
TERESA SIEDLAR-KOLYSZKO
Niepodleglosc
Wprost z Kosciuszkowskiej Mereczowszczyzny (patrz "Pruzana", Przeglad Polski z 10 pazdziernika br.) ruszylismy na Rozana. Po wczorajszym szarym dniu zaswiecilo slonko. Jego promienie osuszaly z rosy trawy i drzewa, ktore po deszczu intensywnie pachnialy zywica. W miejscu, gdzie las wydal mi sie najpiekniejszy, poprosilam Janka o zatrzymanie samochodu i waska sciezynka ruszylam miedzy dwiema scianami lasu. Nie uszlam jednak zbyt daleko, bo kiedy zboczylam ze sciezki i zanurzylam sie w gestwine lesna, na seledynowych polankach ukazal sie widok, jaki mi sie nie trafil od dziesiatkow lat. Oto kazde wolne niezarosle lasem miejsce pokrywal lan pachnacych purpurowych poziomek, tak dojrzalych, ze prawie szkarlatnych. Rzucilam sie na kolana i zaczelam przyzywac wspoltowarzyszy. Przybiegli zaniepokojeni wolaniem i zastali mnie w tych poziomkach na kolanach, z ustami oczywiscie pelnymi poziomek.
- Ksiecia juz u nas dawno nie ma, ale jego las i poziomki pozostaly - rzekla filozoficznie babcia Wera. I ten Sapiehowy las, te poziomki ("jak przedwojenne") pozostaly najmilszym wspomnieniem, bodaj jedynym beztroskim z calej mojej ubieglorocznej podrozy.
Powoli zblizalismy sie do Rozany i pani Wera znow wziela na siebie role przewodnika.
- Ludzie opowiadaja, ze u Sapiehy byly dwie corki: Roza i Zana, dlatego jest Rozana. Ten nasz ksiaze zamek tu wielki mial. Teraz z zamku same ruiny pozostaly, ale jakze ogromne one sa. Nigdzie takich nie ma, tak mowia ci, co w swiecie bywali.
I rzeczywiscie, po kilku kilometrach oczom naszym ukazaly sie te ruiny. Usilowalam je sfotografowac, ale zajmowaly tak rozlegly teren, ze nie sposob bylo objac je w calosci. Pani Wera nic wiecej o zamku nie wiedziala, wiec dopiero w Slowniku Krolestwa Polskiego i Litwy przeczytalam, ze: "Zaraz za miastem [Rozana] na wzgorzu, w pieknym polozeniu, wznosil sie wspanialy palac ks. Sapiehow, wymurowany w guscie francuskim, z obszernymi skrzydlami i pieknym portykiem, sprzedany pozniej Zydom i na fabryke sukna przerobiony".
Nie tylko zamek, ale cala Rozana od dawien dawna stanowila dziedzictwo Sapiehow. Nic tez dziwnego, ze "przyjmowali w niej niejednokrotnie (znow powtarzam za Slownikiem) monarchow i tu odbywali wazne narady w sprawach krajowych. Najpierwszym z krolow, ktory odwiedzil Rozana, byl Zygmunt I. W 1617 roku krolewicz Wladyslaw, udajacy sie na wyprawe wojenna, przybyl tu w sierpniu i dwa dni odpoczywal, hojnie ugaszczany przez Lwa Sapiehe, kanclerza wielkiego litewskiego". Wjechawszy do miasteczka, prowadzeni przez pania Were, ktora nie tylko wie prawie wszystko, ale i zna wszystkich, pierwsze kroki kierujemy do panstwa Jozefa i Heleny Butkiewiczow. Pani Helena jest ciocia zony Janka, pochodzi ze slawnych Zaniewicz, okolicy szlacheckiej, nieodleglej od Bohatyrowicz. Dom p. Butkiewiczow jak kazdy przyzwoity polski dom tonie w kwiatach, fotografuje go wiec z kazdej strony.W domu zjazd gosci, i to az z Australii, wiec nie zatrzymujemy sie, a ze wczesniej juz wiedzialam, ze pan Jozef od wielu lat opiekuje sie kosciolem, zabralismy i jego do samochodu i pojechalismy pod rozanska swiatynie.
- Kosciol nasz stary, zabytkowy, z 1617 roku. Lew Sapieha go fundowal - z duma objasnia pan Jozef, otwierajac ogromnym kluczem wrota do zakrystii, zeby tu juz w spokoju i ciszy porozmawiac o rozanskich rodakach.
- Polakow w Rozanie jest ponad 500 osob. Sa katolikami, naturalnie ze chodza do kosciola. W niedziele jest zawsze 150-200 osob. Na nabozenstwa majowe czy czerwcowe chodzi 10, 12, ale czasem i 30 osob. A do Pierwszej Komunii Swietej w tym roku przystapilo dziesiecioro dzieci.
- Kosciol zawsze byl czynny?
- Zawsze, nawet kiedy ksiedza nie bylo, ludzie przychodzili i wspolnie sie modlili. Kosciol byl w pieknym stanie, ale coz, wladzy sie on nie podobal, to zaraz za kosciolem pobudowano kotlownie i caly ten dym, sadza, spaliny, wszystko na kosciol idzie.
Wchodzimy do srodka. Wnetrze bardzo piekne, barokowe. Na scianach epitafia i tablice pamiatkowe. Wystroj zachowal sie w calosci, co bardzo rzadkie na Bialorusi, gdzie koscioly niszczono bestialsko. Zauwazylam, ze w lawkach znajduja sie spiewniki i modlitewniki, wszystkie po polsku.
Po chwili dolaczyl do nas mlody proboszcz-misjonarz z Krakowa, ksiadz Janusz Pulit (po ktorego pobiegla czy moze raczej podreptala ochoczo niezastapiona pani Wera) i w lawce tuz przy "mojej" sw. Teresce rozmawiamy o wszystkich troskach ksiedza i o tej szacownej swiatyni, ktora nie remontowana przez dziesiatki lat, potrzebuje na gwalt troskliwej reki konserwatora.
- Jakos sobie radzimy, ale to przede wszystkim dzieki rodakom zyjacym w Polsce, bo tu bieda okropna. Tak ze z wielkim trudem przychodzi nam remontowac te zacna swiatynie, ale powoli remontujemy. Szczegolnie od zewnatrz mury wygladaja bardzo biednie. Wilgoc sie chwycila, tynk odpada, mur sie kruszy. Ekspertyzy, jakie byly wykonywane piec lat temu, wykazaly zawilgocenie scian pieciokrotnie przekraczajace norme. Udalo mi sie przeprowadzic juz remont dachu i remont wiezy. Ale w tej chwili jest taka sytuacja, ze nie mamy zupelnie srodkow na dalsze prowadzenie remontow. A trzeba na gwalt odbijac tynki, osuszac fundamenty, odprowadzenie wody robic. Zwracalismy sie do tutejszych wladz, ktore przeciez powiesily tabliczke przy wejsciu, ze jest to "pomnik architektury republikanskiej, chroniony przez panstwo". No ale wladze nigdy nic na ten zabytek nie daly, a ta ochrona polega chyba tylko na tym, ze sie zabytku nie burzy (jak tysiecy innych - przyp. TS-K). Wszystkie apele do wladz o pomoc spotykaly sie z odmowa. A tymczasem parafia jest malutka.Wiekszosc to emeryci, rencisci, ludzie ubodzy. Slowem, nie jestesmy w stanie sami odbudowac tego kosciola. Potrzebujemy pilnie pomocy.
- Mysle, prosze Ksiedza, ze trzeba, by sie skrzykneli pozostali przy zyciu, rozsiani po swiecie rozanianie. Ci tu kiedys ochrzczeni. Ci tu przyjmujacy pierwsza komunie a moze i ci, ktorych rodzice tu brali slub. Dla nich na pewno ta swiatynia pozostaje miejscem szczegolnie drogim i swietym. Koniecznie trzeba pomoc kosciolowi w Rozanie, bo jest swiadkiem naszej tu historii, jest naprawde sliczny, ale bardzo zniszczony i bardzo stary.
A wracajac do zycia parafii, zauwazylam, ze Ksiadz jakos byl w stanie zaopatrzyc wiernych w spiewniki, modlitewniki. To chyba rzadko jest mozliwe.
- Pierwsza partie spiewnikow otrzymalem od mojej rodzinnej parafii w Polsce, reszte w czasie kolejnych pobytow w moim rodzinnym Tarnowie po prostu kupilem. Ludzie bardzo sa zadowoleni. Bo starsze pokolenie jednak umie czytac po polsku. Zreszta modlitwy wszyscy umieja po polsku, nauczeni w domu, przez babcie najczesciej. Modla sie po polsku, aczkolwiek liturgia jest mieszana: kilka slow po polsku, kilka po bialorusku. Jezyk polski kojarzy sie tutaj z Kosciolem rzymskokatolickim. Utarlo sie przeciez, ze kto katolik, to Polak. I jednak wszyscy maja swiadomosc, ze kosciol pozostal zywy tylko dzieki Polakom, ktorzy zyli na tych ziemiach. Aczkolwiek mam tu kilka wsi w okolicy: Przewluka Stara i Nowa, Smorze, tam mieszkaja katolicy, ktorzy mowia o sobie "my jestesmy katolicy-Bialorusy". To sa wioski nalezace do naszej parafii.
- Wrocmy, prosze Ksiedza, do sytuacji ekonomicznej, bo z tym chyba najgorzej.
- Sytuacja jest wlasciwie tak dramatyczna, ze az smieszna. Prosze sobie wyobrazic, ze na dzienne utrzymanie ksiedza przypada tyle, ze moze sobie kupic jednego pomidora i dwa male jogurty. No bo ksiadz utrzymuje sie z kwesty, wiec tyle sie tu mniej wiecej zbiera.
- Trudno sobie wyobrazic, zeby to wystarczylo...
- Zyje dzieki rodzicom, ktorzy mi pomagaja, i takze dzieki rodakom w Polsce, ktorzy przeciez tez nie oplywaja w bogactwa, a jednak mnie wspomagaja, dzieki nim moge tu wyzyc. A ci ludzie tutaj naprawde nie maja pieniedzy, zarobki o ile w ogole sa, to bardzo niskie, w granicach kilkunastu dolarow. Pani inzynier, ktora pracuje w fabryce mebli zawsze ponad osiem godzin dziennie, otrzymuje maksimum okolo 50 dolarow miesiecznie, a jak juz pani wie, tutaj ceny sa wyzsze niz w Polsce i jeszcze do tego nic nie ma.
- Mowimy o samych sprawach ponurych, ale wiem, ze ma Ksiadz tez powody do radosci i dumy, bo w kosciele jakims cudem ocalalo wiele rzeczy cennych i ze ma Ksiadz nawet tutaj cos w rodzaju muzeum lub jego zaczatku.
- Tak, najcenniejsza rzecza, jaka mamy, jest ksiega zaslubin pochodzaca z 1635 roku! To jest prawdziwy unikat, bo niewiele, wlasciwie nic sie w tutejszych kosciolach nie zachowalo, a przede wszystkim nie ma samych kosciolow. Tymczasem u nas przetrwala ksiega z zapisami dotyczacymi wszystkich slubow, ktore odbyly sie w tym kosciele w okresie ponad trzystu lat. Mamy rowniez mszaly i kielichy pochodzace z XVII i XVIII wieku. Naprawde warto zachowac to wszystko dla potomnych, pod warunkiem ze ci potomni beda sie gromadzic w swiatyni.
Po zwiedzeniu kosciola ksiadz Janusz zaprosil nas na obiad. Okazuje sie bowiem, ze wlasnie przyjechala ksiedza mama z Tarnowa i przywiozla synowi, co uniesc mogla. Jest wiec czysty wykrochmalony obrus, a na nim skromny, ale niezwykle smaczny obiad. Posileni na duchu dobrym slowem i na ciele smacznym posilkiem, wstajemy od stolu i zegnamy sie, bo pod furtka stoi juz nasza wspaniala przewodniczka i tonem nie znoszacym sprzeciwu oznajmia: - To nam czas w droge do Karpinskiego, do Lyskowa.
Godzimy sie chetnie i zegnani przez milych gospodarzy, ksiedza i jego mame, ruszamy. Pania Were wzielo na wspomnienia.
- Bo tez panstwo z Krakowa przyjechali do nas. A ja jak dziewczynka jeszcze bylam i do polskiej szkoly chodzilam, bylam w Krakowie, a jakze, krolom sie poklonilam i Marszalkowi. Ale jeszcze gdzie ja byla! W Ojcowie!, tam gdzie takie skaly i wawozy i gdzie krol Lokietek sie chronil. Pani to pewnie wszystko wie, a ja tylko juz troche pamietam, bo to przeciez ta piekna wycieczka byla jeszcze przed wojna, jeszczesmy tu w Polsce zyli.
Zadumala sie pani Wera i swoimi wciaz jeszcze bardzo niebieskimi oczami patrzyla na mijane rozlegle niziny. Na uprawne pola, dojrzewajace zyta, na pastwiska i stawy wypelniajace nizsze tereny i zaglebienia. Po stawach suna bezszelestnie stada gesi. Przy brzegu dzieci lapia kijanki. Na horyzoncie las. Pani Wera wraca do swoich wspomnien:
- A ten las to i ja sadzilam. Bo wszystkie dzieci ze szkoly wtedy sadzily. To bylo na Swieto Lasu. Takie malutkie drzewka sadzilismy, a teraz juz jaki wielki las wyrosl! Widzi pani tam pod lasem na wzgorku krzyz. To miejsce i ten las Mogilnik sie nazywa, bo tam podobniez zolnierze napoleonscy pochowani.
Wzdluz drogi pojawia sie dlugi i wysoki bialy mur. Pani Wera zaraz objasnia:
- A bo to za tym murem byl majatek Dziekonskiego. Ja juz pani o nim mowilam, on juz przed wojna samochod mial. Taki pan byl z niego.
Zaraz za Mogilnikiem i za majatkiem Dziekonskiego zaczyna sie Lyskow, rodzinna miejscowosc pani Wery. Babcia Leszczynska znow wspomina:
- Tu w Lyskowie chodzilam ja do szkoly, ale tej szkoly juz nie ma. A w szkole najwiecej uczylismy sie wierszy Karpinskiego, a nawet odgrywalismy na przedstawieniach. Pamietam, jak dziewczynki i chlopcy z najstarszych klas przedstawiali Laure i Filona, pani to przeciez zna? (podejrzliwe spojrzenie w moja strone, ale ze zaczynam nucic te popularna sielanke, uspokojona snuje dalej opowiesc). - Najwiecej pamietam taki smutny wiersz, kto to wtedy myslal, ze i nas czeka to, co w tym wierszu napisane bylo. Juz tyle lat, a ja ciagle pamietam. Mowilismy go nawet chorem na przedstawieniu, zaczynal sie tak:
Ty spisz Zygmuncie, a twoi sasiedzi
Do twego domu goscie przyjechali!
Ty spisz a czeladz
przyjeciem sie biedzi
Tych, co cie czcili, co ci holdowali!
A najsmutniejszy to juz byl koniec:
Ojczyzno moja, na koncus upadla!
Zamozna kiedys i w slawe i w sile!
Ta co od morza az do morza wladla,
Kawalka ziemi nie ma na mogile!
Ja to moim wnukom mowie te wiersze, tylko ze one bardzo smutne, ale i prawdziwe...
Zmetnialy na moment, jakby zaparowaly niebieskie oczy babci Wery, ale juz znow podniosla glowe i wspominala dalej:
- Tu w kosciele ja bylam chrzczona i tu przystapilam do Pierwszej Komunii Swietej. Do lyskowskiego kosciola chodzilismy co niedziele na msze swiete, takze samo na nabozenstwa majowe w maju, a rozancowe w pazdzierniku. Ale najbardziej lubilam okres Bozego Narodzenia i pasterke. Bo u nas w tym czasie kazda msza swieta zaczynala sie ta nasza lyskowska koleda, znaczy sie Bog sie rodzi, moc truchleje, Pan niebiosow obnazony, co ja nasz Karpinski napisal.
Ale kosciola tez juz nie ma. Z wspanialej niegdys swiatyni pozostaly "szlachetne ruiny", otoczone tez juz w wielu miejscach zwalonym murem. Stoja tylko stare, bardzo stare drzewa. W ich konarach przejmujaco kracza gawrony. Zupelnie pusta przestrzen wokol kosciola porasta swieza, bujna trawa. Posrod niej zauwazam niewielka samotna mogilke w ksztalcie chatki. Na niej plaskorzezba z wizerunkiem poety i napis: "Otoz moj dom ubogi"...
Zapalamy swiece, ktore ofiarowal nam rozanski proboszcz. Gleboko zamysleni nad tragicznym losem poety milczymy, ale mysli przelatuja jak blyskawice. Przeciez Karpinski urodzil sie w Holoskowie na Pokuciu (na poludnie od Stanislawowa) w 1741 roku, a wiec jeszcze w wolnej Rzeczypospolitej Obojga Narodow. W swoim dlugim zyciu (zmarl w 1825 roku), musial patrzec na wszystkie trzy rozbiory. Z tym ze juz pierwszy rozbior, kiedy to Austria zabrala cala poludniowa Polske, odcial jego rodzinne strony od reszty wciaz istniejacej Rzeczypospolitej. Jezdzac do Warszawy, na obiady czwartkowe do ciagle przeciez rezydujacego w stolicy krola, musial juz przekraczac granice!
Obiady czwartkowe... Pamiec przywoluje postaci, fakty. A wiec Franciszek Dionizy Kniaznin - zaraz, zaraz on byl bodajze az z Witebska; Adam Naruszewicz z Pinszczyzny; Julian Ursyn Niemcewicz ze Skokow, to tez na Polesiu, a hrabia Ignacy Krasicki z Dubiecka nad Sanem. Franciszek Zablocki urodzil sie na Wolyniu; Stanislaw Trembecki urodzil sie wprawdzie prawdopodobnie w Jastrzebnikach w Sandomierskiem, ale zmarl w Tulczynie na Ukrainie. Takze wiec prawie wszyscy poeci oswiecenia albo pochodzili z ziem wschodnich, albo byli z nimi w inny sposob zwiazani. Jakze zyciodajne, jak kulturotworcze byly dla nas przez wieki te ziemie. Ile nam daly...
Dobrze, ze to pelne najsmutniejszych refleksji milczenie przerywa szept babci Wery. Wracam na ziemie, do Lyskowa, pod rozlupany kosciol przez wieki nalezacy do ojcow misjonarzy.
- My tu w Lyskowie w naszej szkole, prosze pani, zawsze lekcje zaczynali modlitwa:
Kiedy ranne wstaja zorze,
Tobie ziemia, Tobie morze,
Tobie spiewa zywiol wszelki,
Badz pochwalon Boze wielki.
Kazda klasa tak spiewala, a znow na zakonczenie to zawsze:
Wszystkie nasze dzienne sprawy
przyjm litosnie, Boze prawy!
A gdy bedziem zasypiali,
Niech Cie nawet sen nasz chwali.
Z glebokim wzruszeniem przylaczylismy sie do spiewu babci Wery. I ponad murawa, ponad samotna mogilka poety niosla sie ta piekna polska modlitwa i na pewno przyniosla ulge zagubionej wsrod obcych duszy tak bardzo polskiego poety.
|