[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (12 grudnia 2003)


Marek Kusiba

Zabka przez Atlantyk

Broniewski na wiezy

Jest niedziela, 7 grudnia. Siedzimy przy kawiarnianym oknie najwyzszej wolnostojacej konstrukcji swiata, ktora niesprawiedliwie jakos nie zdobi tegoz swiata stolicy, czyli Nowego Jorku, a skromne Toronto. Syn poetki Anny Frajlich byl tu przed laty z kolega, a po powrocie do zasmieconego (wtedy) Nowego Jorku stwierdzil, ze w Toronto trzeba koniecznie "rzucic jakis papierek". Zrobili to za niego moi synowie nie raz i nie dwa. Mieszkalismy wtedy o rzut kamieniem od ulicy Balmuto, na ktora w poniedzialek rano posypie sie gruz zawalonego kina. Ale nie uprzedzajmy wypadkow.

Jest wiec niedziela i na CN Tower w Toronto rozmawiamy o zlozonych przyczynach skoku Jana Lechonia z okna hotelu Hudson w Nowym Jorku. Jest z nami specjalistka od poezji autora Arii z kurantem, doktor Joanna Kisielowa, ktora nie byla w poblizu hotelu Hudson w Wielkim Jablku, co nie obniza wartosci jej pracy, ale prowokuje pytania o sens wyjezdzania w celu pisania (co robi np. R. Kapuscinski). Tymczasem jablko dnia toczy czerw ksiezyca, poetka Anna Frajlich wierszem nas zachwyca: Jezioro Ontario/ srodziemne morze polnocy/ pluszcze sie w sloncu/ listopada. Bogu dzieki juz grudzien, ale dzien sloneczny i jezioro Ontario, rozciagniete u naszych stop, zgadza sie z opisem pani Anny. Wzeszedl byl wlasnie ksiezyc, a krytyk literacki Marian Kisiel, specjalista od Tadeusza Rozewicza i literatury emigracyjnej, obchodzi dzisiaj urodziny. Pomiedzy jednym a drugim lykiem piwa Molson Canadian rzuca nieoczekiwanie pomysl napisania wspolnie wiersza. Parafrazujac Broniewskiego, ktorego recytuje nam pieknie Anna Frajlich, improwizujemy, majac swiadomosc donioslosci chwili; oto bowiem literatura krajowa i literatura niekrajowa, czyli nieistniejaca, harmonijnie wspoltworza kolorowa makatke, gotowa do zawieszenia w biurze ministra kultury Waldemara Dabrowskiego (jak wiemy, Mazurek Dabrowskiego powstal tez na emigracji).

Nastepnego dnia w Toronto runal nieudolnie rozbierany budynek kina. Sciana przewrocila sie na pobliska szkole jezyka angielskiego. Zginela jedna osoba a czternascie zostalo rannych. W dwie godziny pozniej nieswiadom niczego przywiozlem w poblize tego miejsca Anne Frajlich. Poetka spieszyla sie na wyklad o portretach Mickiewicza, ale chciala wpierw zdazyc do banku. Nie, nie musiala zaplacic sluchaczom ani za sluchanie, ani za prawo mowienia o Mickiewiczu - pomimo kontaktow Wieszcza z muzulmanami - ale do banku musiala zdazyc przed zamknieciem.

Ulice odciete byly kordonami samochodow policyjnych. Na chodnikach staly telewizyjne wozy transmisyjne, nadajace bezposrednia relacje z akcji ratowania zywcem pogrzebanych. Myslelismy, ze kreca film. Pani Anna podeszla do kontuaru, ja poszedlem po kawe. Z Timothy's dojrzalem tlum mlodych ludzi, stojacych w przeszklonych drzwiach Manulife Centre. Pomyslalem, ze to gapie, patrzacy na filmowa akcje, obrazek czesty na torontonskich ulicach. Gdybym wyjrzal, zobaczylbym ogromna sterte gruzu, grzebiacych w niej strazakow, karetki pogotowia, policjantow, jakiegos chlopca na noszach, placzacych mlodych ludzi, slowem horror, niczym zywcem wyjety z manhattanskiej tragedii WTC - w wielokrotnym, oczywiscie, pomniejszeniu; tragedia wszakze zawsze jest jednakowo wielka dla tych, co jej doswiadczaja.

Zobaczylem to wszystko dopiero wieczorem w telewizji. Tymczasem wtedy spokojnie wrocilem po pania Anne i choc o metry dalej toczyla sie walka o zycie, o ktorej nie mialem zielonego pojecia, pobieglismy na wyklad. Przez godzine z okladem poetka mowila o Adamowych portretach. Gdy skonczyla, podeszla do niej kolezanka, ktorej nie widziala z dziesiec lat. Koniecznie chciala porozmawiac. R.V. okazala sie byc wielbicielka jej poezji. Zaprowadzilem panie do niedalekiej kawiarni i pozostawilem je sobie samym. Zapadal zmierzch, akcja ratunkowa trwala nadal, spod gruzow wydobyto znowu jakiegos mezczyzne, a ja, dalej nieswiadom niczego, siedzialem sobie spokojnie z laptopem na kolanach w ksiegarni; od miejsca katastrofy oddzielala mnie jedynie sciana ksiazek.

Nie wiem, czy to jest dobre porownanie, ale te sciany ksiazek, owe Himalaje literatury, oddzielajace badaczy od zycia, musza przeslaniac im prawdziwy obraz i samych pisarzy, i opisywanych przez nich dramatow osobistych - tak w przypadku Lechonia, jak i wszystkich bez mala pisarzy polskich zyjacych na emigracji. Nie twierdze, ze aby badac emigracje, nalezy wpierw na emigracje sie udac. Nie twierdze tego, bo zaraz ktos zlosliwy powie, ze aby wiernie zbadac los Lechonia, nalezy skoczyc z dziesiatego pietra.

Pojechalismy na kolejne spotkanie literackie. Przez dwie godziny Anna Frajlich i Marian Kisiel mowili znowu o literaturze. Ona o doswiadczeniu emigracji, on o emigracji widzianej z Polski. Wszyscy mowili o literaturze. O podzialach na krajowa i niekrajowa, o mechanizmach powrotu i sytuacji bez wyjscia. Kilometr dalej psy przeszukiwaly gruzowisko, strazacy przekopywali szczatki budynku w poszukiwaniu sladow zycia, a mysmy poszukiwali sposobow na wprowadzenie swiadomie zapomnianej, niechcianej literatury emigracyjnej w obieg literatury krajowej. Jakby to mialo jakiekolwiek znaczenie lub szanse powodzenia.

Przy kolacji tez rozmawialismy o literaturze, jakzeby inaczej. Henryk Dasko wypytywal profesor Tamare Trojanowska o powody zaniku etosu romantycznego w literaturze krajowej, podczas gdy profesor Anna Frajlich opowiadala magister Barbarze Ewie Krawczyk o symbolistach rosyjskich. O tych malo romantycznych scenach spod Manulife Centre jeszcze nie mielismy pojecia, zajeci caly dzien poezja, proza i poza. Zanik etosu romantycznego w tworczosci Krzysztofa Vargi, Marka Bienczyka czy Andrzeja Stasiuka unosil sie nad naszym stolem niczym kurz znad rozwalonego kina na Balmuto Street, gdzie sztuka zderzyla sie z zyciem naprawde, dowodzac po raz kolejny wyzszosci zycia nad literatura i literatury faktu nad literatura fikcji. W ksiegarni Indigo, przylegajacej do miejsca tragedii, siedzial zwykly o tej porze tlumek czytajacych i pijacych spokojnie kawe ze Starbucks. Zycie jak zwykle bralo gore nad smiercia. I literatura takze.

Wieczorem z koperty wyjalem ksiazke, ktora nadeszla od Ryszarda Kapuscinskiego. Pierwszy rozdzial jego Autoportretu reportera zaczyna sie od slow: "Urodzilem sie na Polesiu. Jestem w ogole wykorzenionym czlowiekiem". Dwa zdania dalej pisze: "Kiedys czesto mnie pytano - a zdarza sie to i teraz - czy nie zamierzam emigrowac. A ja odpowiadam: przeciez juz wyemigrowalem. Moj dom jest gdzie indziej, w innym panstwie. (...) Strasznie jestem ciekaw swiata".

Przyczyny skoku Jana Lechonia z okna hotelu w Nowym Jorku zdaja sie byc o wiele bardziej zlozone, nizby sie moglo wydawac siedzacym czy to w warszawskiej, czy torontonskiej kawiarni na CN Tower, z ktorej w niedziele, 7 grudnia, dostrzec jeszcze mozna bylo budynek kina, ktory w kilkanascie godzin pozniej runal ludziom na glowy.


 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail