PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (28 listopada 2003)


Dwa istnienia rozszczepione

Z Anna Frajlich rozmawia Czeslaw Karkowski, cz. II


Czeslaw Karkowski: - Jak sie czujesz w roli pisarza emigracyjnego?

Anna Frajlich: - Dobrze, a to dlatego, ze w Polsce nie bylam rozpieszczona. Pierwsza ksiazke wydalam na emigracji. I od takiej sytuacji, od takiej pozycji zaczelam - od tej swoistej pustki, punktu zerowego.

- Twoja pierwsza ksiazka wyszla w Londynie...

- Tak, w Londynie, czyli rowniez daleko ode mnie, daleko od Nowego Jorku, gdzie mieszkam. Ukazala sie staraniem Stanislawa Gliwy, to bylo wydanie bibliofilskie w nakladzie 350 egzemplarzy, wprawdzie pieknie wydanych, recznie opracowywanych, ale o malym zasiegu. Gliwa rzeczywiscie robil bibliofilskie ksiazki, wykonywal wszystko recznie, ale tego rodzaju technika mogla powstac ograniczona liczba egzemplarzy.

Wprawdzie przed wyjazdem z kraju w 1968 r. zlozylam ksiazke w PAX-ie, ale potem nastapila emigracja i sprawa zostala zapomniana. Poza tym po calym doswiadczeniu emigracyjnym faktycznie zaczelam inaczej pisac - i mam nadzieje, ze lepiej, stad tez i nie interesowalam sie tym, co zostawilam w Polsce.

Zachowalam list z PAX-u. Ocena tomiku byla pozytywna, informowano mnie jednak, ze zamknieto juz liczbe wydawnictw na ten rok, prosza wiec, zebym sie zglosila w nastepnym. List ten podniosl mnie wowczas na duchu, ale wyjechalam, wiec zostala tylko pamiatka.

- Potem nastapila dluga przerwa...

- Tak, po wielu latach zadebiutowalam juz na emigracji. Moja pierwsza ksiazka wyszla w 1976 r. Ale pierwszy w ogole wiersz wydrukowalam w 1958 r., kiedy jeszcze bylam w szkole sredniej. Minelo wiec prawie 20 lat. Na nowo, jako poetka emigracyjna, zaczelam pisac w londynskich Wiadomosciach.

- Dlaczego tam?

- A gdzie indziej? Wtedy na Zachodzie wychodzily Wiadomosci i Kultura. Kultura miala nastawienie raczej polityczne, choc wiersze drukowala. Po pewnym czasie w niej tez publikowalam. Ale w tamtych latach, tj. w polowie lat 70., Wiadomosci byly jedynym literackim pismem.

- A w Ameryce?

- Nowy Dziennik z literackim dodatkiem dopiero zaczynal zdobywac tutejszy rynek, a tym, co bylo w Chicago, poczatkowo nawet sie nie interesowalam. Wiadomosci byly najbardziej znane, prestizowe, dostepne w Ameryce.

- Wtedy redaktorka tygodnika byla juz Stefania Kossowska?

- Pierwszy list pisalam jeszcze do Michala Chmielowca. Moj debiut w Wiadomosciach nastapil w 1971 r. Mieczyslaw Grydzewski byl juz wtedy chory. Ale wkrotce Chmielowiec rowniez zachorowal i nadzor nad redakcja wziela w swoje rece pani Kossowska. W takich warunkach nastapil moj debiut emigracyjny. Przyjechalam do Nowego Jorku w czerwcu 1970 r., ale mialam wiersze jeszcze napisane w Rzymie, gdzie spedzilam jakis czas przed emigracja do Stanow Zjednoczonych.

Moje wiersze ukazaly sie na pierwszej stronie Wiadomosci. To bylo swoiste "namaszczenie". Potem gdziekolwiek tutaj, w Nowym Jorku, poszlam, kogokolwiek spotykalam, juz mnie znano, wiedziano, kim jestem. Malo tego, liczylo sie to rowniez, kiedy pozniej pojechalam do Chicago, do London w Ontario...

- Istnialo wiec jakies srodowisko odbiorcow literatury?

- W jakims sensie - tak. Rekrutowalo sie z prenumeratorow Kultury i Wiadomosci. Zyl jeszcze wtedy w Nowym Jorku Jozef Wittlin, ale nie mialam odwagi, zeby do niego pojsc. Nie mialam tez odwagi skontaktowac sie z Czeslawem Miloszem, a moze trzeba bylo, bo byl on bardzo zyczliwy. Nikogo nie poznalam, ludzi zaczelam poznawac dopiero pozniej. Byl Jan Kott w Stony Brook. To dzieki niemu dostalam lektorat na tamtejszym uniwersytecie. Moj szef z Polski, niewidomy pisarz Jerzy Szczygiel, napisal do Kotta, ktorego byl kiedys studentem, zeby sie mna zajal.

Ten lektorat to bylo szalenstwo. Dwa razy w tygodniu jechalam do Stony Brook pociagiem, zarabialam 120 dolarow na miesiac, tymczasem musialam za kazdym razem wydac cos na podroz, na jedzenie. Tak ze praktycznie zarobek pokrywal mi poniesione koszty. Od strony finansowej nie bylo to nic warte, wysilek przy tym ogromny, ale te zajecia mialy ogromne znaczenie, bo od razu znalazlam sie na uniwersytecie, moglam to wpisac do zyciorysu, co sie liczylo, gdy dziesiec lat pozniej skladalam podanie na Columbia University.

Z Kottem zaprzyjaznilam sie bardzo. Spotykalam go czesto, ale on tez nie mial jakiegos "srodowiska"; byl samotny, choc zarazem bardzo znany. Ale trzeba miec swiadomosc dwoch rodzajow kultur: francuskiej - z kawiarnia literacka, i anglosaskiej. W tym modelu kazdy pisarz sytuuje sie jak najdalej od ludzi, czasem sie tylko spotyka z innymi. Ale codziennosc spedza sie w samotnosci. Rowniez Czeslaw Milosz, ktory przeciez byl bardzo znany, powiedzial mi kiedys w wywiadzie dla Wolnej Europy: "Samotnosci nikt nie wybiera".

W Stony Brook byl tez Roman Karst, ktory uczyl niemieckiej literatury na tamtejszym uniwersytecie. Pisalam nawet o nim pozniej wspomnienie do paryskiej Kultury na prosbe Jerzego Giedroycia. To wlasnie Karst pozyczal mi pierwsze numery Wiadomosci, gdzie publikowal swoje znakomite eseje.

W Polsce zupelnie o nim zapomniano. Kiedy obchodzono jakas okragla rocznice Tworczosci i caly numer poswiecono temu wydarzeniu, to nawet o Karscie nie wspomniano, a w swoim czasie byl on zastepca redaktora naczelnego.

W Stony Brook byl rowniez Edward Czerwinski, kierownik katedry slawistyki i germanistyki, dzialal w tamtejszym osrodku teatralnym, gdzie wystawiano troche polskich sztuk, sprowadzano pisarzy, rezyserow.

- Jakies srodowisko jednak bylo.

- Byli ludzie z mojej emigracji 1968 r., ale moja tworczosc poetycka malo ich interesowala. Byc moze pracowali gdzies na tutejszych wyzszych uczelniach, ale ja ich nie znalam. Spotykalismy sie od czasu do czasu w Polskim Instytucie Naukowym. To tam tez czytalam Wiadomosci, na prenumerate nie bylo mnie stac. Pracowalam w laboratorium i stamtad mialam niedaleko do PIN-u, ktory wtedy miescil sie po wschodniej stronie przy 66 Ulicy. Przybiegalam tam w czasie lunchu, zeby przeczytac tygodnik.

W Fundacji Kosciuszkowskiej pracowal Edward Dusza, poeta, ale mielismy bardzo luzne kontakty, czasem zamienialismy pare slow przy jakichs okazjach. Wiersze pisal Marek Krzyzanski z Nowego Dziennika.

- A Chicago?

- Poete Zbigniewa Chalke poznalam dopiero pozniej. Z pania Roza Nowotarska mialam nie najlepsze kontakty. Napisalam bardzo krytyczna recenzje jej ksiazki. Tekst ten szalenie sie podobal Leopoldowi Tyrmandowi, ale w oczach pani Nowotarskiej stracilam z kretesem.

W tamtych latach, jak sie cos opublikowalo w Wiadomosciach, to wszyscy zainteresowani sztuka i literatura o tym wiedzieli. I ja to czulam, ale nie nie istnialy "kawiarnie" literackie czy regularne miejsca spotkan intelektualistow.

- A kontakty korespondencyjne?

- O tak, to bylo naprawde cos. Mam do dzis imponujace kolekcje korespondencji z ludzmi z Londynu, z Polski, z Ameryki. Niemniej emigrant zyl w swoistej pustce. W moim przypadku, w pustce dwoistej: nikogo nie znalam w Nowym Jorku, ale tez nie bylo srodowiska ludzi piora. To znaczy, jak zaznaczam - byli, ale tak rozproszeni, ze z dnia na dzien zycie toczylo sie w owej pustce.

Podobno, jak slyszalam, jeszcze przed moim przyjazdem do Nowego Jorku Wiktor Weintraub chcial tu zalozyc kawiarnie literacka. Oglaszal wiec, ze bedzie w tych i tych godzinach w takiej a takiej kawiarni. Poczatkowo moze i nawet ktos przychodzil, ale predko sie to skonczylo. Tutejsze realia zyciowe uniemozliwiaja takie spokojne, leniwe zycie poswiecone sztuce, intelektualnej wymianie mysli. Zniechecaja ogromne odleglosci, a poza tym trzeba sie z czegos utrzymac.

- Z kim korespondowalas?

- Ze wszystkimi moimi przyjaciolmi w Polsce, wsrod ktorych wlasciwie nie bylo w ogole pisarzy, oprocz Bogdana Urbankowskiego, mojego kolegi z Hybryd, autora Czerwonej mszy. Nie utrzymuje juz z nim kontaktow. Kiedy wyjechalam z Polski i naprawde nie mialam nikogo, wtedy on listownie podtrzymywal mnie na duchu, wierzyl we mnie. Pozniej juz nie moglam identyfikowac sie z jego postawa.

Nawiazalam kontakt z Maja Elzbieta Cybulska, polonistka z Warszawy, ktora pozniej znalazla sie w Londynie, opublikowala wiele ksiazek, pisala eseje, wydala nawet tomik poetycki.

Srodowisko literackie to dla mnie byl Londyn. Istnialo duza grupa intelektualistow we Francji, ale wtedy, na poczatku, nie mialam z tym srodowiskiem kontaktu, nie znalam go.

Natomiast korespondencja z pania Kossowska przerodzila sie w naprawde gleboka przyjazn i wymiane mysli.

Recenzje z pierwszego tomu moich wierszy napisal Stanislaw Balinski. Tekst tego autora nobilitowal. Jak pojechalam do Londynu, tam dopiero zetknelam sie ze srodowiskiem intelektualnym skupionym wokol Wiadomosci.

- Dlaczego nigdy sie skontaktowalas z takim srodowiskiem we Francji?

- Nikogo nie znalam...

- Ale poczatkowo nie znalas tez nikogo z "Wiadomosci"...

- Pierwszy wybor byl przypadkowy, a pozniej juz tak zostalo. Trzeba pamietac, ze ci, co czytali, interesowali sie sprawami literatury, prenumerowali i czytali Wiadomosci i Kulture. Publikacja w jednym z tych pism trafiala mniej wiecej do tych samych czytelnikow. Tak sie po prostu zlozylo, ze do Francji po raz pierwszy pojechalam dopiero w 1985 r. Spotkalam sie wowczas z Jerzym Giedroyciem, publikowalam juz pozniej w Kulturze, zrecenzowano tam juz moj drugi czy trzeci tomik wierszy. Nigdy nie bylam ekspansywna i w ogole zastanawiam sie, czy staloby sie w moim zyciu to, co sie stalo, gdyby nie Wiadomosci.

Kiedys na jakims spotkaniu poznalam Zoje Jurjewa, ktora pozniej zostala promotorem mojej rozprawy doktorskiej. Byla slawistka, profesorem literatury rosyjskiej na New York University, ale poniewaz z pochodzenia byla pol-Polka, przeto bardzo interesowala sie polska literatura. Napisala ksiazke o Wittlinie, publikowala ciekawe prace o Tuwimie.

Ktos mnie przedstawil Jurjewej jako osobe piszaca wiersze. Ona zapytala o nazwisko. "Frajlich" - mowie. "No to dobre wiersze - powiedziala pani Jurjewa, ktora takze czytala Wiadomosci. - Dlaczego pani nie sklada podania na uniwersytet?".

Mnie to do glowy nigdy nie przyszlo. Bylam juz wtedy po trzydziestce, w polskiej mentalnosci to juz zdecydowanie nie jest wiek studencki. Pani Jurjewa napisala mi list polecajacy. To dzieki niej zrobilam doktorat.

Potem pracowalam w Wolnej Europie, i to przez pare lat. Przeprowadzilam dla radia serie wywiadow z poetami - z Waclawem Iwaniukiem, pojechalam w tym celu do Kanady; zrobilam wywiad z Florianem Smieja; z Bogdanem Czaykowskim; gdy Czeslaw Milosz dostal Nagrode Nobla, wyslano mnie na rozmowe z nim do Kalifornii.

Byl jeszcze Pawel Mayewski, ktory wydal glosna swego czasu antologie wspolczesnej poezji amerykanskiej Czas niepokoju. Nie poznalam go, wtedy mieszkal na Florydzie. To byla bardzo ciekawa postac. W latach 1962-69, a wiec jeszcze przed moim przyjazdem do Nowego Jorku, wydawal pismo pt. Tematy, ktore mialy uprzystepnic polskiemu czytelnikowi intelektualny wizerunek Ameryki. Zawieraly glownie przeklady z angielskiego.

Kiedys specjalnie na wywiad ze Zbigniewem Chalka, Dusza i Ref-Renem pojechalam do Chicago. Akurat zjawilam sie w tym miescie, gdy przyjechal tam prezydent Jimmy Carter w ramach kampanii wyborczej i chcial spotkac sie z Polonia. Na te okazje zjechalo sie duzo ludzi - polskich dzialaczy, dziennikarzy. Bardzo wielu z nich przyszlo pozniej na wieczor autorski, jaki mi zorganizowano. Jednym z gosci byl Tymoteusz Karpowicz z zona Maria. Bylo to dla mnie ogromnie wazne spotkanie.

W tym okresie przez pewien czas wspolpracowalam z pismem Artful Dodge, wydawanym w Bloomington, Indiana. Ukazywaly sie tam moje tlumaczenia. Zaproszono mnie tam kiedys, zaproszono rowniez Karpowicza na spotkanie ze studentami z okazji Dnia Polskiej Poezji. Od tamtych wiec czasow zaczela sie moja znajomosc z Karpowiczem, ktora przeksztalcila sie pozniej w gleboka przyjazn. Bylo to i jest dla mnie duze intelektualne i emocjonalne przezycie.

Kiedy Karpowicz odchodzil na emeryture, zorganizowal seminarium na moja czesc. Jego studenci pisali prace na moj temat, wieczorem aktorki recytowaly moje wiersze. Kiedy odwiedzilam go w domu na przedmiesciach Chicago, pokazal mi teczke z moimi wierszami przeznaczonymi do analizy ze studentami. Jak Karpowicz analizuje wiersz, to go przepisuje i roznymi kolorami zaznacza sobie wazne z jego punktu widzenia fragmenty. Caly taki tekst, kolorowy, wyglada niemal jak barwny obrazek.

- W 1984 r. miala miejsce duza impreza: wiersze polskich poetow czytano w Donnel Library...

- To nie byla polska impreza, tylko amerykanska. Dwudniowa, zatytulowana "New York - New Alexandria", zorganizowana przez Committee for International Poetry. Przygotowali ja ludzie zwiazani z Allenem Ginsbergiem, z ktorym zetknelam sie zaledwie dwa razy. Wzielo w niej udzial wielu poetow z Nowego Jorku piszacych w roznych jezykach. Oprocz recytacji odbyly sie publiczne dyskusje o literaturze i sztuce, wystawy fotograficzne.

Na te impreze zarekomendowala mnie prof. Elzbieta Potulicka z Queens College. Jej corka Elizabeth de Kosko tlumaczyla moje wiersze na pierwsze spotkanie autorskie, jakie w Queens College zorganizowal mi prof. Thomas Bird. Bylo to jeszcze w latach 70. Dostalam wtedy honorarium - dziesiec dolarow. Byly to moje pierwsze pieniadze zarobione w Stanach Zjednoczonych za poezje.

Na inna impreze, w West Side Y, w 1984 r. zarekomendowal mnie Polski Instytut Naukowy. Do udzialu w niej zaproszono Czeslawa Milosza, Stanislawa Baranczaka, Tymoteusza Karpowicza, Henryka Grynberga, Renate Gorczynska, Richarda Lourie. Czytalismy nasze wiersze po polsku i po angielsku.

Wtedy wlasnie zaprzyjaznilam sie z Joanna Rostropowicz-Clark, ktora przyszla na te impreze i uslyszala moje wiersze. Przy jakies innej okazji spotkalysmy sie osobiscie, przedstawilam sie, a ona powiedziala: "Bardzo mi sie podobaja pani wiersze". Ja na to: "Bardzo mi milo". Na co Joanna z wielkim oburzeniem: "Pani mnie nie rozumie, mnie naprawde podobaja sie te wiersze". Moje slowa wziela jako zdawkowa odpowiedz na grzecznosciowa uwage.

- Twoje literackie kontakty byly wtedy raczej przypadkowe...

- Taka byla rzeczywistosc. Dlaczego tak cenie sobie debiut w Wiadomosciach? Nikogo ani w Polsce, ani na Zachodzie nie znalam, nie nalezalam do zadnego ukladu, nikt z wplywowych kregow warszawsko-krakowskich mnie nie polecal. Poslalam wiersze i tylko na tej podstawie mnie oceniono. Nikt mi nie napisal listu polecajacego, nikt nie wykonal telefonu w mojej sprawie. To bylo dla mnie najcenniejsze. A pozniej, gdy juz w Wiadomosciach "okrzeplam", otwieralo mi to drzwi dalej, zaczelam byc rozpoznawana, znana, zapraszana.

- Juz z poczatkiem lat 80. pojawilo sie kilka nowych pism literackich na Zachodzie, wydawanych przez przedstawicieli opozycji, ktorzy znalezli sie poza Polska.

- Pisma, ktore przyszly z PRL-u, to i kawalek tego PRL-u przyniosly ze soba. Publikowalam troche w berlinskim Archipelagu redagowanym przez Andrzeja Wieckowskiego.

W latach 80. zaczelam studiowac. Bylo mi ciezko, musialam duzo pracowac, musialam wrocic do wielu lektur ze studiow w Polsce. Okazalo sie, ze szok emigracyjny byl tak potezny, iz nie pamietam wielu podstawowych ksiazek. Nawet nie to, zebym nie pamietala, o czym traktowaly, ale nie pamietalam, ze w ogole dana rzecz juz kiedys czytalam. Moja intelektualna biografia zostala przecieta jak nozem: tamten swiat, polski swiat, zostal odciety tak radykalnie, ze poczatkowo nie pozostalo mi w pamieci niemal nic. Jak rozpoczelam studia, to zaczelam po prostu na nowo nawiazywac - z ogromnym wysilkiem - kontakt z sama soba z tamtych czasow studenckich w Warszawie.

Tak zreszta wtedy myslalam o emigracji: moje zycie sie skonczylo, nic juz mnie nie czeka. Bylam przekonana, ze to wszystko, co bylo w Polsce, jest juz tak niewazne, nikogo to nie obchodzi, nie ma zadnego znaczenia. Poszlam do pracy do laboratorium...

I taka postawe zajmowalam przez wiele lat. Totez debiut w Wiadomosciach byl dla mnie ogromnym, egzystencjalnym wrecz przezyciem. Cokolwiek osiagalam tutaj, w Ameryce, to byl dla mnie czysty zysk, a nie wypelnianie luki po jakims braku. Naprawde rodzilam sie na nowo. Nie myslalam wiec, ze mi czegos brakuje. Uwazalam, ze stopniowo cos zdobywam: mam juz to, osiagam juz tamto. Za wszystko, co przychodzilo, bylam ogromnie wdzieczna. Zaczynalam przeciez od zera. Nie mialam odwagi, nie smialam pojsc, na przyklad, do Wittlina, ktory na pewno zyczliwie by sie do mnie odniosl.

Nie poznalam tez Waclawa Solskiego, jakos nigdy razem sie nie zeszlismy. Bylam niesmiala i nie chcialam sie narzucac ludziom znanym, zeby nie pomysleli, ze czegos od nich chce...

- Na literackim parnasie krolowaly wiec "Wiadomosci"...

- Mysle, ze tak, choc utarla sie opinia nakazujaca powazanie dla Kultury kosztem swoistego lekcewazenia wobec Wiadomosci. Ale tak naprawde to ow konflikt miedzy obu pismami byl bardziej wyimaginowany, skoro wiekszosc pisarzy pisala i do jednego, i do drugiego pisma. Takze wiekszosc czytelnikow prenumerowala oba.

- Dlaczego w ogole zaczelas pisac w tak dramatycznej sytuacji zyciowej?

- Pisalam zawsze, ale nie zawsze drukowalam. Witold Gombrowicz powiedzial, ze pisarz to jest neurotyk, ktory leczy sie sam. Pisalam juz w Rzymie, dokad pojechalam emigrujac z Polski.

W moim przypadku to nie jest tak, ze siadam i pisze. Na mnie od czasu do czasu po prostu wiersz splywa. Trzeba tylko miec ze soba olowek. Czasem dochodzilo do zabawnych sytuacji w metrze, kiedy nagle objawil mi sie wiersz, a nie mialam go czym zapisac. Wychodzilam ze stacji, rozgladalam sie po chodniku i zwykle cos do pisania znajdowalam. Trzeba pamietac, ze do poczatkow lat 80. w Nowym Jorku nie bylo koszy na smieci, wszystko wiec lezalo na chodniku.

Wiem, ze jak wiersz przychodzi, to trzeba go natychmiast zapisac, bo drugi raz nie przyjdzie.

W pociagach wiele pisalam, bo w domu nie mialam czasu. Nie tylko notowalam wiersz, ale pisalam tez recenzje, na przyklad z ksiazki Grynberga.

- Czyli byl i swiat ksiazek...

Ksiazki dostawalam do recenzji z Wiadomosci. Poza tym, na Ave. A i chyba 6 St. byla przedstawicielstwo Kultury - Alma Shipping Corporation, ale sprzedawano tez i inne polskie ksiazki. Dowiadywalam sie o ksiazkach na kiermaszach w PIN, ksiazki krazyly, duzo pozyczal mi Kott i Karst.

Powoli zaczelam miec wieczory literackie. Pierwsze spotkanie po moim londynskim debiucie ksiazkowym zorganizowal mi ksiadz przy polskim kosciele w Glen Cove. Spodobaly mu sie wiersze z pierwszego mojego tomiku Aby wiatr namalowac.

- To jednak wiersze "trafily pod strzechy", choc tomik mial minimalny naklad 350 egzemplarzy.

- Rzeczywiscie trafily. Ludzie sobie te ksiazeczke pozyczali. Gliwa mial dobra slawe. Wydawal tylko ksiazki bibliofilskie, pieknie robione, recznie przygotowane. Ale pracowal nad kazda dlugo; moj rekopis lezal u niego chyba dwa-trzy lata. Nastepne tomiki - Tylko ziemia (1979 r.) i Ktory las (1986 r.) wydalam w Oficynie Poetow i Malarzy - takze wydawnictwie dbajacym o poziom edytorski, ale juz nie tak staranne, gdyz tu ksiazki wydawano na maszynie. Trzeci, Indian Summer ukazal sie w 1982 r. w Sigma Press u Stanislawa Piaskowskiego w Albany. On tez przygotowal tomik starannie i calosc wyszla bardzo ladnie.

Coraz wiecej pokazywalo sie moich zbiorow wierszy, ludziom sie podobaly, zaczeto mnie powoli doceniac.

W Nowym Jorku pierwszy wieczor autorski odbyl sie, jak wspomnialam, w Queens College, zorganizowany przez Thomasa Birda, Irlandczyka-slawiste, jednego z moich pierwszych czytelnikow i promotorow. W przekladach na jezyk angielski, dokonanych przez Elzbiete de Kosko, po raz pierwszy zaprezentowano wowczas amerykanskiej publicznosci moje wiersze. Queens College w ogole byl bardzo zyczliwy wobec spraw polskich. Pracowal tam w bibliotece Pawel Lysek, ktory pisal powiesci gwara Podbeskidzia. Byla Beata Waller - lektorka jezyka polskiego, byl prof. Mieczyslaw Maneli, politolog. Wlasnie u niego poznalam Boleslawa Wierzbianskiego. Maneli urzadzil przyjecie dla Josifa Brodskiego, ktory po przyjezdzie do Nowego Jorku wykladal w Queens College. Byly wiec kontakty, byly spotkania. Krotko mowiac, czulam sie dopieszczona.

Dokonczenie za tydzien


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail