[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (28 listopada 2003)


MAREK KUSIBA

Dziennikarzy
portret wlasny


Publikowanie wspomnien dziennikarzy, trudniacych sie zaznaczaniem wlasnego istnienia oraz realizacja zyciowego powolania, jakim jest rejestrowanie i poprawianie swiata, wydawac sie moze zamyslem dziwnym. Jesli jednak glebiej sie zastanowic, a jeszcze lepiej w prace te wczytac, wspomnienia dziennikarzy, ba - ich male autobiografie - rzucaja nowe, nieznane swiatlo na czasy, ludzi i zdarzenia. Bywa, ze sa dla dziennikarza jedyna okazja do wychylenia sie poza mikrofon, kamere czy biurko i opowiedzenia wlasnego zycia. Mozna tez zadac pytanie: po co drukowac bardzo osobiste, wrecz intymne wspomnienia dziennikarzy, skoro w teksty i audycje wpisuja oni zawsze czastke siebie; nie jest tak przeciez, ze dziennikarz to martwa maszyna przetwarzajaca fakty, nadaje on relacjom wlasne pietno, wlacza w przekaz czastke wlasnych rozterek i frustracji nawet w najbardziej wywazone informacje lub komentarze. Zwlaszcza gdy jest to dziennikarz emigracyjny, ktorego celem dzialalnosci zawodowej jest kraj, sprawa polska w swiecie i najszerzej pojety interes narodowy.

*

Pomysl redaktora Boleslawa Wierzbianskiego zebrania i wydania wspomnien dziennikarzy polskich na emigracji zaowocowal wlasnie kolejnym, drugim tomem. Tom pierwszy, wydany w Polsce w roku 2001 pod tytulem Dziennikarze polscy na emigracji. Wspomnienia z lat 1937-1989, utrwalal losy dziennikarskiej emigracji wojennej. Tom wydany obecnie przekazuje paleczke w sztafecie pokolen generacji mlodszej, powojennej i wspolczesnej*). Jak pisze we wstepie do tego tomu jego redaktorka Wieslawa Piatkowska-Stepaniak, w obu zbiorach "zadziwia podobienstwo ocen zwiazanych z zyciem Polonii, zespolow redakcyjnych i klimatu towarzyszacego tworzeniu roznych redakcji". I dalej: "Z faktow tych wylania sie neverending story o dziennikarskiej sztafecie przekazujacej przez lata i pokolenia jasno plonaca pochodnie sluzby spolecznej".

W dobie obecnej spory odlam emigracyjnego dziennikarstwa stracil ster i zagiel "sluzby spolecznej", dryfujac na mielizny komercji, zapominajac o lekcji wielkich poprzednikow trzymajacych twardo kurs na sprawe polska oraz jakosc merytoryczna gazety. Testament "starych zubrow" w rodzaju Boleslawa Wierzbianskiego czy Jerzego Giedroycia do czegos wszak zobowiazuje. Majac przyklady periodykow przez nich stworzonych praktycznie z niczego i zamienionych w medialne imperia - jakbysmy dzisiaj modnie powiedzieli - ich nastepcy stoja przed nie lada wyzwaniem. Nielatwo im pogodzic wspolczesne, zmieniajace sie gusta i mody z nakazem utrzymania i poziomu, i przeslania. Celnie ujmuje ten dylemat obecny redaktor naczelny Nowego Dziennika Maciej Wierzynski: "Wyzwaniem, jakie przede mna stanelo, jest zachowanie dorobku - jaki pozostawil Wierzbianski - i przeniesienie go w nowe czasy".

*

We wspomnieniach z okresu pracy w Radiu Wolna Europa Andrzej Krzeczunowicz przywoluje nieznane fakty z zycia rozglosni, dzieli sie tez uwagami ogolnymi na temat zmieniajacej sie kondycji wybranego zawodu. W jego czasach bylo to "radio ludzi sympatycznych". Czesto przywoluje nazwiska "ludzi dobrodusznych, prawdziwych dzentelmenow". To byly postaci niezwykle, fachowcy radiowi, ale i profesorowie uniwersytetow, politycy, pisarze, adwokaci, a takze szpicle bezpieki. Tym ostatnim poswieca Krzeczunowicz sporo miejsca, jak i sytuacji w koncowych latach istnienia RWE, naznaczonych konfliktami podsycanymi wlasnie przez ubeckie wtyczki.

W wyniku jednego z takich konfliktow podal sie do dymisji Zdzislaw Najder. W duzym skrocie opisuje on znamienna dla RWE atmosfere srodowiska zamknietego, powodujaca frustracje, "tworzenie jakichs czysto wyobrazonych hierarchii waznosci ludzi i spraw", rodzenie sie intryg i plotek. Wspomina batalie o Jacka Kalabinskiego, ktoremu radiowi "rozrabiacze" uniemozliwili przyjazd do Monachium. Przywoluje tez znamienna awanture o generala Jaruzelskiego, gdy Waszyngton, po porozumieniu z Warszawa, polecil zdjecie z anteny "tekstu dotyczacego szczegolnych warunkow, na ktorych gen. Jaruzelski nabyl swoja wille przy ul. Idzikowskiego w Warszawie". Zdzislaw Najder ograniczyl sie do opisania kilku spraw przykrych, gdyz uwaza, ze sa one integralna czescia dziejow RWE, o ktorych na antenie mowic nie wypadalo.

O doswiadczeniach z "jaltanskimi cenzorami" pisze Marek Walicki, jeden z filarow rozglosni. W amerykanskiej strefie okupacyjnej Niemiec "lojalni wobec Moskwy alianci (...) wytepili dziesiatki, jesli nie setki, ukazujacych sie zaraz po zakonczeniu wojny polskich dziennikow i czasopism niepodleglosciowych". Walicki, podobnie jak Krzeczunowicz, zwraca uwage na rodzinna atmosfere, panujaca u poczatkow rozglosni: "Oprocz idealnego szefa caly 12-osobowy zespol skladal sie z ludzi wysoce kulturalnych i kolezenskich. Intrygi i zlosliwe plotki, ktorych nie brakowalo w Monachium, byly im obce". No wlasnie, gdzie sie podziali tacy dziennikarze?

Dla Macieja Wierzynskiego "miara obrzydliwosci przebrala sie 13 grudnia, kiedy Jaruzelski oglosil stan wojenny. Tego ranka powiedzielismy sobie z moja zona Ewa, rowniez dziennikarka, ze dluzej tego zawodu uprawiac nie bedziemy". Zaczal wiec uprawiac zawod taksowkarza. Gdy otrzymal z Kalifornii zaproszenie na roczne stypendium, uznal to za usmiech losu. Gdy dobieglo konca, zartowal: "Na emigracji szczytem szczescia i miara sukcesu jest praca 'w zawodzie'(...). O sobie moge powiedziec z duma, ze od poczatku pracowalem w zawodzie. W Chicago, podobnie jak w Warszawie, zostalem taksowkarzem". Poczucie humoru pomoglo mu zapewne wytrwac "w zawodzie", lacznie z epizodem "wolnoeuropejskim", gdzie "spora czesc kolegow traktowala siebie ze smiertelna powaga. Widziala jako nieustraszonych bojownikow walki z komunizmem, mimo ze nie mieli za soba zadnych aktow sprzeciwu wobec wladzy w czasach, kiedy mieszkali w Polsce, a monachijski szaniec, z ktorego prowadzili obstrzal, byl calkiem wygodnie urzadzony". Wierzynski widzi takze plycizny dziennikarstwa krajowego, ktore "porusza sie po powierzchni zjawisk", a dziennikarze, z nielicznymi wyjatkami, "ciesza sie swietnym samopoczuciem". Zadaje wiec pytanie, czy "media w Polsce i ludzie naszego zawodu pomagaja swoim czytelnikom, sluchaczom i widzom w zrozumieniu swiata, ktory ich otacza. A moze przeciwnie - moze to zrozumienie utrudniaja?". Niestety utrudniaja, "i co moze jeszcze gorsze, czynia to w poczuciu samozadowolenia".

W poczuciu radosci z dobrze wykonanej roboty pracowal od poczatku swej dziennikarskiej kariery doktor filozofii z Wroclawia, ktorego los rzucil wraz z zona i psem na dwa lata do Berlina - zanim nie wyladowali w Nowym Jorku i w Nowym Dzienniku. Czeslaw Karkowski pisze o poczatkach Pogladu: "Bylo to zgrzebne pismo, ale cieszyla nas praca nad nim, zapal pokrywal niedostatki umiejetnosci, wiedzy, kwalifikacji. Wszyscy sie uczylismy dziennikarstwa w trakcie robienia kolejnych numerow (...). Tworzylismy przy tym zespol wyjatkowo zgodny, bezkonfliktowy. Nie targaly nami ambicje, nie ponosily emocje karmione checia pokazania sie, postawienia na swoim, gorowania wlasnym ego nad innymi (...)". A potem, po rozjechaniu sie po swiecie, idealistom z piwnicznej izby, zwanej redakcja, zaczelo czegos brakowac. "Brakowac nam zaczelo tamtego pierwszego zapalu i entuzjazmu, poczucia satysfakcji, ze mimo wszystko i wbrew wszystkiemu wydajemy dwutygodnik (...), tych pionierskich czasow, swoistej solidarnosci miedzy nami". Moze to jest wlasnie recepta na sukces?

Podobnymi wrazeniami dzieli sie inny "pogladowiec" a pozniej "wolnoeuropejczyk" - Roman Zelazny: "W zyciu zdarzylo mi sie dwa, moze trzy razy pracowac w tak swietnie funkcjonujacym, zgranym i oddanym zadaniu gronie". A potem, w RWE, dziwil go ten "prawdziwy fenomen, ze zespol na zewnatrz wystepowal tak spojnie, bedac wewnatrz tak podzielony (...). Pograzony w stanie wielkiego emocjonalnego napiecia, ktory w jezyku niemieckim okresla sie jako hass-liebe, polaczenie milosci z nienawiscia". Zelazny wspomina, ze pracowal "jak w transie".

Nie miala tego szczescia Ewa Sulkowska-Bierezin, dla ktorej 12-letnia praca w Dzienniku Zwiazkowym byla doswiadczeniem raczej przykrym. Takze dlatego, ze "profesjonalisci nie sa na rynku polonijnym szczegolnie cenieni, a istniejacy przemysl pseudokulturalny i kregi biznesmenow bardzo nie lubia bezkompromisowych dziennikarzy". Daje sie we znaki nam wszystkim "zmierzch odwagi i zanik obywatelskiego sumienia wsrod Polonii", a wiec zjawisko, ktore bylo przedmiotem serdecznej troski jej zmarlej przedwczesnie przyjaciolki Ewy Jastrzebskiej. Jak pisze Sulkowska-Bierezin, Ewa razem z mezem Witoldem tworzyli pare "piekna zewnetrznie i wewnetrznie", a wszystko, co sie z nimi laczylo, "nosilo ukryty gdzies tam znak najwyzszej jakosci". Znak najwyzszej jakosci nosilo tez pismo 2B Tomasza Tabaki, ktore padlo ofiara "zabojstwa z premedytacja" z reki "jednego z najblizszych ludzi prezesa Moskala, Wojciecha Wierzewskiego".

W swym wspomnieniu o znamiennym tytule "Kiedy pisanie pozwalalo zaistniec" Wojciech A. Wierzewski nie wspomina o incydencie z 2B. Pisze za to: "Popieralismy zawsze to, co dobrze i dlugofalowo sluzylo wysoko cenionej polskosci". "Za prace w Zgodzie oraz Dzienniku Zwiazkowym wladze stanowe w Illinois obdarzyly mnie Nagroda za Zaslugi (Merit Award) oraz obchodami specjalnego dnia mego imienia i nazwiska (...)". Ameryka zaoferowala Wierzewskiemu szanse "w sferze dziennikarskich i tworczych wypowiedzi", z ktorych w pelni skorzystal, kierujac sie amerykanska dewiza: "Ucz sie od kaczki. Godnie utrzymuj na powierzchni linie, ale pod woda pedaluj, ile tylko masz sil".

Nie zmarnowal tez swojej szansy Andrzej Jozef Dabrowski. Najpierw, "nie znalazlszy pracy w zadnym ze swych zawodow" ten rezyser i dziennikarz, ktorego interesowalo zawsze "dzialanie czlowieka w sytuacjach granicznych", zabral sie do pracy fizycznej, ktora stala sie dlan "materialem do penetracji, tylez psychologicznej, co artystycznej". Przez rok pracowal np. jako pomocnik barmana w nocnej dyskotece. Po czterech latach w Nowym Jorku Dabrowski uzbieral juz pieniadze na kawalerke w Warszawie i postanowil wrocic do Polski. "Traf chcial, ze na wiesc o tym redaktor Wierzbianski zdecydowal sie ufundowac mi stypendium w Nowym Dzienniku (...)". Podobnie jak w wypadku innych dziennikarzy, los i redaktor zadecydowali i za niego. Potem decydowali tez inni, o czym szczegolowo, z duza doza goryczy, Dabrowski sprawozdaje.

Tom zamyka relacja nestora emigracyjnego dziennikarstwa Jana Krawca, bylego redaktora naczelnego Dziennika Zwiazkowego w Chicago, w ocenie Macieja Wierzynskiego "czlowieka madrego i szlachetnego". Nie sposob sie z ta ocena nie zgodzic, czytajac to poruszajace wspomnienie. Krawiec przeszedl na emeryture w wieku lat 65 na wlasne zadanie, bo nie chcial, by go z redakcji "wyniesiono"; doszedl do siebie dopiero po dwoch latach wypoczynku. To byly heroiczne czasy prawdziwych dziennikarskich i redaktorskich herosow. Te czasy sie skonczyly, ale herosi pozostali; prasa emigracyjna byla, jest i chyba zawsze juz bedzie zajeciem dla najwytrwalszych.

Tom wspomnien ilustruja i dopelniaja ciekawe, kolorowe fotografie. Te pouczajaca lekture polecam wszystkim badaczom pism naszych w kraju i na emigracji, jak i zwolennikom oraz krytykom mediow polonijnych. I jedni, i drudzy znajda w tej ksiazce sporo tematow do przemyslen.

--------------------------------------------

Autoportret zbiorowy. Wspomnienia dziennikarzy polskich na emigracji z lat 1945-2002. Redakcja i opracowanie Wieslawa Piatkowska-Stepaniak. Wydawnictwo Uniwersytetu Opolskiego, Opole 2003, s. 356, cena 20 dol. plus 8,625% NY tax i 6,50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail