[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (12 grudnia 2003)


"Nigdy nie wiadomo,
kiedy zaczyna sie cos powaznego..."

Ze Stefania Toczyska rozmawia Agnieszka Malatynska-Stankiewicz

Agnieszka Malatynska-Stankiewicz: - Metropolitan Opera w Nowym Jorku, La Scala w Mediolanie, Staatsoper w Wiedniu, Covent Garden w Londynie, Teatr Colon w Buenos Aires, opery w: Paryzu, Berlinie, Monachium, Bazylei, San Francisco itd. Sceny, na jakich Pani wystepowala, mozna by wymieniac dosc dlugo. Czy Pani liczyla, w ilu teatrach juz spiewala?

Stefania Toczyska: - Nigdy nie liczylam teatrow i nigdy nie liczylam kolejnych przedstawien. Zawsze mnie smieszyli ci, ktorzy mowili, np. "dzis spiewam 77. przedstawienie Trubadura". Chcialam w tym momencie powiedziec, "a co ci to da, ze wiesz, iz jest to 77. przedstawienie". Gdyby to bylo 13. przedstawienie, i w piatek, to rozumiem, ze taka wiedza jest potrzebna.

- Czy to znaczy, ze jest Pani przesadna?

- Jestem, ale mam nadzieje, ze nie za wiele. Choc czasami jednak nie za bardzo wiem, kiedy sie konczy, a kiedy zaczyna zabawa w przesady.

- Teatr - zwlaszcza operowy - jest pelen przesadow.

- Dlatego jak spadna na podloge nuty, zawsze je przydeptuje, i to dwiema nogami. Tak na wszelki wypadek. Nigdy nie pozwolilam sobie zagwizdac w teatrze. Poza tym zawsze z daleka omijam tych, ktorzy w teatrze chodza z pusta szklanka. Mozliwe, ze z powodow przesadow, w Ameryce garderoby oznaczone sa literami, a nie cyframi, jak w Europie. Nie ma wtedy przepychanek, kto bedzie mial garderobe ze szczesliwym numerem siodmym.

- Czy przesady wplywaja na Pani zycie? To znaczy, czy Pani zwraca uwage, aby nie mieszkac na trzynastym pietrze czy nie spiewac trzynastego, w piatek?

- Nie, bo bylaby to juz przesada.

- Choc na stale mieszka Pani w Wiedniu, dosc czesto mozna Pania uslyszec w Polsce, i to w przeroznym repertuarze. Spiewala Pani arie operowe, ale rowniez piesni, np. Gustawa Mahlera, Mieczyslawa Karlowicza czy ostatnio w Krakowie, gdzie przebywala Pani na zaproszenie Towarzystwa Straussowskiego - piesni Richarda Straussa. Jaki repertuar - operowy czy filharmoniczny - jest Pani najblizszy?

- Kazdy utwor, ktory przygotowuje, a potem wykonuje, jest mi bliski. I kazdy cenie. Ale gdybym miala wybrac pomiedzy filharmonia a teatrem, zdecydowalabym sie na teatr. Bo scena jest moim zyciem.

- Czy ma Pani partie operowa, ktora darzy szczegolna sympatia?

- Poniewaz unikam stwierdzenia "ulubiona rola", powiem, ze najblizszy jest mi repertuar wloski. Pewnie dlatego najczesciej wykonywalam partie Amneris w Aidzie Verdiego.

- Dodajmy, ze wystepowala Pani w tytulowej roli "Carmen" oraz jako Izabela we "Wloszce w Algierze", Azucena w "Trubadurze", Ebola w "Don Carlosie", Ulryka w "Balu maskowym", Rozyna w "Cyruliku sewilskim", Dulcynea w "Don Kichocie", Laura w "Giocondzie", Maryna w "Borysie Godunowie", Marfa w "Chowanszczyznie" itd. Czy ktoras z tych partii miala dla Pani szczegolne znaczenie?

- Czas przygotowywania, uczenia sie partii, czyli dochodzenia do dojrzalosci artystycznej, jest najwspanialszym momentem w zyciu spiewaka. Nawet wykonywanie tej samej roli, ale w roznych teatrach, z innymi partnerami, jest dla mnie zawsze ogromnym przezyciem. Wiele zalezy od atmosfery, jaka stworza partnerzy. Dlatego wszystkie z moich rol byly na swoj sposob dla mnie wazne.

- Miala Pani bardzo wybitnych scenicznych partnerow, sa wsrod nich m.in.: Monserrat Caballé, Renata Scotto, José Carreras, Placido Domingo, Nicolai Gedda i Luciano Pavarotti. W kim znalazla Pani pokrewna dusze?

- Partner na scenie to jest ktos, kto uskrzydla, kto chce byc najlepszy. Podczas pracy miedzy partnerem a mna rodzi sie pewnego rodzaju konkurencja, ktora powoduje, ze poziom przedstawienia wzrasta. Przewinelam sie przez tyle teatrow, ze musialabym wymienic dziesiatki nazwisk wspanialych partnerow, ktorym wiele zawdzieczam. Boje sie, ze moglabym kogos pominac.

- Zapytam zatem wprost: jakim partnerem jest Pavarotti?

- Cudownym. Debiutowalam z nim w Ameryce, w San Francisco. Spiewalismy razem - po raz pierwszy w zyciu - Gioconde Ponchiellego. Wszyscy mielismy wtedy ogromna treme, bo oczekiwania po tej premierze byly bardzo wysokie. Czas, kiedy przygotowywalismy ten spektakl, wspominam jak bajke. Zycze wszystkim spiewakom, aby mieli taki moment w zyciu. Luciano Pavarotti, ktory wedlug mnie dysponuje najpiekniejszym glosem, skupia w sobie cechy wspanialego artysty i cudownego czlowieka. Wiele sie od niego nauczylam.

- Duzo zalezy od partnera, zwlaszcza w takiej sytuacji, w jakiej Pani sie znalazla, czyli amerykanskiego debiutu. To bylo Pani amerykanskie "byc albo nie byc".

- I tak to tez odczuwalam. Balam sie, czy spiewajac z tak fantastycznymi artystami, potrafie im dorownac, czy podolam, czy udzwigne powierzone zadanie. Czulam strach, ale i nobilitacje. Z tymi uczuciami bylam jednak pozostawiona sama sobie. Nikt sie nie pytal, czy sie denerwuje, czy przezywam.

- A denerwowala sie Pani?

- Ogromnie. Zwlaszcza gdy przedstawienie bylo transmitowane w telewizji na zywo. Bo kiedy stoi sie przed kamera, nie ma juz ratunku.

- Jak ukladala sie Pani wspolpraca z Placido Domingo?

- Znakomicie. Poznalam go w Wiedniu. Spiewalam z nim pierwsze przedstawienie Carmen. W III akcie na scene wjezdzalismy razem na bialym koniu. Bylo to dla mnie wielkie przezycie, glownie dlatego ze wowczas Placido byl jeszcze dosc okraglym mezczyzna, przez co caly czas sie zastanawialam, jak sie pomiescimy. Placido od razu wydal mi sie cudownym czlowiekiem, niezwykle wrazliwym. Pewnego dnia podczas przerwy w spiewaniu kolejnego przedstawienia Carmen Placido przyszedl do mojej garderoby i zapytal, nad czym teraz pracuje. Bylam zaskoczona, ze interesuje go, co robie. Kiedy dowiedzial sie, ze przygotowuje sie do wystepu w malo znanej operze Donizettiego Belisario, powiedzial: "To daj nuty, popatrzymy sobie razem na ten utwor". Wzial ode mnie partyture, usiadl przy fortepianie i zaczal grac. Pomyslalam: taki wielki spiewak i pracuje ze mna. Potem spotykalismy sie na scenie wiele razy, m.in. w teatrze w Houston.

- Zaproszenie do Metropolitan Opera bylo wynikiem Pani wystepow w Ameryce. Wystepowala Pani w wielu wielkich miastach Ameryki, stawala sie Pani juz znana.

- Kiedy przyjechalam do Nowego Jorku i szlam do teatru, serce bilo mi bardzo mocno. Mialam swiadomosc, ze jest to najwazniejszy moment w moim zyciu. Zastanawialam sie, czy to prawda, czy sen. Czy ja rzeczywiscie wystapie w Nowym Jorku. Nie zapomne nigdy tych pierwszych chwil: wejscia do budynku, podania na portierni nazwiska, chwili oczekiwania na kogos z obslugi, kto prowadzil mnie do garderoby, pokazal, gdzie jest wejscie na scene. A potem pierwsza proba ze wszystkimi solistami i znowu ogromne emocje: czy dam rade?

- Jak to sie stalo, ze absolwentka Panstwowej Wyzszej Szkoly Muzycznej w Gdansku tak szybko doszla na szczyty kariery? Czy zastanawiala sie Pani, czemu zawdziecza swoj sukces?

- Niestety, na sukces nie ma metody. Gdybysmy przeanalizowaly moja dzialalnosc, nie wiem, czy bylybysmy w stanie odpowiedziec na to pytanie. Teraz, gdy nad tym sie zastanawiam, dochodze do wniosku, ze wszystko w zyciu jest tak samo wazne. Nawet najmniejszy koncert czy wrecz koncercik, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zaczyna sie cos powaznego. Trzeba pracowac dzien za dniem, bo wtedy dzialalnosc artystyczna uklada sie w jeden wielki lancuch kolejnych stopni, do wiekszej lub mniejszej kariery. Kiedys przed laty, gdy bylam jeszcze studentka i jezdzilam do roznych klubow, aby pokazac sie publicznosci, zastanawialam sie, na ile ci ludzie, ktorzy sa rolnikami albo pracownikami zakladow przemyslowych, przezywaja piesni Schuberta, Brahmsa czy Czajkowskiego. Wtedy przekonalam sie - doswiadczajac znakomitej reakcji takiej wlasnie publicznosci - ze wszyscy sluchacze sa wazni, niezaleznie od tego, gdzie sie spiewa.

- Wiekszosc artystow podziela Pani zdanie, ze nie ma znaczenia, gdzie i dla kogo sie wystepuje. Ale jednak - z punktu widzenia kariery - ma to znaczenie.

- Jezeli jednak nie byloby malych koncertow - nie byloby i kariery. Nie mozna wejsc na szczyt nie przechodzac poszczegolnych stopni. Jedni maja droge do kariery dluzsza, inni krotsza, ale wszyscy musza ja pokonac.

- Czy spiewanie w malych miejscowosciach spowodowalo, ze obyla sie Pani ze scena? Czy to jest wlasnie recepta na oswojenie sie z publicznoscia?

- Nie ma recepty. Artysci powinni pamietac, ze to, co robia dzis, pracuje na ich jutro. Zwlaszcza te slowa powinni sobie powtarzac wszyscy niecierpliwi, ktorzy boja sie, ze utkna gdzies w malym teatrze, ktorzy marza o najwiekszych scenach operowych.

- A Pani marzyla?

- Jesli nawet, to skrycie. Zawsze sobie wyobrazalam, ze wszyscy wokol mnie dotra na szczyty, ale o sobie tak nie pomyslalam. Kiedy jednak zaczelam wystepowac na najwiekszych scenach swiata, mialam poczucie, ze dostapilam najwiekszych zaszczytow.

- Zawsze Pani powtarza, ze duze znaczenie w Pani rozwoju artystycznym mialy dwie nauczycielki, jedna z Torunia - prof. Muchowiecka, druga z Gdanska - prof. Iglikowska. Przez wiele lat wspolnej pracy wytwarza sie ogromna wiez miedzy uczniem i nauczycielem, czesto przeradzajaca sie w trwajaca przez cale zycie przyjazn. Ktorej z nauczycielek Pani wiecej zawdziecza?

- Moje nauczycielki bardzo sie miedzy soba roznily. Sadze, ze gdyby sie spotkaly, na pewno by to wywolalo "trzesienie ziemi". Pierwsza mowila, ze nie mozna zbyt duzo spiewac, aby nie zedrzec sobie strun glosowych, podczas, gdy druga zawsze twierdzila, ze trzeba spiewac jak najwiecej, jesli tylko ma sie na to sile i ochote. Tak naprawde zaden z tych pogladow nie jest wlasciwy, bo w spiewaniu, tak jak we wszystkim, najlepszy jest umiar. Czyli za malo - niedobrze, za duzo - jeszcze gorzej. Spotkanie z prof. Muchowiecka bylo dla mnie wejsciem do raju. Pierwsze lekcje z nia, z tak wielka indywidualnoscia, staly sie dla mnie ogromnym przezyciem i mialy wielki wplyw na moje dalsze losy. Trzeba pamietac, ze wowczas zajmowalam sie zupelnie innym rodzajem muzyki.

- Przypomnijmy, ze byla Pani wtedy poczatkujaca piosenkarka. I o takiej karierze Pani marzyla.

- To pani profesor odkryla przede mna swiat klasyki. Wydawalo mi sie wtedy, ze nie bede potrafila nauczyc sie spiewac. Prof. Muchowiecka byla niezwyklym czlowiekiem, wspanialym, wrecz zjawiskiem. Jej sposob mowienia i uczenia byl dla mnie fascynujacy. Dzieki niej mialam poczucie, ze stalam sie kims zupelnie innym i ze wszystko moge jeszcze zrobic. Zawsze byla dla mnie niedoscigniona. Do poznej starosci fascynowala mnie. Do dzis pamietam dotyk jej reki.

Profesor Iglikowska byla natomiast drapiezna. Widoczny byl w niej wielki zar zawzietosci, aby pokazac sie z jak najlepszej strony, przygotowywac repertuar, pojechac na konkurs i zobaczyc, jak na spiewanie zareaguje publicznosc, co powiedza jurorzy. Bo konkurs to przepiekna forma pracy nad soba. Przygotowywanie repertuaru i wielka nadzieja na zaistnienie w zyciu spiewaczym. Zawsze powtarzam, ze nagrody zdobyte w konkursie o niczym nie decyduja, ale sprawiaja, ze zaciskamy piesci, chcemy pracowac, budowac siebie. Ten zar, ktory rozpalamy w sobie w trakcie przygotowywania sie do konkursu, zostaje potem na cale zycie.

- W Pani przypadku nagrody jednak mialy wplyw na Pani zycie. Zdobyla Pani trzy nagrody w znaczacych konkursach wokalnych w: Tuluzie, Paryzu i Hertogenboch.

- Tak, ale trudno mi sobie wyobrazic, ze po latach wielkie postaci sceny szczyca sie tym, ze zdobyly nagrody na konkursach. Znam wiele osob, laureatow konkursow, ktorzy nie zrobili kariery. I znam takze artystow, ktorzy nie wygrali znaczacych konkursow i dotarli na najwieksze sceny operowe. W tym zawodzie najwazniejsza jest praca, i to praca permanentna.

- Jednak nagroda w konkursie pozwala skrocic droge do kariery, daje szanse.

- Na pewno tak, ale bez pozniejszej ciezkiej pracy nic nie znaczy.

- I Pani nadal pracuje, mimo sukcesow, uznania, pozycji w zawodzie?

- Tak. Moje zycie artystyczne bylo zawsze zwiazane z praca nad nowym repertuarem, z uczeniem sie kolejnych rol i utworow. I to trwa do dzis. Nauka w tym zawodzie nigdy sie nie konczy. Tym bardziej ze nie wiemy, jak dlugo bedziemy sprawni w zawodzie, tego nie potrafimy przewidziec. Np. Artur Rubinstein gral do poznej starosci.

- W porownaniu z instrumentalistami wokalisci sa jednak w gorszej sytuacji. Glos szybciej sie zuzywa, zwlaszcza glos wysoki.

- Oczywiscie, ze tak. Ale tancerze sa w jeszcze gorszym polozeniu. Ich kariera sie konczy znacznie szybciej. Dlatego nalezy byc swiadomym, ze przyjdzie taki moment w zyciu, kiedy trzeba bedzie odejsc ze sceny. Na razie jednak, poki mozna spiewac, trzeba sie rozwijac i doskonalic. Bo byc moze dostalismy od Boga dlugie zawodowe zycie.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail