GRAZYNA DRABIK
Rytmy Nowego Jorku
Od urodzin
do godziny duchow
Dzien krotszy, jesiennie zmienny. Przestawiamy zegarki, by "oszczedzac" dzienne swiatlo, by wydawalo sie nam, ze jasniej. Znowu deszcze. Zaczne wiec od wielkiego dzwonu, bez zadnych oszczednosci.
Turangalila Oliviera Messiaena zaczyna sie jakby od samego srodka. Dwa muzyczne tematy nakladaja sie na siebie, przenikaja wzajemnie. Glosne nawolywanie trombonow wyznacza smuge cienia, obwieszcza nieuchronna smierc. Klarnety w pianissimo sprzeciwiaja sie cieniom, wyspiewujac kwieciste obietnice. Zaraz pojawia sie nastepny temat - milosci, powtarzany potem cyklicznie, jak dwa pierwsze. Lancuchy akordow lacza watki i je rozdzielaja, odrozniaja od siebie i spajaja w jednosc. Wszystko dzieje sie w tej symfonii jakby naraz, jest rownoczesnie poczatkiem i koncem. Jeden rytm naklada sie na inny, na te dwa nachodzi jeszcze jeden, przemienia w calkiem odmienny. Ludzka milosc przeobraza sie w kosmiczny taniec. Muzyka sklada hold najwiekszym kochankom: Romeo i Julii, Tristanowi i Izoldzie. Przywoluje w zachwycie spiew ptakow. Porywa wznoszacymi sie falami wybuchow ekstazy
Wspanialy przywiezli dar muzycy z Filadelfii. Szczodrze tez zostali wynagrodzeni koncowa owacja. Nic dziwnego, ze ten dlugi, skomplikowany utwor jest tak rzadko wykonywany. Wymaga powiekszonego skladu instrumentow, wybitnych solistow i sluchaczy gotowych zawiesic zwykla miare ocen. Koncert 7 pazdziernika w Carnegie Hall byl rewelacyjny. The Philadelphia Orkiestra pod dyrekcja Christopha Eschenbacha i pianista Jean-Yves Thibaudet grali jak natchnieni. Jean Laurendeau wywolywal tajemnicze fale z przedziwnego instrumentu ondes martenot. Kilka zaklopotanych czy niechetnych uniesieniom osob wyszlo. Reszta siedziala zasluchana, szybujac ku transcendentalnym wzruszeniom.
"Turanga", informuje francuski kompozytor w specjalnej nocie, w sanskrycie oznacza rytm i ruch. "Lila" - to milosc, a takze boskie dzialanie, ciagla gra smierci i zycia. Komponujac w trudnych latach w powojennej Europie, Messiaen porwal sie na ryzykowny i ambitny lot, wyspiewujac hymn o milosci. I co tu narzekac na jesienne sloty!
Zreszta nie ma czasu. Bogatym lukiem - dzieki gosciom z Polski jak i tutejszym inicjatywom - rozsypaly sie po Nowym Jorku wydarzenia polskie. Nie ma mowy, by wszystkiego skosztowac, ledwo sie udaje trzymac reke na pulsie. Oto probka wydarzen ostatnich kilku tygodni: w Tribeca Performing Arts Center na dole Manhattanu, w wypelnionej do ostatniego miejsca duzej sali, Krystyna Janda i Marek Kondrat zbierali zasluzone oklaski za popisy w sztuce Kto sie boi Virginii Woolf?.
W Merkin Concert Hall przy W. 65 St. wystapil The Cracow Klezmer Band. Pazdziernikowy koncert krakowskiego zespolu raz jeszcze potwierdzil, jak wazne jest magiczne a czesto nieprzewidywalne porozumienie artysta-sluchacz. Latem sluchalam ich w Warszawie, pod golym niebem. Podworko klubu Lapidarium na Starym Miescie pulsowalo od mocnych rytmow. Mimo deszczu ich folk-jazz wydawal sie iskrzyc od entuzjazmu muzykow i sluchaczy. W Nowym Jorku publicznosc byla wyraznie podzielona, czesc spodziewala sie swojskich zydowskich melodii. Z kazda nastepna jazzowa wersja zwiekszal sie strumien siwowlosych uchodzcow. Muzycy tez, moze w obronnym odruchu, grali precyzyjnie, lecz mechanicznie, raczej dla siebie niz dla nas.
W ramach New York Film Festival w Lincoln Center wyswietlony zostal nowy film Jana Jakuba Kolskiego Pornografia, z wybitnymi zdjeciami Krzysztofa Ptaka i wspanialymi kreacjami Grazyny Bleckiej-Kolskiej, Adama Ferency, Krzysztofa Globisza, Krzysztofa Majchrzaka. Pominiety na festiwalu w Gdyni, tu spotkal sie z dobrym przyjeciem. Przestronne audytorium Alice Tully Hall wypelnila na obu seansach publicznosc w duzej mierze amerykanska, dajac swiadectwo zainteresowaniu, na jakie moze nadal liczyc polska kinematografia.
Kolski w ostatnim momencie, ku rozczarowaniu organizatorow festiwalu, zrezygnowal z przyjazdu do Nowego Jorku. Nie udalo sie wiec porozmawiac z rezyserem o adaptacji powiesci Gombrowicza. Odbyly sie za to inne ciekawe filmowe spotkania. Na poczatku pazdziernika w Anthology Film Archives, na Lower East Side, mozna bylo obejrzec filmy Kazimierza Kutza. Obecnie, w ramach przegladu polskich filmow animowanych, awangardowych i eksperymentalnych, przygotowanego przez MoMA i Instytut Kultury Polskiej, mozna sobie przypomniec rewelacyjna tworczosc mistrzow malej formy - Jana Lenicy, Waleriana Borowczyka, Zbigniewa Rybczynskiego czy Piotra Dumaly oraz zobaczyc przedwojenne jeszcze eksperymenty Stefana i Franciszki Themersonow. Dodatkowa przyjemnosc sprawia przysluchiwanie sie probom poprawnego wymawiania przez Amerykanow niektorych nazwisk, np. "Szczechura". (23 pazdziernika - 2 listopada, Gramercy Theater, 127 E. 23 St., Manhattan).
Przy okazji spotkania ze Zbigniewem Rybczynskim 24 pazdziernika zdarzyl mi sie jeden z tych rzadkich, lecz milych przypadkow, w ktorych symetrii czlowiek chetnie dopatruje sie glebszych znaczen. W siedzibie redakcji Nowego Dziennika, gdzie odbywalo sie spotkanie, obejrzalam film Rybczynskiego Tango. Jest to klejnot sprzed 21 lat, perfekcyjnie skonstruowana fuzja obrazu z muzycznym rytmem. Nieco pozniej, w czasie koncertu The New Yorkers w Brooklyn Academy of Music, sluchalam awangardowej muzyki Michaela Gordona, Davida Langa i Julii Wolfe oraz ogladalam filmy Billa Morrisona, Jana Hartleya i Douga Aitkena. Polskiego filmowca i amerykanskich artystow dzieli pokolenie, radykalnie odmienna rzeczywistosc spoleczna, rozne techniki. A jednak, ponad podzialem czasu i przestrzeni, laczy ich podobna pasja i energia. Poszukiwanie syntezy ruchomego obrazu z muzyka.
Wracajac jeszcze do wydarzen polskich, warto wspomniec o miejscu coraz ladniej zaznaczajacym swa obecnosc na mapie Greenpointu. Odnowione pomieszczenie Galerii Kuriera Plus goscinnie otwiera podwoje malarzom, poetom, muzykom. Tu jeszcze we wrzesniu odbyl sie koncert, ktoremu zawdzieczamy tytulowe "urodziny". Bylo to wlasciwie huczne przyjecie, ktore pod haslem "Polski blues" zaznaczylo potrojnie odswietna okazje: inauguracje jesiennego sezonu galerii; pierwszy wystep nowo utworzonego zespolu rockowego pod kierunkiem Romka Lajkosza, piosenkarza o cieplym glosie; urodziny dwoch Romkow zespolu, Lajkosza i gitarzysty Serafina, oraz ich impresaria i dobrego ducha zycia kulturalnego na Greenpoincie, Michala Osiecimskiego.
Nic dziwnego, ze czlowiek nie nadaza. A tu sezon operowy w pelni. W City Opera z przyjemnoscia ogladalam wdziecznie wystawione barokowe cacko Händla Alcina, w udanej oprawie Neila Patela i Martina Pakledinaza. Zwykle mocny glos Christiny Goerke w tytulowej roli tym razem nieco zawodzil, za to wdzieczna Jennifer Dudley (Bradamante) oraz mezzosopran Katharine Goeldner (zbalamucony przez czarownice Ruggiero) ladnie i pewnie prowadzili nas przez kraine zlych czarow ku szczesliwemu odnalezieniu sie kochankow.
W Metropolitan Opera zas powrocil do repertuaru specjalny spektakl poswiecony Igorowi Strawinskiemu. Przygotowany w 1982 roku, dla uczczenia 100-lecia urodzin kompozytora, laczy on slynny a potencjalnie nadal bulwersujacy balet Le Sacre du Printemps, taneczno-spiewane opowiadanie Le Rossignol wedlug basni Andersena, oraz oratorium Oedipus Rex z librettem Jean Cocteau.
Jako calosc, Stravinsky w swej nowej formie nie robi wrazenia. Choreografia Douga Varone'a nie dorownuje prymitywnej potedze muzyki Le Sacre du Printemps. Uklad taneczny Fredericka Ashtona w Slowiku jest atrakcyjny, lecz spiew i taniec nie skladaja sie w basn, ktora moze nas oczarowac delikatnym wdziekiem. Pozostaje ostatni w kolejnosci utwor. Jest on jednak wart najdluzszego nawet czekania - dzieki potedze muzyki Strawinskiego, wstrzemiezliwej i poruszajacej, dzieki wspanialym solistom, ktorymi sa: Robert Gambill (Oedipus), Evgenij Nikitin (Creon), Eric Halfrson (Tiresias), Stephanie Blythe (Jocasta), Barry Banks (The Shepherd) i genialnie spiewajacemu chorowi.
A poza tym, coz, dzien zwykly. Moja stacja metra nieczynna, w remoncie. Kiedy mijam ja jadac ekspresowym torem, przesuwaja sie za oknami pociagu migawki z frontu przebudowy: peron otoczony siatka, brunatne sciany i ogolocone filary. Zamiast pasazerow, wasaci mezczyzni w roboczych ubraniach, w ochronnych kaskach. Jeden na kleczkach pod sciana skrobie cos zamaszyscie. Inny pucuje swiezo ulozone biale kafelki. Z boku, nastepny wasaty, z duzym termosem pod pacha, spoglada w strone mojego rozpedzonego pociagu. Zolto od jaskrawych kamizelek. Przy kafelkach pracuja Polacy, mowia mi hinduscy sprzedawcy w kiosku na rogu. Nowy Dziennik wyprzedany jest od rana.
Juz stacja zniknela w czerni za nami. Oni dalej tam kuja, ukladaja kafelki, pija kawe z termosu. My pedzimy dalej podziemnym tunelem. Dokads. O kazdej porze. 24 godziny na dobe.
Zarzucam nastepna siec szerokim kolem. Zbieram plony miesiecznego polowu. Czasem zwatpienie szarpie siecia. Zbliza sie godzina duchow. Sle wiec jeszcze fragment z Epilogu poety z Bostonu, ktory wywazonym slowem staral sie oswajac porazki. W ostatnia niedziele pazdziernika Robert Lowell zostal wlaczony do wybranego grona uhonorowanych wpisem w kaciku poezji w katedrze St. John the Divine.
Slysze halas wlasnego glosu:
Wizja malarza to nie jest soczewka,
drzy z pragnienia, by piescic swiatlo.
Lecz czasami wszystko co pisze
wytarta sztuka mojego oka
wydaje sie tylko zdjeciem
krzykliwym, szybkim, w grupie,
powiekszeniem z zycia
lecz sparalizowanym przez fakt.
Wszystko jest mezaliansem.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wysłać e-mail |