[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (21 listopada 2003)


WLODZIMIERZ KOWALEWSKI

Excentrycy

Fragment powiesci


I

W ciemnosci, bladzac reka miedzy okularami, szklanka, trojkatnym pudeleczkiem z tabletkami isalginu, namacala zegarek. Czwarta trzynascie - wskazywaly fosforyzujace strzalki. Kto to widzial cokolwiek zaczynac o tak glupiej godzinie?

Bol jednak nie dawal zasnac, nie mogla znalezc miejsca w zelaznym, skrzypiacym lozku. Jak zawsze kielkowal po lewej stronie brzucha, troche ponizej zeber. Najpierw niepokoj, pozniej poczucie, ze tam, w srodku, tkwi cos twardego i ostrego, wreszcie klucie i rwanie wzerajace sie w kregoslup, dochodzace falami az do skroni i szczek.

Te ataki miala mniej wiecej od roku; rzadko, potem czesciej. Przychodzily nagle, o roznych porach, trwaly tez coraz dluzej, czasem po kilka godzin. Kiedy ostatni raz? Tydzien temu? Poltora? W pracy Drabikowa robila jej zaraz zastrzyk z pyralginy, w domu bylo gorzej - dreptala bezradnie naokolo pokoju albo siedziala skulona, czekajac, az minie.

Bosymi nogami znalazla po omacku kapcie i zapalila kinkiet nad toaletka z peknietym lustrem. Dawal metne, zaropiale swiatlo, rozlazace sie jak pajeczyna po scianie malowanej w bialo-zielony wzorek. Zimno na chwile przynioslo ulge, dopiero teraz uslyszala, ze pada deszcz, bebni o okiennice, woda jak zwykle chlupie przez dziurawe rynny, pluszcze na balkonach i okapach, wsiaka we wszystkie szpary w sprochnialych belkach. Pomyslala, ze chyba trzeba bedzie zaczac palic w piecu, bo znowu ubrania przejda zgnilizna rozmoklego drewna.

Okrecila sie kocem, pojekujac znalazla w kredensie miete, wsypala szczypte do kubka i nastawila prymus. Bayerowa na gorze tez nie spala. W kuchni slychac bylo ciezki, basowy kaszel i czuc papierosowy dym zmieszany z wilgocia.

Przycupnela przy stole, parzac jezyk spijala malymi lykami goraca ciecz, ktora wydawala jej sie gesta i tlusta. Kubek przyklejal sie do ceraty, podlozyla pod niego stary Przekroj, akurat na zdjeciu Soni Ziemann i artykule jakiegos Johna Custance'a: "Pisze ten tekst w pelni kryzysu maniakalnego". Usmiechnela sie kwasno.

Tylko w takich chwilach goraczkowo zastanawiala sie nad soba. Bala sie tych mysli. Przerazona, uswiadamiala sobie, ze nie wierzy we wlasne zycie, istnieje gdzies z boku, obok siebie, nadal ta dawna, z jedynej zachowanej fotografii. Czasem zrywala sie w srodku nocy, przekonana, ze to tylko przerwa w jakiejs dlugiej, meczacej podrozy; marny hotel albo lawka dworcowej poczekalni. Przytomniala po chwili i opadala na poduszke z biciem serca i ze lzami w oczach.

A wiec egzotyczne miasteczko, o ktorym slyszala w dziecinstwie od ciotki i ktore wtedy lezalo na drugim koncu Polski, naprawde mialo byc dla niej tym jedynym miejscem na ziemi, jakiego ponoc potrzebuje kazdy czlowiek?

Ten obskurny pokoik w walacym sie pensjonacie naprawde ma byc jej domem? Dlaczego?

Stalo sie cos tak strasznego; nie mozna tego ogarnac zadna ludzka miara. Przeciez bylo miasto, do ktorego nigdy nie wroci, byl Karol, jego sila, wargi rozcalowane do krwi, zapach mezczyzny i milosne noce oslizle od potu. Byly rozmowy i sprawy do zalatwienia, cukiernie, jazz, kapelusze i zakiety, przyjaciolki, blask slonca na swiezo wypastowanej podlodze.

A teraz sni albo znudzona patrzy na film o kims o tej samej twarzy, ale zupelnie obcym. Ma czterdziesci trzy lata, samotnosc przecieka przez palce, przezroczysta jak woda z kranu. Dokad dalej? Jak? Moze powinna przetrzec oczy i wreszcie zrobic cos ze soba, a moze nosi w sobie okropne chorobsko i robienie czegokolwiek nie ma juz zadnego sensu? A moze lepiej nie myslec o sensie i bezsensie, tylko zyc - na ile sie udaje, bez skrupulow i obrzydzenia?

O szostej zadzwonil budzik. Posykujac z bolu wyprasowala spodnice i zdjela papiloty. Siegnela po kawalek chleba i po sloik z maslem w osolonej wodzie, ale nie mogla niczego przelknac. Na dworze bylo jeszcze prawie ciemno. Przez ogrodek przeszla ostroznie, zeby nie posliznac sie w blocie i nie zapaskudzic czolenek. Powoli zamknela namokla od deszczu furtke, zwisajaca na jedynym, zardzewialym zawiasie. Wiatr szarpal kikutami krzewow, wywracal parasol na druga strone, niosl lekki posmak soli.

Utykajac na lewa noge brnela przed siebie chodnikiem zaslanym mokrymi liscmi. O tej porze, poza sezonem, nie spotykalo sie tu przechodniow, z oszczednosci nawet nie zapalano latarn. Drewniane wille, odgrodzone konarami nagich lip, trwaly jakby martwe w wilgotnym polmroku. Swiecilo sie zaledwie pare okien, zolty blask rozmiataly falujace galezie, zaczepiajac o szyby i parapety. Od Woluszewskiej przejechala jakas furmanka, wiatr zagluszyl klapanie kopyt w kaluzach.

Przy zelaznym ogrodzeniu Parku Zdrojowego, kiedy chciala przejsc przez ulice naprzeciw dawnego Hotelu Millera, zaczepil ja listonosz. Spod wielkiej wojskowej plaszcz-palatki wystawaly tylko czubki butow i daszek urzedowej czapki.

- Pani doktor, jest dla pani cos! - zawolal z glebi mokrego, brezentowego kaptura.

Pogrzebal pod peleryna i predko podal jej koperte obwiedziona kolorowym szlaczkiem.

- Wzialem zara rano z worka, zeby ten ubek, co przyjezdza sprawdzac przesylki, nie zobaczyl.

Podziekowala, schowala list do torebki. Deszcz zaczal padac mocniej, zaslonila sie parasolem, szybko minela nieczynny "Grzyb", zamknieta "Zdrojowa" i pod wiatr, aleja miedzy pustymi rabatami, na ktorych latem ukladaja dywany z kwiatow, dotarla do Lazienek nr 3.

Tu ciagnelo juz z roznych stron sporo ludzi, zabiegi rozpoczynaly sie od osmej. Na pietrze dlugiego gmachu z rzedami wersalskich, polkolistych okien i olbrzymim, fabrycznym kominem byly inhalatoria, na parterze kapiele blotne. Tam tez, po lewej stronie od wejscia, w korytarzyku za kabinami borowinowymi znajdowal sie jej gabinet.

- Zrobi mi pani "trojke" - jeknela, wieszajac plaszcz.

Drabikowa, pomoc dentystyczna, byla juz w pracy. Konczyla wlasnie sniadanie, wyjadajac resztki bigosu z garnka okreconego kraciasta scierka.

- Znowu, pani doktor? Zaraz, tylko poszukam atropiny. Trza w koncu isc do lekarza, do doktora Hajduka. Chce pani, to zadzwonie.

Po zastrzyku ulozyla sie na kozetce. Drabikowa wystawila glowe przez drzwi i wrzasnela w stloczony tlumek:

- Pani doktor bedzie przyjmowala za godzine, pani doktor teraz odpoczywa!

Przy fotelu zasiadla jednak dopiero przed dziesiata. Jak co dzien nieznani ludzie - gderliwi i zaslinieni starsi mezczyzni, zaciskajacy kurczowo dlonie na poreczach i wypychajacy ekskawator jezykiem, kobiety gotowe na wszystko, dziewczynka bez nogi, przywieziona z sanatorium "Mloda Gwardia". Prochnice ostre i przewlekle, zapalenia miazgi, zgorzele. Wibracje sciskanej w palcach glowki bor-maszyny, ktore po latach odczuwa sie dokuczliwie od nadgarstka po ramie. Czyszczenie kanalow, wypelnianie, swad palonej kosci. Ekstrakcje mleczakow jak ukrecanie zardzewialych gwozdzi, ekstrakcje "powaznych" trzonowcow - zapieranie sie w nogach, pot na czole. Czasem nieprzewidziane reakcje - kiedys pacjent odepchnal ja, uderzyl w twarz, wyrwal z reki kleszcze Bertena i, plujac krwia, uciekl na przelaj tratujac begonie, szafirki i ageratum kwiatowego dywanu przed budynkiem lazienek. Innym razem zszokowane dziecko darlo sie po zabiegu straszliwym, przechodzacym w wycie falsetem: "Dupa, dupa, dupa, dupaaa!!!" tak opetanczo, ze ojciec dobra godzine nie mogl go uspokoic. Slyszeli to chorzy lezacy w wannach z borowinowym blotem, slyszeli kuracjusze spacerujacy wsrod rozowych magnolii, slyszalo cale uzdrowisko. Plotkowano potem zjadliwie o jej umiejetnosciach.

Zagladajac do kazdych ust byla pewna, ze zaglada do wnetrza czlowieka. Zeby mowily jej o ludziach wiecej niz psychoanaliza, powtarzala sobie, ze sa fortyfikacja broniaca dostepu do duszy. Przyzwyczaila sie tak bardzo do obcej sliny, ropnych wysiekow, do krwi, zgnilych wyziewow z ust, ze nie potrafila juz brzydzic sie, odczuwac wstretu. Doznania, po ktorych normalny czlowiek dostaje mdlosci, przeksztalcala w zyciowe historie. Wyobrazala sobie na przyklad, ze wady zgryzu to zaniedbane dziecinstwo w wielodzietnej rodzinie, prochnica - efekt nedznego pozywienia albo przeciwnie - rozpieszczenia i przekarmienia cukierkami przez przemadrzale kuzynki i brzuchatych wujkow. Szczerby, ubytki, kostne zadziory sterczace z dziasel - spuscizna bohaterskiego losu partyzanta albo bujny temperament na wiejskich zabawach, eleganckie koronki i szwajcarskie zlote plomby u skromnych starszych pan - ostatnia resztka "tamtego" dobrego zycia. Brazowy nalot, rogowaciejace przyzebie - katastrofa meskosci, ktora podstarzali faceci beznadziejnie usiluja ratowac nikotyna.

Przez caly dzien, przy trepanacji komor zebowych badz usuwaniu zlogow, myslala takze o liscie. Nie wyjmowala go, zeby nikt w pracy nie zobaczyl znaczkow z profilem Elzbiety II albo po samym odcieniu papieru nie zorientowal sie, ze to list nie z tego swiata.

Pochyle i nieczytelne pismo Fabiana poznala natychmiast. Brat pisal nieregularnie, zdarzaly sie dwa, trzy listy w ciagu miesiaca, ale tez milczenie trwajace kwartal i dluzej. Przysylal takze paczki, kazdy list zwykle zapowiadal paczke.

Brala wtedy ze skladziku Bayerowej reczny wozek i szla na poczte. Z wielkiego kartonu, i tak juz przetrzasnietego lapskami celnikow w Gdyni, unosila sie najpierw szczegolna, naftalinowo-mydlana won, a potem wysypywaly sie skarby. Kupon materialu na kostium, nylonowe ponczochy w szeleszczacym staniolu, mydlo "Palmolive" w takich samych opakowaniach, jakie pamietala sprzed wojny. Dalej herbata Lyonsa, puszka kakao, twarde i grube czekolady "Cadbury", migdaly, prasowane daktyle. O kawe "neske" dopytywal sie zawsze wlasciciel pensjonatu "Orion" tuz obok. Przyjezdzajaca latem modna warszawska inteligencja pila ja z nabozna czcia, stosujac specyficzny rytual. Sypano kawe do szklanek, potem wszyscy przy stole lyzeczkami ucierali ciemny proszek z cukrem, dlugo, cierpliwie, jakby krecili mlynki modlitewne, oczekiwanie rozkoszy skracajac namaszczona rozmowa. Wreszcie ktos dawal znak, brazowa pulpe w szklankach zalewano wrzatkiem z czajnika, glosy cichly, nastepowal czas kontemplacji.

Z poczuciem upokorzenia zauwazala, ze i w niej samej legnie sie fascynacja dla tych zwyczajnych rzeczy, ktore teraz stanowily ogolny przedmiot pozadania, tresc snobizmow, dawaly wrazenie luksusu. Miala odruch odkladania do szuflady pachnacych papierkow po mydle, cienkich sreberek i blyszczacych, granatowych etykiet od czekolady z pieknymi rysunkami rodzynek i orzechow. W kolorowych puszkach, ustawionych na kredensie w kuchni, przechowywala szpulki, guziki, przyprawy i olejki do ciasta.

Tego dnia nie przyjmowala po poludniu w sanatorium "Julianowka". Wrocila wiec do domu, odgrzala sobie na obiad dwa kawalki serdelowej, potem zrobila herbate. Dopiero wtedy otworzyla list, starannie, pilnikiem do paznokci, jakby nie chciala uszkodzic angielskiej koperty.

Listy Fabiana byly zawsze krotkie. Pisal o tym, gdzie jest, co robi, co sie wydarzylo - nigdy o przeszlosci, nigdy o rodzinie. Zdobywal sie nawet na szczerosc. Chociaz byla mlodsza o szesc lat i dawno temu, w domu, traktowal ja jak smarkule, przyznal sie do romansu z mezatka, jakas pania Zuta G., pisal tez, ze musi pracowac jako robotnik, bo jest za slaby, by utrzymac sie z grania.

List zawieral zaledwie kilka zdan. Juz po pierwszych dwoch gleboko westchnela i opadly jej rece:

"Postanowilem wrocic. Poniewaz nie mam dokad, wiec przyjade do Ciebie".

Dalej Fabian dokladnie informowal, ze przyjedzie we wtorek, 12 listopada wieczorem, ze niczego sie nie boi, byl przeciez tylko starszym sierzantem w orkiestrze.

"Boze, przeciez to juz za dwa tygodnie!". Nie wiedziala, czy sie wsciec, czy cieszyc. W pierwszej chwili chwycila za olowek i chciala pisac, biec na poczte, wysylac ekspres, zapytac go, czy jest naprawde pewien, czy naprawde nie wie, co straci. Napisac wprost, zeby nie wierzyl rezymowym gazetom.

Rzadko do niego tesknila przez te osiemnascie lat. Nigdy nie byli ze soba blisko. Istnial dla niej jako ktos oficjalny i powazny, troche mniej czcigodny zastepca ojca. W wielkim i ciemnym mieszkaniu rodzicow przy placu Halickim, zaraz kolo palacu Biesiadeckich i biura wagonow sypialnych Cooka, zakradala sie czasem do jego pokoju. Kusil ja zapach tej tajemniczej meskiej enklawy - gleboki, sliwkowy aromat cygar, kwasna nuta kolonskiej wody "Glockengasse" zmieszane ze swiezoscia wypranych koszul i wyszczotkowanego ubrania. Podniecal meski balagan - spinki i krawaty rzucone byle gdzie, sterty gazet, papier nutowy i gramofonowe plyty byle jak porozwalane na stole, brudne szklanki, pelne popielniczki. Pod nieobecnosc grzebala w jego rzeczach. Wiedziala, ze gleboko w biurku ukrywa butelki koniaku i fotografie rozebranych kobiet. "Co moze takiego byc w golej kobiecie?" - dziwila sie nad wertowanym pospiesznie sekretnym albumikiem. Tutaj rowniez po raz pierwszy sprobowala alkoholu, ciagnac potezny lyk "Winkelhausena" z flaszy oplecionej wiklina, tak ze swieczki stanely jej w oczach i ze strachu nie mogla z powrotem wcisnac korka. Czesciej jednak drzwi byly zamkniete albo dochodzil zza nich monotonny, zylasty pisk skrzypiec, katujacych gamy i obowiazkowe wprawki. Ojciec, wykladowca laciny sredniowiecznej na uniwersytecie i spiewak Choru Cecylianskiego, wymarzyl sobie dla nich obojga kariery muzyczne. Fabian jednak po kilku latach udreki porzucil skrzypce dla puzonu i zaraz potem zostal wylany z konserwatorium. Ozenil sie, wyprowadzil do Rysi na Zamarstynow, daleko, trzeba bylo jeszcze isc kawal drogi od petli "dziesiatki". Ku zgrozie rodziny gral jazz i modne szlagiery z bracmi Richardson, ostatecznie zamieniajac sale koncertowe na bar "Palais de dance" w hotelu "Bristol". Wtedy rowniez i ja namowil, zeby sprobowala zaspiewac z jazzbandem. Uwielbiala to szalenstwo - swiatla, rytm, swoboda - Sunny Boy, The Jumpin' Jive... Rodzice byli obrazeni, pryszczata jak ogorek hrabina Woroncewa, u ktorej pobierala lekcje wokalistyki w Instytucie Szymanowskiego, dostalaby szczekoscisku, gdyby ja zobaczyla na scenie, z tamburynem, w obcislej sukni, czerwonej jak krew, wsrod rozpalonych muzyka mlodych mezczyzn. Trwalo to jednak krotko. Fabian zaczal wystepowac na transatlantykach, gral na "Pilsudskim", przed samym wrzesniem na "Chrobrym". Nie bylo go calymi miesiacami, przysylal pocztowki z Dzakarty, Caracas, Montevideo - palmy, zachody slonca, biale zaglowce i ciemna ton oceanu. Przywozil prezenty, najbardziej zapamietala sliczne koturny z krokodylej skory, do nich taka sama torebke, puderniczke, paski do zegarka i sukienki. Co sie z tym wszystkim stalo? I z jej rzeczami na konsolce, przy Akademickiej 19, w mieszkaniu Karola? Z chlodnymi w dotyku, niklowanymi przyborami do manicure, ostatnim flakonem "Soir de Paris", krzykiem sezonu, ze szminkami w zlocistych oprawkach, pachnaca, chinska skrzyneczka na korale i broszki?


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail