PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (19 grudnia 2003)


BEATA DOROSZ

Co laczylo "polskiego faszyste"
z "bolszewickim agentem"

czyli dzieje trudnej przyjazni Lechonia i Tuwima

Spotkali sie zapewne w 1916 r. na Uniwersytecie Warszawskim; 17-letni wowczas Leszek Serafinowicz (pozniejszy Jan Lechon - na zdjeciu z prawej), wywodzacy sie z warszawskiej inteligencji o ziemianskich korzeniach z poczatkow XVII w. i protoplastach ze Zmudzi, Tatarach Serafinowiczach herbu Pobog; 22-letni Julian Tuwim (na zdjeciu u dolu), ktory przyjechal z Lodzi - syn spolonizowanej urzedniczej rodziny zydowskiej chlubiacej sie faktem, ze pierwsza w Lodzi gazete polska wydawal jego dziad. Obaj mieli juz za soba debiuty literackie: Lechon dwa tomy poetyckich juweniliow i obrazek dramatyczny wystawiony w Pomaranczarni w Lazienkach; Tuwim - premiere rewii w Lodzi.

W 1916 r. podjeli studia: Lechon - polonistyczne, Tuwim - prawnicze, z ktorych po roku zrezygnowal na rzecz polonistyki. Polaczylo ich czasopismo mlodziezy akademickiej Pro Arte et Studio, gdzie obaj oglaszali wiersze, a Lechon takze recenzje teatralne.

Zafascynowani poezja, dzielili sie wrazeniami z lektur, uczac sie nawzajem literatury, co wspominal Lechon (Dz., 22.10.1952): "O Whitmanie dowiedzialem sie w r. 1918, kiedy bylem pierwszy raz u Tuwima na Foksalu. [...] W bardzo nieumeblowanym pokoju przyczepione pluskiewkami do sciany wisialy dwa portrety, wyrwane z jakichs ksiazek, Whitmana i Rimbauda. To byli protoplasci Tuwima - przez niego jednak i calej rewizjonistycznej poezji. Kiedy pare lat temu, zajechawszy do znajomych w Huntington, zobaczylem dom rodzinny Whitmana - przypomnialem sobie te wizyte u Tuwima i legende Whitmana, ktora zrodzila we mnie".

Zauroczeni tez byli wzajemnie wlasna rozwijajaca sie tworczoscia, o czym swiadcza wspomnienia Lechonia (Dz.,19.01.1950): "Kiedy przed wielu, wielu laty, zaraz po napisaniu wiersza Spotkanie, przeczytalem go Tuwimowi, powiedzial mi: 'Ach! jak ja ci zazdroszcze, ze ty piszesz takie rzeczy: Pod nieba wyiskrzona kopula dostojna. A ja wlasnie napisalem cos o jakichs koniach, cyrkach, diabel wie o czym'. To nie byly zadne komplementy, tylko tak czulismy te rzeczy, zazdroszczac sobie nawzajem nie sukcesow, ale wierszy".

Dla rodzacej sie miedzy nimi przyjazni i wiezi intelektualnej znakomitym spoiwem staly sie wydarzenia wywolane ogloszeniem w Pro Arte et Studio wiersza Tuwima Wiosna (1918). Fala oburzenia - w obronie mlodopolskiej estetyki i przeciw pornografii w sztuce, z sieganiem i po argumenty antysemickie - przetoczyla sie przez prase codzienna i wzniecila protesty wymierzone w autora i w popierajaca go redakcje. W krytycznych artykulach pisano m.in.: "Dytyramb ten przeszedl zaiste wszystko, co Henryk Sienkiewicz napietnowal w literaturze jako ruje i porubstwo". Lechon stawal w obronie Tuwima i na lamach pisma, i bezposrednio stawial czolo - co z ironia wspominal po latach (Dz., 8.06.1954): "Nie wiem dlaczego, przypomnial mi sie zabawny obrazek z 'barszczu' u pani Hortensji Lewentalowej, tego samego, na ktorym starlem sie ze starym Kotarbinskim na temat Wiosny Tuwima, budzac tym w gospodyni rozkoszne zludzenie, ze ma 'salon warszawski', gdzie walcza klasycy z romantykami".

Ledwie ucichla burza wokol Wiosny, mlodzi poeci znow zelektryzowali Warszawe - 29 listopada 1918 r. stal sie za ich sprawa poczatkiem nowej epoki literackiej, bo pierwszy wieczor poetycki w kawiarni Pod Picadorem uznany zostal przez historykow i badaczy literatury za wydarzenie pokoleniowe. Atmosfere tego dnia tak zapamietali jego bohaterowie. Tuwim: "W dniu inauguracji wyszedlem na estrade z przemowieniem wstepnym. Nie pamietam go, niestety zupelnie. Mowilem prawdopodobnie o celach nowo powstalej bojowki poetyckiej. Potem powazny i szlachetnie patetyczny Slonimski odczytuje wiersz Pikador, potem Iwaszkiewicz slicznie wykwilil kilka uroczych Oktostychow, a po nim zaczal mowic Lechon. Kiedy drzacy i blady skonczyl czytanie Mochnackiego, zerwala sie pierwsza w Polsce burza oklaskow na czesc poezji. Poczuli ludzie, ze sie tu bania z poezja rozbila i ze pojda z niej 'dymy po calej literaturze'". Lechon (Dz., 29.11.1953): "Nie bylo jeszcze Wierzynskiego - tylko ja, Tuwim i Slonimski [...]. Pierwszy wieczor byl zapchany [...] i od razu byl tryumf prawdziwy, poczucie, ze stalo sie cos udanego, niemal koniecznego. Jak wiele mnie dzielilo od Tuwima i Slonimskiego, okazalo sie dopiero przed paru laty. Wtedy moglismy cale dnie mowic wiersze, zlosliwosci i dowcipy i nie dogadac sie do tych roznic, ktorych moze wtedy i nie bylo. Mysle, ze ja im ustepowalem, a oni mnie - zesmy sie starali do siebie przystosowac, byle nie psuc sobie okazji do mowienia wierszy i kpienia ze wszystkiego i ze wszystkich. Slonimski napisal kiedys o naszym poznaniu: "I odtad spedzilismy razem 10 lat z przerwa na spanie i pisanie wierszy". I bardzo niewiele przesadzil".

Po latach w Traktacie poetyckim Czeslaw Milosz napisal o nich: "Nigdy nie bylo tak pieknej plejady" - dlatego, obok Wielkiej Piatki (Lechon, Tuwim, Slonimski, Wierzynski, Iwaszkiewicz), zaliczenie w poczet "drugiej linii Skamandra" (m.in. Wittlin, Pawlikowska-Jasnorzewska, Balinski) bylo nobilitacja w hierarchii literackiego parnasu. Humorystyczne jedynie znaczenie mialy aluzje opozycjonistow, ironizujacych, ze rzekomo polska grupe poetycka tworza Tatar, Niemiec, Ukrainiec i dwoch Zydow (ze spolonizowanej rodziny zydowskiej warszawskich naukowcow Sternow pochodzil Slonimski; Wierzynski do 1912 nosil niemieckie nazwisko Wirstlein; Iwaszkiewicz urodzil sie na Ukrainie, skad do Warszawy przyjechal dopiero w r. 1918).

Nastepne dziesieciolecie bylo pasmem literackich sukcesow, wielkiej przyjazni i wzajemnego oczarowania sztuka poetycka. Kiedy ukazal sie tom Lechonia Srebrne i czarne (1924), Tuwim w szkicu O istocie poezji oglosil, ze "Jan Lechon jest aniolem miedzy niebem i ziemia zawieszonym". Gdy zas w 1928 przyznano Tuwimowi Nagrode Literacka m. Lodzi, zapewne to Lechon (przedstawiciel Polskiego PEN Clubu w komitecie nagrody) przechylil o jeden glos szale zwyciestwa na rzecz konkurujacego z Waclawem Berentem przyjaciela.

Wkrotce jednosc w poezji i przyjazni zostala po raz pierwszy zmacona, gdy Tuwim oglosil wiersz Do prostego czlowieka (1929), gloszacy nastroje antywojenne i internacjonalistyczne, czym wzbudzil protesty w prasie i oburzenie w srodowisku sanacyjnym. W liscie do Anny Jackowskiej Lechon komentowal: "[...] musze powiedziec szczerze, ze [...] ten bezwzgledny, zaborczy, jak sie teraz okazuje, najniezreczniejszy pod sloncem wiersz byl dla mnie niespodzianka, ktora pozwala mi sie dzisiaj po Tuwimie spodziewac wszystkiego. Nie rozum tego zle. Jezeli Tuwim bedzie szczerze glosil, ze zaden narod nic go nie obchodzi - nie bede go przez to uwazal za czlowieka niemoralnego - i zachowam dla niego te sama ludzka przyjazn, ktora nas tak gleboko laczy. Ale byla miedzy nami pewna harmonia odczuc - jak sie okazuje - pozorna, ktora moim zdaniem wykluczala takie, jak ten wiersz, niespodzianki. [...] Endecy pod pierwszym wrazeniem napisali po prostu, ze trzeba by Tuwima powiesic [...]. Za to w sanacji wybuchl z cala sila zal do czlowieka, tak im do niedawna bliskiego [...]. Co do mnie - nie ma co i mowic, jak sie z tego powodu czuje".

Trudno sadzic, czy rozluznienie kontaktow w nastepnych latach spowodowal jedynie wyjazd Lechonia do Paryza, gdzie zostal wyslany do pracy w ambasadzie polskiej. W tym czasie Tuwim robil w kraju swietna kariere jako autor tekstow do teatrow kabaretowych. Wielokrotnie tez podrozowal po Europie, nie wiadomo jednak, by odwiedzal przyjaciela w Paryzu.

Zmieniajace sie od 1935 r. nastroje polityczne tez nie sprzyjaly jednosci miedzy skamandrytami. Lechon i Wierzynski zblizyli sie do sanacyjnego Ozonu, Tuwim i Slonimski manifestowali idee demokratyczne. Rownoczesnie w prasie rozpoczela sie nagonka przeciwko pisarzom-liberalom z kregu Wiadomosci Literackich oraz ataki antysemickie na Tuwima, Wittlina i Slonimskiego, ktorych w lutym 1939 r. oskarzono o dzialalnosc antypanstwowa, za co mieli byc zeslani do obozu w Berezie Kartuskiej; wykonanie tego "wyroku" zostalo odroczone z zastrzezeniem: "jezeli beda nowe wypadki".

Los zetknal przyjaciol dopiero na obczyznie. Po wybuchu II wojny swiatowej Tuwim z zona przez Rumunie, Jugoslawie i Wlochy przedostal sie do Francji. Zatrzymal sie w Paryzu, gdzie tymczasem bezpieczny byt zapewnilo mu stypendium rzadu polskiego na uchodzstwie.

Po klesce Francji w czerwcu 1940 r. Lechon i inni wojenni rozbitkowie - w tym Tuwimowie, Wierzynscy, Wittlinowie i Czermanscy - przez Hiszpanie dotarli do Lizbony. Owczesne tamtejsze srodowisko polskie opisala Irena Lorentowicz, wspominajac m.in. "[...] slynny pensjonat 'Saldania', pelen pulkownikow i zon pulkownikow, dziennikarzy i plotkarzy, intrygi, jak twierdzil Lechon, atmosfery z Czechowa troche, a troche z Zapolskiej i bardzo nadajacej sie do satyrycznej farsy. Takie pelne Polakow pensjonaty, gdy wszyscy sa skolowani, a gubia sie w drobnostkach i bzdurach". Artystyczny wyraz przezyciom i atmosferze tamtych dni dal Lechon w nieukonczonej powiesci Bal u senatora, w rozdziale Wiza do Ameryki.

Uzyskanie wizy do Ameryki nie bylo proste, dlatego wielu uchodzcow decydowalo sie na wyjazd do Brazylii, traktujac to jako etap podrozy do USA.

Ze wspomnien Mariana Lepeckiego, uczestnika wydarzen, wylania sie nastroj tego czasu, kiedy "[...] wrazliwy i smutny Tuwim, przywykly do swojskiej Warszawy czy Lodzi, nigdy specjalnie nie marzacy o podrozach po obcych krajach, mial wlasnie skoczyc jakby w przepasc. Mial ruszyc daleko za rownik, do tropikalnej - odmiennej od wszystkiego, co znal - Brazylii, gdzie nie czekalo go nic okreslonego. Chodzil wiec w owe dni przedwyjazdowe zamyslony i sklopotany".

Wydawalo sie, ze rozstanie przyjaciol jest nieuchronne. Jednak, wedlug Lepeckiego, lubiacy dowcipy i cudaczne sytuacje Lechon zatail przed Tuwimami, ze jemu rowniez udalo sie pokonac trudnosci wyjazdowe z Portugalii i ze mial juz w kieszeni bilet na ten sam okret, co oni. Zmartwieni majaca nastapic rozlaka, Tuwimowie urzadzili dla niego w przeddzien wyjazdu kolacje pozegnalna; pod koniec wieczoru Lechon wstal i smiejac sie po swojemu, na caly glos, oznajmil o przygotowanej niespodziance.

Statek odplynal z Lizbony 21 lipca 1940 r., do Rio de Janeiro zawinal 4 sierpnia. Tuwim w listach do siostry Ireny relacjonowal: "Na 'Angoli' jedzie 650 osob. [...] Ciagle jestem razem z Leszkiem, czytamy sobie Pana Tadeusza, wspominamy dawne szopki, zarty i blazenstwa". To w czasie tego rejsu, kiedy za rufa pozostaly brzegi Europy, Tuwim powzial zamysl poematu, w ktorym chcial odtworzyc droga mu przeszlosc, tak jak ja widzial na obczyznie. Poczete wtedy Kwiaty polskie daja m.in. poetycka wizje tej podrozy. Po latach, gdy drogi przyjaciol juz sie rozeszly, Lechon notowal (Dz., 6.05.1952): "Bardzo jestem ciekaw, co bedzie napisane za sto lat w historii literatury polskiej o Kwiatach polskich - bo ze cos bedzie, to nie mam watpliwosci. Reszta zalezy od tego, czy bedzie istnial swiat podobny do naszego, czy jakis bekart zrodzony z kopulacji z bolszewia. Wtedy wszystkie nedzne i niecne uragania na Polske, idiotyzm samej fabuly, adoracja Moskali - beda Tuwimowi darowane i wyslawione. Ale tak czy owak - zostanie z tego wariackiego tomu kilkadziesiat kart, ktore same w sobie sa arcydzielem jezyka i poezji. [...] sto, dwiescie wierszy godnych Chopina i Mickiewicza [...] Wisla plynie - to jest polonez elegijny, ktory musialby byc pomieszczony w kazdej sprawiedliwej antologii 20 najpiekniejszych wierszy polskich".

Poczatkowo Tuwimowie i Lechon zamieszkali w tanim pensjonacie, korzystajac tez z pomocy i goscinnosci tamtejszej Polonii. Pod koniec wrzesnia ich "trio de Janeiro" (jak mawial Tuwim) oraz Czermanscy wynajeli wspolne mieszkanie. Te jedyna w swoim rodzaju wspolnote najbarwniej opisal Czermanski: "Tuwimowa objela gospodarstwo. [...] Mimo denerwujacych upalow i jak najgorszych wiadomosci wojennych udalo sie nam przetrwac tych siedem miesiecy wspolnego pozycia bez tarc i bez jednej sprzeczki. [...] Harmonie te zawdzieczalismy przede wszystkim usposobieniu Tuwimowej, osoby o rzadkiej rownowadze i wielkim poczuciu humoru. [...] Chetna do rozmow, ale nie znoszaca dyskusji, potrafila nieraz jednym zartobliwym slowem (a w tonie jej bylo cos jakby mowila do dzieci) przywrocic spokoj przy stole w tych chwilach, w ktorych debaty nasze stawaly sie gorace. Uchodzila za pieknosc. Ja osobiscie admirowalem przede wszystkim jej spokoj, dorzecznosc i dowcip. Lechon, zachwycony cietoscia jej lapidarnych powiedzen, wykrzykiwal, ze Stefcia to 'zmija'. Ja bym tego o niej nie powiedzial. Tuwimowa rzadko mowila ludziom przykre rzeczy w oczy. Nie robila ani intryg, ani tez plotek. Poza oczy, owszem, pokpic z ludzi lubila, ale i te obserwacje (a byly to nieraz prawdziwe arcydziela zlosliwosci) wypowiadala bez pasji i mimochodem, bo w gruncie rzeczy nikt jej nie obchodzil. [...] Lechon miewal wizyty przystojnego bruneta. O tym sympatycznym, niesmialym chlopcu wiedzielismy tylko tyle, ze to Turek, ze przywedrowal niedawno ze swojego kraju i takze tu na cos czeka. Przed kazda jego wizyta Lechon krecil sie niespokojnie po mieszkaniu, wygladal co chwile na korytarz i zsuwal z halasem kotare wiszaca miedzy przedpokojem a pokojem jadalnym. Tuwimowa natychmiast kotare rozsuwala, uwazajac, ze ta niedyskretna dyskrecja Leszek nadaje wizytom chlopca niepotrzebny akcent. [...] Robili to bez slow i tak dlugo, az sie chlopak nie zjawil".

Tu zamyka sie rozdzial o jednosci i wspolnocie Lechonia i Tuwima, dalsze dzieje to juz historia wzajemnej nadal fascynacji, ale juz nie przyjazni.

W 1941 r. obaj znalezli sie w Nowym Jorku - w maju Tuwim, w sierpniu Lechon. Koniec listopada przyniosl jednak wydarzenie, bedace pierwszym aktem dramatu o rozchodzeniu sie ich wspolnej drogi. Nie zgadzajac sie na ingerencje w tekst fragmentu Kwiatow polskich, Tuwim zerwal wspolprace z redagowanym przez Mieczyslawa Grydzewskiego w Londynie pismem Wiadomosci Polskie. O swojej decyzji pisal Slonimskiemu: "[...] wyslalem wczoraj nastepujaca depesze do Wiadomosci: 'Any further publishing of my works definitely undesired'. Zanosilo sie na to juz od dawna [...]. Kto oni sa, wytlumacz mi, ci panowie ze Slowa, z Ikaca, z Gazety Polskiej i Polski Zbrojnej, ktorzy sobie w dawnych naszych Wiadomosciach Literackich rece podali i na dawna melodie wyspiewuja stare piosenki z minimalnie zmienionym tekstem (zamiast 'mocarstwowosc' - 'demokracja'etc.)? Kto oni sa, powiedz, bo nie rozumiem. Idioci? Slepcy? Jakiej Polski sie spodziewaja? Tej, do ktorej ja prowadzili, tej nacjonalistycznej, pol- lub calofaszystowskiej, antysemickiej, wojowniczej, totalistycznej. [...] Masz swieta racje: ludzie ktorzy wsiedli do faszystowskiego pociagu. I coz ten glupi Grydz peta [sie] srod tej szajki?".

W tym czasie o starych przyjaciolach pisal do siostry: "Coraz rzadziej widuje Leszka i Kazia. Mam wrazenie, ze mnie unikaja. Trudno - postawilem na calkiem inny swiat, niz oni, walke o ten swiat otwarcie glosze 'narazajac sie'na opinie 'bolszewika'".

Na miano "bolszewika" i ostracyzm w srodowisku politycznej emigracji w Nowym Jorku Tuwim istotnie zapracowal. Nawiazal kontakt z Oskarem Lange i Miedzynarodowym Zwiazkiem Robotniczym, opowiadajacym sie za wiazaniem przyszlosci Polski z ZSRR, aprobujacym program sterowanego przez Moskwe Zwiazku Patriotow Polskich i dzialajacym w tym duchu na terenie Stanow Zjednoczonych. Uczestniczyl w wieczorach autorskich w klubach robotniczych w Milwaukee i Chicago organizowanych przez lewicowe Stowarzyszenie "Polonia". Wystepowal na zebraniach Towarzystwa Przyjazni Amerykansko-Radzieckiej.

Trudno sie dziwic, ze w przyjacielskie kontakty wkradla sie sztucznosc, bo Tuwim donosil siostrze, "[...] z Leszkiem stosunki jak najlepsze i jak najdowcipniejsze (ale o polityce sie nie mowi)". Ostatnia rozmowe telefoniczna odbyli 22 maja 1942 r. Tuwim zwierzal sie potem Irenie: "Byla to nasza pierwsza na temat Rosji i faszyzmu rozmowa! Pierwsza! Kilkuminutowa. I juzesmy sie poklocili".

W rezultacie otrzymal od Lechonia list, w ktorym ten pisal m.in.:

"Moj drogi! Ostatnia nasza rozmowa telefoniczna, dopelniajac miary Twoich niezliczonych odezwan sie pelnych slepej milosci do bolszewikow, katow i mordercow narodu polskiego, przekonala mnie, ze nie uda mi sie dluzej oddzielac Twoich pogladow politycznych od Twojej osoby i ze bedzie ona miedzy nami raz na zawsze ostatnia. Robilem dotad, co mozna, aby zachowac te nasza tyloletnia pelna wspomnien przyjazn i oddzielic moj gleboki niezmienny zachwyt dla Twojej poezji od najglebszej niecheci i niesmaku, jakie budzilo we mnie i w bardzo wielu ludziach, z ktorymi sie stykasz, Twoje postepowanie, nieliczace sie z uczuciami, mozna to smialo powiedziec, calego narodu polskiego, postepowanie, ktorego nie mozna, jesli chodzi o dojrzalego czlowieka i pisarza Twej miary, usprawiedliwic, i to dzis zwlaszcza, lekkomyslnoscia. [...] Tylko ktos bardzo zla wola powodowany mogl urzadzic sie tak, jak Ty, aby nie dowiedziec sie o tym, [...] ze 2 miliony Polakow w Rosji poddane byly katuszom moralnym i fizycznym, nie mniejszym tylko niezdarniej stosowanym niz te, ktorymi niszcza nas Niemcy, ze w armii polskiej w Rosji nie ma ani jednego bolszewika i ze najradykalniejsi Polacy sa juz wyleczeni ze swoich zludzen wzgledem Sowietow. Co do mnie, to nieludzkosc wlasnie Twojego stosunku do bolszewickich nikczemnosci i spieniona nienawisc do tych, ktorzy brali rany za Polske, gdys Ty zarabial ciezkie pieniadze, bawiac swietnymi zreszta piosenkami 'krwiopijcow i wrogow ludu', odbiera mi wszelki smak przyjazni z Toba, pielegnowanej przeze mnie przez tyle lat i bedacej dla mnie bardzo cennym uczuciem. [...] Zechciej przyjac zapewnienie mego zalu, ze wbrew mej woli tak konczy sie nasza wieloletnia przyjazn".

Po tym wydarzeniu Tuwim napisal do Slonimskiego: "Wierz mi, ze ja na gruncie amerykanskim jestem rownie samotny, jak Ty w Londynie (jezeli o dawne przyjaznie chodzi). [...] Ale nie sadz, ze mnie ta samotnosc boli. Przeciwnie: cieszy mnie i umacnia raczej fakt, ze nareszcie wystapila wyrazna 'linia podzialu'. Nie chciales dawniej wierzyc, ze 'barykada ma tylko dwie strony'. Czy juz uwierzyles?". A siostrze zwierzal sie: "Dla mnie zerwanie z Leszkiem bylo raczej ulga, bo nie znosze falszywych sytuacji. Cala przyjazn polegala ostatnio na lacznosci wspomnien i permanentnym wyglupianiu sie w zarcikach i dykteryjkach. Przyjaciel - to chyba cos glebszego. W istotnej przyjazni musza wspoldzwieczec glebiej ukryte struny. [...], wiec ani na chwile nie czuje braku tamtych ludzi". Jedynie Wittlina, gdy ten przebywal na wakacjach, zapytywal: "Czy widujesz przyjaciol-faszystow? Z zalem stwierdzam, ze mi za nimi nie teskno. Ale za Toba - tak". Po jakims czasie jednak upominal go: "Podziwiam, kochany Joziu, wytrzymalosc Twoich nerwow, jezeli cale lato mozesz spedzic srod (jak piszesz) 'rodakow, towarzysko milych, ale przewaznie o reakcyjnym usposobieniu'. Z anielska poblazliwoscia nazywasz tych ludzi 'reakcjonistami' - a to sa po prostu hitlerowcy, polscy hitlerowcy. [...] Piszesz mi, ze w tych sferach mialem niegdys przyjaciol. Owszem, mialem. Ale przyznasz, ze w ogniu tej wojny niejedno moglo sie spalic, przetopic, przemienic. [...] Zreszta, szkoda slow, zeby o tej padlinie politycznej mowic. Nie watpie, ze sa wsrod nich ludzie 'towarzysko mili'. Sa nawet tacy, ktorych dotad serdecznie kocham, zwlaszcza jednego".

Dokonczenie za tydzien


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail