PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (14 listopada 2003)


GRAZYNA DRABIK

Nowojorska
kronika kulturalna (teatr)


Jedna z dobrych stron mojego piszaco-wedrujacego zawodu jest, ze od czasu do czasu ktos poleca cos, co nie zwrocilo mojej uwagi, albo prosi o cos, co spelniam tylko z uwagi na osobe proszaca. I prosze, wynika z tego czasem sympatyczne odkrycie, mala niespodzianka.

Tak mi sie przydarzylo ostatnio, kiedy corka poprosila mnie o wybranie sie na wystepy niezauwazonej przeze mnie grupy The Civilians, prowadzonej przez Stevena Cossona, jej kolege z lat uniwersyteckich w Dartmouth. The Civilians wystapili w pazdzierniku z nowym spektaklem Gone Missing w teatrze Belt. Wlasciwie ani "teatr", ani "spektakl" nie jest tu odpowiednim slowem. The Belt Theatre to ciasna i duszna salka, rodzaj balkonu zawieszonego przy kafejce-barze, w ciagle jeszcze malo atrakcyjnej acz szybko zmieniajacej sie dzielnicy przydworcowego srodkowego Manhattanu. Gone Missing zas to kabaret, czy raczej kabaretowa hybryda - wyspiewywany dziennikarski reportaz lub udramatyczniony dokument przyprawiony nienadzwyczajnymi trelami pianina i perkusji. Nie brzmi to zachecajaco, a jednak Gone Missing bylo najciekawszym i w sumie najbardziej kompletna satysfakcje przynoszacym przedstawieniem pierwszego miesiaca jesiennego sezonu.

Steven Cosson zacheca swoja grupe "Cywilow" do grupowych poszukiwan. Wysyla artystow w teren, by rozmawiali z ludzmi, robili wywiady, obserwowali charakterystyczne rysy opowiadajacych. Skladaja to potem razem, dodajac muzyke, eksperymentujac z materialem, poddajac dokument dramaturgicznej konstrukcji. W tym przypadku tematem byla strata i trwalosc pamieci.

Gone Missing to zabawa z nas samych, z zachwiania proporcji miedzy nikla wartoscia materialna przedmiotow a emocjonalna trescia, w jaka je wyposazamy. To wzruszenie wobec nieuchronnych pozegnan, wobec tesknoty za czyms, co przeminelo. Oplakujesz siebie, placzac nad zguba cennej ci rzeczy. Przezywasz raz jeszcze dawne wzruszenia. Jest to wiec takze zaduma nad uplywem czasu i uporem pamieci, ktora przeciwstawia sie swiadomosci przemijania.

Zespol trzech mlodych kobiet i trzech mezczyzn, wszyscy sprawni w sztuce mowionej i spiewanej, wcielaja sie w 30 roznych postaci. W obrazkach z zycia przywoluja opowiastki o zgubionych pierscionkach, kolorowej apaszce, plecaku pozostawionym na dworcu, portfelu, ktory gdzies sie zapodzial, trzech zlotych zebach cioci, roztrwonionym majatku dziadka. Nadal boli strata zdjecia ojca. Nadal brak swetra, ktory zgubiles 20 lat temu. Denerwuje ten jeden but, pol pary, ktorej drugiej polowy juz nie ma. Zyciowe doswiadczenia skladaja sie w wyspiewywany rachunek strat: niewinnosci w wieku lat 12, dziewictwa, kiedy miales 17, poczucia humoru kiedy przekroczyles czterdziestke, przegranej wojny… A strata pracy, czy sie liczy? Przegrane serce? Utrata wszystkiego?

Monologi splataja sie z piosenkami, piosenki przeobrazaja w krotkie dramatyczne scenki, solowe popisy sumuja w zespolowa gre. The Civilians stworzyli wlasna, szczegolna konwencje, budujac spojna i ciekawa calosc prostymi srodkami. Jest tu miejsce na humor, na sentyment i na mysl, polaczenie madre i atrakcyjne. Fragmenty konkretnych ludzkich doswiadczen skladaja sie w rodzaj paraboli-poematu o ludzkim losie, wpisanym nieuchronnie w czas, wiernoscia pamieci niezlomnie opierajace sie czasowi.

Pisze szerzej o przedstawieniu o zagadkach przemijania, ktore samo juz przeminelo, ale z pewnoscia The Civilians powroca - czy do Belt Theatre czy do innej salki, ze spiewem o stratach czy o czyms innym. Warto na nich czekac.

The Civilians, Gone Missing. Rezyseria: Steven Cosson, muzyka i slowa: Michael Friedman. Wystapili: Damian Baldet, Maria Dizzia, Michael Epser, Trey Lyford, Jennifer R. Morris i Alison Weller. Muzycy: Andy Boroson (fortepian), Richard Huntley (perkusja) i Ernie Adzentoivich (kontrabas). Przedstawienia 9 pazdziernika - 2 listopada, Belt Theatre, 336 W. 37 St.

*

Juz od dawna musical i rozrywka, nie sztuka, kroluja na Broadwayu. Nudno od narzekan, ze brak nowych sztuk, ze Broadway zaprzecza wlasnej historii miejsca, gdzie dojrzewal amerykanski dramat. Dosadnie uwidocznil to poczatek jesiennego sezonu: 19 musicali i jedna sztuka w najwiekszych salach teatralnych Nowego Jorku. Jednak zapowiedzi na jesien - siedem nowych przedstawien (choc nowych tylko na Broadwayu!) - mialy zmienic te absurdalne proporcje. Obietnice to sympatyczne, ale pierwsze premiery przynosza mieszane wrazenia.

Sztuka The Retreat from Moscow angielskiego pisarza Williama Nicholsona wychodzi jeszcze obronna reka. Podejmuje wprawdzie niebezpiecznie swojski, jeden z "dyzurnych" tematow wspolczesnej literatury: rozklad malzenstwa, wysokie a nierowno rozlozone koszty rozwodu, symbioza dzieci i rodzicow. Chwyt dramatyczny takze raczej ryzykowny: Edward, nauczyciel historii, ktory po 33 nieszczesliwych latach stara sie wycofac ze zwiazku z Alice, jest zafascynowany opisem porazki Napoleona. Czyta ksiazke o nieudanej wyprawie moskiewskiej, pochlaniaja go szczegolowe opisy okrucienstw i trudnych wyborow, swiadectwa skladane przez nielicznych uczestnikow, ktorym udalo sie przezyc okrutna zime i powrot spod Moskwy. Stad bierze sie tytul i stad wieloznaczne sugestie, ktore maja pewnie dodac tragiczny wymiar do tego raczej codziennego dramatu osobistej porazki i walki o przetrwanie.

Ale elegancka oprawa wizualna Johna Lee Beatty'ego i Briana MacDevitta oraz dobre aktorstwo Eileen Atkins, Bena Chaplina i Johna Lithgowa dodaja godnosci przegadanemu tekstowi. Za duzo tu dydaktyki, lecz sluchamy rozgadanych z uwaga, bowiem Daniel Sullivan umiejetnie prowadzi splatane z soba trio. Postacie nie sa specjalnie ciekawe jako indywidualnosci, lecz ludzkie w swych pragnieniach i ulomnosciach. Rozpoznajemy w Edwardzie osobnika biernego, ktory boi sie konfrontacji, poki to mozliwe woli robic uniki, a wymknac sie z trudnej dla siebie sytuacji, kiedy zaistnieje taka szansa. Szansa dla niego jest zwiazek z inna kobieta, ktora nie wymaga nic wiecej oprocz tego, by byl. Akceptuje jego emocjonalna rezerwe, jego krzyzowki i chec spokoju. Alice z kolei jest bardziej zywiolowa, ciekawsza swiata, odwazniejsza w podejmowaniu ryzyka. Jej wymaganiom prawdziwej intymnosci i uczciwosci trudno jednak sprostac, zwlaszcza kiedy wydaje sie zadac wiecej od innych niz od siebie samej. Proby konfrontacji staja sie forma emocjonalnego szantazu i choc nasze sympatie maja sklaniac sie w jej strone, szybko przestajemy sie dziwic, ze Edward pragnie umknac spod pregierza jej nieustannej uwagi.

Osoba jednak, ktora wydaje sie ponosic najwieksza porazke, bez szansy na "odwrot spod Moskwy", jest ich syn, na ktorego barkach rodzice skladaja swe nieszczescia. Jamie musi spelniac niemozliwe oczekiwania. Ma byc ich swiadkiem, sedzia i lacznikiem, strefa ochronna i szansa na zrozumienie, wytlumaczeniem dnia wczorajszego i nadzieja na jutro. Tym bardziej zaskakuje zakonczenie sztuki rozgrywane w elegijnej tonacji, w mistycznym polmroku sugerujacym rozmowy z zaswiatami. Jamie zwraca sie do matki, potem do ojca ze slowami, ktore w zaden sposob nie wynikaja z tego, co wspolnie obserwowalismy na scenie: "Jedyne, co moge zrobic, to zlozyc wam hold… Przebaczcie mi za to, ze was uwielbiam. Przebaczcie mi, ze jestem waszym synem". Slowa te wskazuja raczej na brak samoswiadomosci. Oto milosc, ktora zamiast dojrzalosci budzi w osamotnionym czlowieku potrzebe ekspiacji za niezawinione winy.

William Nicholson, The Retreat from Moscow. Rezyseria: Daniel Sullivan, scenografia: John Lee Beatty, kostiumy: Jane Greenwood, oswietlenie: Brian MacDevitt, muzyka: John Gromada. Wystepuja: Eileen Atkins (Alice), Ben Chaplin (Jamie) oraz John Lithgow (Edward). Premiera 23 pazdziernika. Booth Theatre 222 W. 45 St. przy Broadwayu.

*

Ponadto, coz, blyski ciekawych intencji i mnostwo rozczarowan.

bobrauschenbergamerica, spektakl przygotowany przez SITI Company i Charlesa L. Mee pod kierunkiem Anne Bogart, o zyciu i sztuce jednego z najwazniejszych amerykanskich artystow, tworcy pop-artu, bardziej byl znaczacy jako symptom niespodziewanej nostalgii niz jako wydarzenie teatralne. Pelno tu wyrazistych odnosnikow do lat 1950. Mieszali sie z soba w kolorowym kolazu dziewczyna na wrotkach, fizyk zachwycajacy sie odkryciami i "muzyka sfer", kierowca ciezarowki odkrywajacy przyjemnosci wolnego seksu, matka zdumiona artystycznymi sklonnosciami syna, skoczne tance country i mocny rock, barbecue i pizza… Wszystko na tle gwiazd i paskow wielkiej flagi amerykanskiej. Lata 50. mienily sie mlodziencza energia i kolorem, jak wspanialy wybuch kuszacej wolnosci, jak utracona niewinnosc. Zabraklo jednak sily i emocjonalnego ladunku, by uczynic wizualnie ciekawe widowisko znaczacym. (Brooklyn Academy of Music, 14-18 pazdziernika).

Po serii perypetii i dramatycznych zmian wsrod aktorow (Laura Benanti odeszla miesiac temu, Jasmine Guy zrezygnowala "z powodow medycznych" kilka dni przed rozpoczeciem przedstawien), odbyla sie dawno zapowiadana premiera The Violet Hour Richarda Greenberga. Jednak im mniej o tej "melancholijnej komedii", powiem, tym bedzie lepiej. Powiem wiec tyle, ze rzecz wydaje sie zlepkiem roznosci, a kazda ciagnie w inna strone. Watek narracyjny jest minimalny, nieprawdopodobny i jak z farsy. Humor rownoczesnie chce byc liryczny i rubaszny. Postacie czesciowo wywodza sie z literatury (F. Scott Fitzgerald moglby wystapic o odszkodowanie), czesciowo z brukowych fantazji. (Josephine Baker, czyz oddawalas sie namietnie na stole i na podlodze mlodziencom, niby w tobie zakochanym, lecz naprawde kryptohomoseksualistom? Rosamundo Plinth, dziedziczko wielkiej fortuny, czyz nieuchronnie musisz byc wariatka?). Nastroj waha sie miedzy sentymentalnym kiczem (fioletowa, fioletowa godzina!), zaduma nad przeznaczeniem i absurdalnym zartem. Najladniejsza rzecza w tym przedstawieniu jest bordowoczerwona kurtyna, potrojna, z pozlacanymi fredzlami, ciezka od wlasnego znaczenia. Swiezo odnowiony Biltmore Theatre prezentuje sie bogato i calkiem jak z innej rzeczywistosci, bo rzeczywiscie, 35 milionow dolarow poszlo na pieczolowita renowacje wnetrza z 1925 r.

Moje rozczarowanie jest w tym przypadku szczegolnie silne, bowiem Greenberg, autor niespodziewanego sukcesu Take Me Out, jest pisarzem doswiadczonym i inteligentnym, a jedna z postaci kwintetu na scenie jest dobrze zapowiadajaca sie mloda aktorka polskiego pochodzenia Dagmara Dominczyk. Zycze jej serdecznie rozsadniejszych rol, bardziej skladnych sztuk i lepszych szans na przetrwanie - na Broadwayu czy na off-Broadwayu.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail