PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (19 grudnia 2003)


JERZY R. KRZYZANOWSKI

Transatlantycki dialog
o wartosciach

Piekna sztuka pisania listow, epistolografia, ma w dziejach literatury polskiej dluga i slawna historie. Wystarczy wspomniec listy Jana III do Marysienki, Juliusza Slowackiego do matki i Zygmunta Krasinskiego do Delfiny Potockiej, pietnascie tysiecy listow napisanych przez Henryka Sienkiewicza, czy wreszcie, w najnowszych juz czasach, imponujace objetoscia (i nie tylko) dotychczas wydane tomy korespondencji Jerzego Giedroycia, by uswiadomic sobie skale i wage umiejetnosci pisania listow. Przez krotki czas istniala obawa, ze sztuka ta zaniknie w miare postepu komunikacji telefonicznej, na szczescie jednak rozwoj faksow i listow e-mail, dowcipnie w kraju zwanych "emaliami", pozwala wierzyc, ze lacinskie porzekadlo verba volant, scripta manent (slowa ulatuja, pismo pozostaje) potwierdzi sie i w czasach elektroniki, pozostawiajac trwale slady czy to na papierze, czy na komputerowych dyskach.

Ciekawa, inteligentna korespondencja to nie tyle przekazywanie informacji, chocby najbardziej interesujacych czy bodaj nawet plotkarskich, co wymiana mysli, idei i pogladow. Jesli zas dwoje korespondentow glosi calkowicie odmienne poglady na jakas sprawe, a ponadto mieszka w dwoch odleglych od siebie krajach, ktorych wady i zalety soba reprezentuje, mamy pelna gwarancje fascynujacej lektury, czyli - w konkretnym przypadku omawianej tu ksiazki Nie minelo nic, procz lat… - dialog o wartosciach prowadzony miedzy Aleksandra Ziolkowska-Boehm z USA a Szymonem Kobylinskim z Polski.

Zbior ich dwustronnej korespondencji obejmuje kilkaset listow pisanych miedzy grudniem 1992 r. a marcem roku 2002, a wiec przez niemal cale ostatnie dziesieciolecie, podczas ktorego dwoje dawnych przyjaciol z Warszawy rozdziela Atlantyk, nad ktorym Aleksandra przelatuje do kraju niemal rownie czesto, jak czesto do Szymona pisuje, w druga zas strone wedruja listy do "Olenki Boehemilej" tak obfite i pelne tresci, ze wiozace je samoloty "brzuchami szoruja po falach, tak im ciezko przez ten Atlantyk" (s. 55).

Czytelnikom Przegladu Polskiego nie trzeba przedstawiac obojga korespondentow. Drukowali w tygodniku wielokrotnie, aczkolwiek Szymon Kobylinski stale sie skarzy o zaniedbanie jego wkladu przez "pania J.", "Madame K.", "J.K.", "Julite", bez podawania nazwiska redaktorki. Pozwala sobie takze na wysoce lekcewazace o niej slowa, co dziwi tym bardziej, gdy czyta sie, jak bardzo o drukowanie w Przegladzie Polskim zabiega. Co ciekawsze, jej nazwisko, mimo ze pojawia sie w tekscie trzykrotnie, nie zostalo uwzglednione w indeksie! Pretensje "grafika, rysownika, karykaturzysty, eseisty i dziennikarza", jak czytamy w zamieszczonym w ksiazce biogramie (s. 265), moga byc zrozumiale, gdy wezmie sie pod uwage obfite honoraria plynace z niezliczonych zrodel w Polsce, co pozwala zrozumiec skargi na "skromne czeki", "na powsciagliwe sumy" z amerykanskiej redakcji, ktora zapewne wyobraza sobie wedlug polskich standardow, jako instytucje pelna sekretarek, redaktorow, personelu pomocniczego. Szkoda tylko, ze odpowiadajac na jego zale Aleksandra Ziolkowska-Boehm, znajaca doskonale amerykanskie realia, nie wyjasnila, iz ta jednoosobowa redakcja robi wspaniala robote, przygotowuje co tydzien czolowe pismo kulturalne zastepujace dzis londynskie Wiadomosci i paryska Kulture, a jesli nadmiar pracy czasem powoduje opoznienie odpowiedzi na kazdy nadeslany list, to czy naprawde zasluguje na tak ostra krytyke ze strony Kobylinskiego?

Cieszy natomiast jego podziw dla korespondentki, wieloletniej najblizszej wspolpracowniczki Melchiora Wankowicza (w eseju poswieconym pisarzowi pisze dowcipnie: "Zycie na co dzien z rozsypujacym sie pomnikiem wymagalo niesamowitych zdolnosci ducha, aby rozsypywanie nie przeslonilo spizowosci, a spizowosc potocznych drobiazgow" s. 278).

Zdawaloby sie, ze charaktery obojga korespondentow pasuja do siebie niemal idealnie - kultura, inteligencja, dowcip, zamilowanie do przyrody i wiejskiego zycia, wszystko to laczy i czyniloby ich listy nadzwyczaj zgodnymi, gdyby nie wkradl sie miedzy nich jeden tylko, ale za to nadzwyczaj kontrowersyjny problem. Problem Ameryki.

Pojawia sie on juz w pierwszy liscie z Polski i przewijac bedzie przez cale dziesieciolecie, az do listu ostatniego, pisanego w pare zaledwie dni po pamietnym 11 wrzesnia 2001 roku. "Bog Ci zaplac - pisze Kobylinski 15 grudnia 1992 r. - takze za dobre slowo o moim tekscie, wyniklym m.in. ze stalego - graniczacego z oslupieniem - podziwu, iz w ogole nasi (zwlaszcza srodowiskowo nasi) wytrzymuja w owym kraju, kedy sie nie podnosi kruszyny chleba przez uszanowanie, ale sie ciska tortami w twarze, nadgryzionego hot-doga ciskajac w smiecie" (s. 5). Ten stereotyp Ameryki, jako obraz najwyrazniej wziety z drugorzednych filmow, powtarzac sie bedzie bez przerwy, a jego zrodlo dostrzec latwo w psychicznym typie autora, czlowieka nastawionego na ogladanie raczej niz czytanie. W calej jego korespondencji przewijaja sie dziesiatki tytulow filmow, "jakimi w monstrualnej obfitosci jestesmy raczeni od Alaski po Wladywostok, filmy hollywoodzkie lub na wzor hollywoodzki robione" (s. 187). Poczatkowy obraz, nadajacy ton calej dalszej korespondencji, jest zdumiewajaco falszywy - kto z nas mieszkajac na tym kontynencie widzial kiedykolwiek w rzeczywistosci ludzi rzucajacych sobie torty w twarz? A poza tym jakze niekompletny: o literaturze, sztuce, nauce - ani slowa. Totez slusznie oburza sie Aleksandra:

"Ze Ameryka malo dala swiatu? Z jakich Ty wysokosci przemawiasz, Szymonie? Zejdz na ziemie. Jezdzisz samochodem dzieki Fordowi, dzieci polskie mialy penicyline dzieki Ameryce, miliardy dolarow idzie na badania naukowe w medycynie, fizyce itd. i caly swiat czeka na rezultaty. Masz elektrycznosc dzieki Thomasowi Edisonowi, telefon dzieki Aleksandrowi Graham Bell, samoloty - Orville i Wilbur, rozwiazania mostow, wiezowcow - przyszly z Ameryki, IBM zaczal rewolucje komputerowa, nie wspomne o osrodku NASA i przestworzach" (s. 221). Te zarliwa i doskonale umotywowana obrone Ameryki cytowac by mozna calymi stronicami, podczas gdy argumenty oponenta sprowadzaja sie do zarzutow wymordowania Indian przez "bialych chamow", niszczenia przyrody, narzucania swiatu the Amercan way of life itp. A wszystko to nie ogladajac Ameryki na oczy, gdyz "bytnosc gdziekolwiek nie ma nic do rzeczy" i "o Ameryce zas mam informacje jakies tysiac dwiescie trzydziesci razy dokladniejsze niz o Wloszech - i bezustannie plyna dalsze. Wizja, fonia, drukiem, wszystkim. Wcale nie musze gdzies postawic stopy, aby miec poglad na to miejsce" (s. 55). Argumentujac w ten sposob, Kobylinski przypomina bohatera powiesci Jerzego Kosinskiego Being There, czlowieka, ktory przez cale zycie nie wychodzil z domu, a wiadomosci o swiecie czerpal z telewizji i w rezultacie wyrosl na operujacego cudzymi frazesami osobnika, ktorego najogledniej okreslic mozna jako ograniczonego. Ale jesli cudze slowa przyjmuje sie za dewize, zalowac wypada, ze Kobylinski zapomnial o zasadzie sformulowanej przed przeszlo dwustu laty przez starego Goethego: wer den Dicher will verstehen muss in Dichters Lande gehen (kto zrozumiec chce poete, musi pojechac do jego kraju). A co dopiero mowic o zrozumieniu nie tylko pisarza, ale calego kraju!

Szymon Kobylinski ukazuje sie przez swoje listy jako osobnik motywowany dwiema poteznymi pasjami: antyamerykanizmem i antykomunizmem. I podczas gdy ta druga odgrywa w korespondencji role raczej drugorzedna, obsesja antyamerykanizmu przeslania temu skadinad madremu czlowiekowi prawde, zastepowana obrazami wzietymi z drugorzednego kina i telewizji, co, jak wiadomo, nie stanowi najlepszego zrodla. Nie mozna jednak zyc tylko negatywnymi uczuciami, totez Szymon rekompensuje je motorami silniejszymi niz obsesje - miloscia do rodziny, praca, ukochaniem zwierzat i wsi, niemal symbolicznie nazwanej Gniazdowo, a kazda z tych spraw zajmuje nalezne, poczesne miejsce w jego listach. I tu pelna zgodnosc z Aleksandra Ziolkowska-Boehm pozwala na ciekawy miedzy nimi dialog o podstawowych wartosciach zycia, zamiast politycznej czy ideologicznej polemiki.

Autorka imponujacej liczby ksiazek, podrozniczka i gleboka patriotka zarowno Polski, jak i Ameryki, znajduje z Szymonem Kobylinskim wspolny uczuciowy ton dla tych samych spraw, jakie tak pozytywnie nastrajaja go do zycia. Gdzie moze - stara sie go przekonac, gdzie moze - polemizuje i spokojnie argumentuje, czasem jednak, poniesiona temperamentem, potrafi wykrzyknac: "Nie rozumiem takze, skoro tak sie nie ceni w Polsce Ameryki, dlaczego euforia wszystkich ogarnela, ze Wajda ma przyznanego Oskara? Dlaczego nie wzruszono ramionami? Dlaczego sukces Rysia Kapuscinskiego zostal ogloszony sukcesem, kiedy ukazaly sie w Ameryce jego ksiazki? Dlaczego Polacy snobuja sie na Ameryke, w ogole snobuja sie na wiele innych krajow, skoro pogardzaja wieloma i mysla, ze oni ´zlote ptacyª? Jakie zlote ptacy? Wroble i wrony. Ale kocham te szare wrobelki, bo moje i swojskie. Nie napadam jednak na innych, bo, Szymonie - mam perspektywe i widze dobre i zle strony wielu miejsc" (s. 222). A dalej, nie mogac przekonac korespondenta: "My rozmawiamy jak dziad z baba: on swoje, ona swoje…" (s. 248). Na ogol jednak listy Aleksandry sa zrownowazone, rzeczowe, a gdy idzie o tematyke ideowego sporu - pelne uczucia dla Ameryki. I to nie tej z ekranu, ale prawdziwej, przemierzonej, wlasnym doswiadczeniem poznanej, od historii zaprzyjaznionych osobiscie Indian po osiadlych tu Polakow - "Amerykanow z wyboru", jak zatytuluje jedna ze swych ksiazek. Totez listy jej mozna i nalezy odczytywac nie tylko jako obrone prawdy o Ameryce, ale takze jako umiejetna argumentacje przeciw tym wszystkim, ktorych sposob myslenia obciaza spadek "zniewolenia umyslow" z ubieglego piecdziesieciolecia.

Dodac warto, ze ostatni list Szymona Kobylinskiego pisany jest bezposrednio po 11 wrzesnia 2001 r., jednak nie wyraza ani opinii, ani nawet wspolczucia dla Ameryki, mowi jedynie o tym, ze dzieci z podlaskiej wioski odspiewaly po angielsku "kantate swiatowej solidarnosci" (s. 260) - to wszystko. Raz jeszcze wroci do tego tematu w ankiecie na temat Ameryki, piszac, ze "tragedia z 11 wrzesnia [to] (straszny wypadek dla kogos, kto uprzednio nie zaznal ani zewnetrznej, ani wewnetrznej agresji totalizmu oraz lat wojennych)". Nie wiemy, jak potoczylaby sie dalsza ta ten temat korespondencja, gdyz Szymon Kobylinski zmarl w pol roku pozniej, 15 kwietnia 2002 roku, przezywszy lat 75. Przed smiercia zdazyl jeszcze odpowiedziec na nadeslane przez Aleksandre Ziolkowska-Boehm pytania ankiety, a odpowiedzi te sa tylko jeszcze ostrzejszym niz listy wyrazem niecheci do tego kraju. "Opinie o USA narzuca od kolyski tok zycia z jego informacjami, zaczyna Mickey Mouse i kowboje najdawniejszych komiksow, kontynuuje tysiac filmow od Chaplina plus Flip i Flap (Laurel and Hardy), poprzez wszystkie Robin Hoody, panteon Hollywoodu, az po porazajaca perfekcje ekranu z jego obywatelami Kane tudziez rekordami kiczu typu Kleopatry - narzuca literatura i wreszcie bezlik kontaktow z ludzmi stamtad, gdzie obok tepego Polonusa sklada wizyte u nas na wsi Erskine Caldwell, bezmyslna maszynka od newsow z firmy CNN, albo bystry cwaniaczek z ktorejs gazety. W sumie natlok wrazen, wciaz w sosie wrodzonej wyzszosci NAS EUROPEJCZYKOW nad NUWORYSZAMI, CO WYTLUKLI BIZONY DLA DOLARA…" (s. 266).

Wystarczy? Czyzby wiec popierane pretensjami zabiegi swiatlego Europejczyka o rozpowszechnianie jego utworow wsrod "tepych Polonusow" mialy tlo bardzo przyziemne - po prostu materialne?

Mysle, ze ksiazke te nalezy goraco polecic tym wszystkim, dla ktorych Ameryka jest obiektem milosci, jak i tym, ktorzy jej nienawidza. Jedni i drudzy znajda tu potezna dawke materialu do przemyslenia, co w rezultacie pozwoli im na wyciagniecie wlasnych - oby wlasciwych - wnioskow.

------------------------

Szymon Kobylinski, Aleksandra Ziolkowska-Boehm, Nie minelo nic, procz lat…, Wydawnictwo Nowy Swiat, Warszawa 2003, s. 304 cena 16 dol. plus 8,625% NY tax i 6,50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail