PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (14 listopada 2003)


ANDRZEJ KORASZEWSKI

Raport
o stanie Polski


Jak wyglada dzisiejsza Polska? Zdaniem zadowolonych znakomicie, zdaniem niezadowolonych fatalnie, a badaniem rzeczywistosci nie warto sie zajmowac. Dwadziescia lat temu Jozef Kusmierek (dziennikarz i dziwak, ktory pisal tylko o tym, co sam dokladnie sprawdzil) blagal wszystkich solidarnosciowych swietych, zeby skorzystac z faktu, ze Solidarnosc ma swoich ludzi w kazdej wsi, w kazdej fabryce i w kazdej szkole i sporzadzic wszechstronny raport o stanie Polski. Solidarnosciowi dzialacze (przyszli ministrowie) sami wiedzieli, jak rzeczywistosc powinna wygladac i stanowczo sie tego domagali. Potem, kiedy bitwa zostala wygrana, nowa rzeczywistosc budowali publicysci, ktorzy w teren wyjezdzali nie po to, zeby sie dowiedziec, ale zeby powiedziec, ewentualnie, zeby przeciac tasme lub cos poswiecic. Po czternastu latach wolnosci mlodziez (rowiesnicy owej wolnosci) odkrywa Folwark zwierzecy Orwella, ze zdumieniem dostrzegajac dziwna aktualnosc tej alegorii.

W stolicy nadal obowiazuje obyczaj ogladania naszego swiata przez pryzmat statystyk i interpretowania statystyk przez pryzmat partyjnych poboznych zyczen. Gorzej, kiedy trzeba interpretowac raport o stanie Polski sporzadzony przez instytucje zewnetrzna, do ktorej ponoc aspirujemy.

Zaledwie na pol roku przed oficjalna data przystapienia do Unii Europejskiej raport Brukseli pokazuje, ze Polska nie jest do tego wydarzenia zupelnie przygotowana. Czy z Brukseli widac wiecej niz z Warszawy? Nie mozna tego wykluczyc.

Mieszkam na gluchej prowincji i warszawscy politycy jawia mi sie jak jakies platonskie cienie w pieczarze. Slysze ich glosy w radiu i widze ich wypowiedzi w gazetach (telewizji nie ogladam, gdyz zgadzam sie z moja znajoma, ktora twierdzi, ze jezyk polski nie pozwala na opisanie zjawiska, jakim jest polska telewizji, gdyz brakuje jej jednego przypadku - wymiotnika, a wiekszosc rzeczownikow w takim opisie powinna byc w wymiotniku). Otoz w dniu, kiedy warszawscy politycy dowiedzieli sie o brukselskim raporcie, chodzilem od switu z moimi psami po polach i tlukly mi sie w glowie dwa oswiadczenia z porannego dziennika radiowego. Oczywiscie oba byly zwiazane ze wspomnianym raportem, ktory stwierdza, ze na wejscie do Unii Europejskiej nic procz wyciagnietej reki nie jest w Polsce gotowe.

W radiowym dzienniku premier Rzeczypospolitej uspokajal, iz nie nalezy dramatyzowac, ze przeciez do pierwszego maja mamy jeszcze kilka miesiecy i zdazymy wszystkie zaleglosci nadrobic. Nastepnie przedstawiciel opozycji (Kazimierz Ujazdowski z PiS-ku, ale mogl to byc dowolny inny przedstawiciel) stwierdzil stanowczo, ze te wszystkie opoznienia sa wina rzadu, ktory zbyt pozno sie zabral za przygotowania.

Oczywiscie gdyby premier mial racje i gdyby istnialy najmniejsze chociazby mozliwosci nadrobienia owych zaleglosci w ciagu kilku miesiecy, to racje mialby rowniez przedstawiciel opozycji, twierdzac, ze to wszystko wina obecnego rzadu, gdyz rzad rzeczywiscie mial do dyspozycji tych kilka miesiecy, a nawet wiecej. Dramat polega na tym, ze stan Polski nie rokuje zadnych nadziei na nadrobienie owych zaleglosci w tak krotkim czasie i ze (jakby to byc moze zrymowala pani Szymborska) trzeba licznych generacji, zeby wyjsc z degeneracji.

Ledwo wrocilem ze spaceru z psami, kiedy zadzwonil telefon. Dzwonil moj byly Czytelnik z Kieleckiego. Stary, swiatly rolnik, wlasciciel stada krow (dzieci po studiach, syn przejal gospodarstwo), ktory na marginesie radiowego wystapienia premiera chcial mi opowiedziec, ze on tez przygotowuje sie do tej Unii i z rosnacym podziwem patrzy na rozmiary niekompetencji urzednikow starostwa, gminy, osrodka doradztwa rolniczego, bankow i na efekty pracy tej masy niekompetentnych urzednikow. Otoz zazadal niedawno mapy geodezyjnej swojego gospodarstwa (dokument wymagany do jakichkolwiek staran o unijne dotacje). Dano mu oficjalny i opieczetowany dokument ze stanem z roku 1965! Na pytanie, co sie stalo z wszystkim zglaszanymi po tym okresie zmianami, odpowiedziano mu, ze nie ma ich "na twardym dysku". Co to oznacza? Zapewne gogolowska rzeczywistosc, ktorej Warszawa nie jest nawet swiadoma albo jest swiadoma, ale mysli podobnie jak ludzie na szczeblu gminy i powiatu.

Od pieciu lat probuje zrozumiec, jak mysla w Polsce ludzie na szczeblu gminy i powiatu, ale nie ma tu oczywiscie jednoznacznej odpowiedzi. W tym przypadku mozemy sobie probowac odtworzyc rozumowanie szefa stosownego urzedu, ktory dostal zadanie, zeby w ciagu kilku miesiecy skomputeryzowac wszystkie dane o stanie gospodarstw w powiecie. Potoczyl blednym wzrokiem, siegnal po gruby skoroszyt, wezwal pania Krysie i kazal jej przeniesc dane z tego skoroszytu do komputera. Byc moze podwladna zwrocila mu nawet uwage, ze dane sa nieco przestarzale i ze sa jeszcze setki teczek prowadzonych osobno dla kazdego gospodarstwa. Szef wiedzial jednak swoje - to ma byc zrobione szybko i bez szkody dla innych zajec, a i tak te bzdury nie maja zadnego znaczenia, wiec "prosze to zrobic bez dyskusji".

Nie wiem, czy tak wygladala ta rozmowa, czy nieco inaczej, ale dziesiatki razy slyszalem lekcewazace uwagi o bzdurnych oczekiwaniach wyzszych urzedow oraz o dumie z tego, ze udalo sie wykpic sianem, "bo przeciez gdyby czlowiek ich powaznie traktowal, to zajmowalby sie tylko papierkami" (ten cytat jest juz autentyczny). Niezaleznie od tego, jak scena podejmowania decyzji w tej konkretnej sprawie wygladala, w powiecie, z ktorego dzwonil moj rozmowca, do komputera wprowadzono uporzadkowane dane z 1965 roku.

Przed radiowym dziennikiem, w ktorym pan premier zapowiadal, ze damy sobie rade, bo przeciez "mamy jeszcze kilka miesiecy czasu", redakcja Programu I PR nadawala wywiad z prezesem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Prezes rowniez byl optymista i informowal, ze Agencja juz sie zabiera za masowe przygotowywanie rolnikow do Unii i ze wszystko bedzie gotowe na czas. "A jesli nie bedzie?" - zapytal niespokojnym glosem dziennikarz. Wydawalo mi sie, ze slysze, jak pan prezes sie nadyma, po czym lekko zmienionym z oburzenia glosem stwierdzil, ze jego "... poprzednicy wiele spraw zaniedbali, wiec byc moze nie wszystko da sie teraz nadrobic".

Kilka dni wczesniej znalazlem w prasie lokalnej bardzo wazny wywiad z profesorem Witoldem Kiezunem. Profesor Kiezun w zasadzie powtarzal to, o czym pisal trzy lata temu w paryskiej Kulturze - jedyna rzecz, ktora w tym kraju naprawde wzrasta, to biurokracja. Od tamtej pory zmienily sie dane, mamy juz ponad pol miliona urzedasow, ktorzy nawet gdyby byli kompetentni, to w takiej liczbie musieliby sobie wzajemnie uniemozliwiac prace. Ci urzednicy to nie tylko ludzie fatalnie wyksztalceni, ale rowniez bez zadnych szans na kompetencje. Sam akt akcesji do UE (na co zwracal uwage w swoim wywiadzie profesor Kiezun) wazyl 6,5 kilograma. Ktokolwiek, kto czyta cokolwiek, zdaje sobie sprawe, ze dokument o tej wadze nie moze byc kompetentnie wprowadzany w zycie.

Nasze dumne kolejne rzady wszystkich pokomunistycznych masci tez produkowaly przepisy i prawa rownie radosnie, jak zmienialy nazwy ulic. Nawet gdybysmy zalozyli, ze byly to prawa doskonale, to chyba w zadnej dziedzinie nie ma takiego geniusza, ktory moglby te prawa opanowac i przelozyc na rutyne codziennej dzialalnosci urzedu gminnego.

W moim urzedzie gminnym siedza mile panie i mysla, co zrobic, zeby sie nie narazic.

Jak swiat swiatem, a Wisla Wisla, obowiazuja w satrapiach zasady zachowania opisane przez Gogola - staraj sie nie robic nic, bo to jest najbezpieczniejsze.

Witold Kiezun opowiadal, jak to w Kanadzie pozbyto sie 45 tysiecy zbednych urzednikow, placac im za to, zeby przestali pracowac. Niestety, w Polsce problem polega na tym, ze 45 tysiecy urzednikow rocznie przybywa, a nie ubywa.

Bruksela powiada, ze zrobilismy bardzo malo, aby przygotowac sie do przyjecia pomocy, ktora inni sa nam sklonni oferowac. Najwieksze zaniedbania mamy w rolnictwie (pewnie dlatego, ze w naszych pokomunistycznych srodkach masowego przekazu najwieksza liczbe slow poswiecono przekonywaniu, ze wszelka pomoc dla rolnictwa jest zgola szkodliwa, wiec urzedy gminne i powiatowe mogly otrzymywac nieco sprzeczne sygnaly).

Zdaniem Brukseli rowniez nasze sadownictwo spelnia raczej funkcje ozdobne niz praktyczne. No, ale mamy jeszcze kilka miesiecy, wiec bedzie mozna w tym czasie zmienic mentalnosc naszych sedziow i uporzadkowac prawo (przede wszystkim wyeliminowac prawa sprzeczne z konstytucja i normami prawnymi UE, napisac przepisy wykonawcze do setek praw, ktore dotychczas takich przepisow nie maja oraz wyczyscic zaleglosci tak, aby sady mogly rozpatrywac naplywajace sprawy na biezaco).

Inne zarzuty - dotyczace powszechnej korupcji, dzialania administracji czy reform w gospodarce - to juz sa drobiazgi, ktore bedzie mozna odlozyc na druga polowe kwietnia.

W raporcie Komisji Europejskiej z 5 listopada br. Polska zostala oceniona jako kraj najgorzej ze wszystkich kandydatow przygotowany do akcesji w 50 obszarach prawa wspolnotowego. Ten stan rzeczy nie wzbudza do nas sympatii i kto chce, ten moze sie dowiedziec, ze w krajach czlonkowskich Unii Europejskiej narasta irytacja i niechec do Polski oraz ze unijni politycy probuja doprowadzic do swiadomosci politykow warszawskich, iz w pewnych sytuacjach (kiedy uzgodnione warunki nie beda spelnione) unijne pieniadze zostana zamrozone w kasie. W samej Polsce albo sie ten fakt przemilcza, albo szuka niezbyt madrych usprawiedliwien, ze to zemsta za zbyt silna wspolprace z Ameryka, za obrone Nicei lub tez tylko ordynarne skapstwo. To, ze raport brukselski moze odzwierciedlac stan Polski, to raczej nikomu nie przychodzi do glowy. Sprawozdania z naszych urzedow terenowych pozwalaja nam ze spokojnym sumieniem powiedziec, ze nie jest tak zle. Jak sie zastanowic, to jest wrecz dobrze, a ten raport to tylko wydarzenie medialne, o ktorym ludzie i tak za kilka dni zapomna.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail