, cieniuchno rysowane na niebie, jak na obrazach Sisleya. Chodzilismy troche: psy szczekaly, ostra, namietna wiezyczka dzwonila, ludzie cos do nas zagadywali. Bylo smutno. Caly wieczor myslalem o Kraju i o Tobie. Nie moglem odszukac w sobie pogody poprzedniej niedzieli tutaj spedzonej. [...] Pilismy czerwony burgund, ktory jest moja slaboscia. Wypilem bruderszaft z Baykowskim, ktorego nazywam Bajkoniem, co brzmi bardzo jowialnie, dobrodusznie i po staropolsku".
Nazajutrz, w niedziele, wybral sie znowu z kolednikami z objazdem szopki, tym razem do Augan, Campénéac i Paimpoint. Artysci wyjechali po drugiej po poludniu. Pisze Terlecki: "... wielkie aktory i znakomici chorzysci guzdrali sie jak primadonny. Mozesz sobie wyobrazic, jak sie wscieklilem i zrzedzilem. Pojechalismy najpierw do Augan. Nikt tam nas nie czekal i do niczego nas nie potrzebowal. Odegralismy przedstawienko na podworku szkolnym przed kilkudziesieciu dosc chlodnymi widzami miedzy rzedem bardzo smierdzacych latryn i kupa gnoju, w ktorej przez caly czas z pasja i doskonala gluchota na wszystko dokola - grzebalo sie jakies psisko".
Po spektaklu w Augan dlugo trzeba bylo szukac po knajpach francuskich kierowcow. Zespol dojechal do Campénéac zaledwie w kilka minut po katastrofie lotniczej, do jakiej tam doszlo. "Dwie awionetki cwiczebne zderzyly sie w powietrzu, jedna skapotowala, zgubila ogon i strzaskala sie na moscie, przez ktory musielismy przejechac. Krwawiacy trup, srebrne strzepy rozpiete na barierach mostu zagradzaly nam droge przez kilkanascie minut. Odeszla nam ochota od wszystkiego".
Ale na wojnie, jak na wojnie. Trzeba bylo odegrac swoje w sinawym zmierzchu pod golym niebem - na sciernisku wsrod krzywych jablonek. "Aktory znowu kaprysily i dopiero wtedy okazaly zadowolenie ze swiata, gdy nas zaproszono na poczestunek. Zemscilem sie za fochy diabolicznie, bo nie pozwolilem im dac wiecej niz po jednym kieliszku calvadosa".
Trzecie niedzielne przedstawienie kolednikow odbylo sie w Paimpoint, dokad zajechali w pelnej nocy. Paimpont i pobliski las, znany pod legendarna nazwa Fôret de Broceliande, to miejsca niemal magiczne, tchnace jeszcze polpoganskimi czarami. Tu bowiem krol Artur otrzymal miecz od Wiwiany, Mistrzyni Jeziora. Tamtej styczniowej niedzieli cale miasteczko zwerbowano do wspolpracy. Janta: "... cale Paimpont - wraz z siostrzyczkami i okraglutkim jak kula bilardowa rektorem - postawil na nogi, zarazil swoja ekscytacja, zakomponowal w niezwykla calosc. Wyobraz sobie, Mila, mroz, biale girlandy, niebo zimne jak metal, stary kosciol z gotyckimi rzezbami. (...) Tlum polsko-francuski, tkniety tym wszystkim jak urokiem, polskich kolednikow spiewajacych i grajacych na tle tych murow i dla tych widzow".
Odbylo sie przedstawienie. Janta - byly uczen Stanislawy Wysockiej - dopiero zaimponowal rozmachem i glebia swojej inscenizacji. Pisze Terlecki: "Malutkie, naiwne, prymitywne jaseleczka urosly prawie do misterium - w Teatr przez duze: T. Janta jako mistrz ceremonii, instygator byl czarujacy. Polubilem go wczoraj jeszcze wiecej...".
Niezmordowany Janta zorganizowal w slad za tym zwiedzanie kosciola. "W kosciele bylo mroczno i dziwnie. Bardzo sie chcialem modlic, ale reszta gromady zbyt halasowala. Znalazl sie Pawel [Zdziechowski - przyp. NT-T], rzewnil sie i bronil sie niezdarnie przed rzewnoscia". Potem wszyscy byli razem na przyjeciu w swietlicy Janty, "bardzo skromnym i przez to niezlym: zajadalismy jakies kanapy z sardynkami, biale, geste ciasto i popijali herbate. Byly jeszcze popisy wokalne i muzyczne i dopiero po dziesiatej wrocilismy do obozu. Rozgrzewalismy sie goracym winem i z usnieciem jakos przeszlo".
Jeszcze w styczniu 1940 r. Janta nosil sie z zamiarem zalozenia polskiego kabaretu w Paryzu; wiele lat pozniej wyrezyserowal Dziady w Buffalo nad jeziorem Erie. Ale wieczor na zabitej deskami prowincji na dlugo wryl sie w jego pamieci. Kilkanascie lat pozniej pisal do Terleckiego z prosba o przeslanie mu tekstu szopki z Polski Walczacej: "Czy pamietasz jak Cie (i jej wykonawcow owczesnych) przyjmowalem w girlandach pochodni na tle starego kosciola w Paimpont? Byly czasy".
Nazajutrz po przejmujacym przedstawieniu jaselkowym na bretonskim odludziu Terlecki napisal do Toli Korian: "Byl tu przed chwila 16-letni szczeniak, ktory sam jeden przedarl sie do Francji z Warszawy. Bez fanfaronady powiedzial: my teraz bedziemy budowac Polske. Nie moge przestac w nia wierzyc, w te nieszczesna, trudna Polske".
|