PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (31 pazdziernika 2003)


EWA LACH

Rog Ashland i Blackhawk,
o swicie


Waska studnie podworka wypelnily halasy, ale takze i zapachy - mm... mniam! Chleb, bulki, ciastka... Na parterze jest piekarnia. Praca w piekarniach zaczyna sie grubo przed switem, jak wiadomo. Dorota przeklela w duchu i odwrocila sie na drugi bok, sciagajac kozuch z siostry. Przywiozly spiwory, ale wolaly je podeslac pod spod, przykrywajac cienki i nieswiezy materac, zajmujacy ze 3/4 powierzchni pokoiku, mniejszego chyba nawet od ich krakowskiego! Tyle ze sufit ginie w mrokach gdzies tam wysoooko, ale po co ludziom tyle pionowej przestrzeni? Amerykanie tacy rozwinieci i postepowi, ze potrafia lazic po scianach jak muchy? Mruknela cos w tym stylu do siostry, ale wiecej komentarzy nie bylo, zwalily sie obie tak jak staly, tylko buty zdjely, i probowaly zasnac, nie tyle ze zmeczenia, ile dla unikniecia dalszych rodzinnych spiec. Drewniana podloga skrzypiala za drzwiami, ale dosyc krotko, potem jeszcze przeleciala fala obcego smiechu, nad ranem stlumiona czyims shhhh!, troche stapniec na palcach i cisza. Pierwsza noc na obcej ziemi. A druga tez pod kozuchami, tyle ze w pizamach i po uzyciu lazienki. Waskiej, dlugiej i z oknem, a wiec zimnej i zniechecajacej do dbania o higiene jak nalezy. Brudnej. Matka, zmeczona i w podlym humorze, wyszorowala jednak wanne, zanim je tam dopuscila. O, a dzisiaj od switu masuje podloge w kuchni.

- No i po co to robisz? - mruknela Dorota wysuwajac sie z ich jamki, do ktorej wchodzilo sie z kuchni. Nie mogla juz zasnac. - Podobno mamy tu byc tylko pare dni. I ta... ta Kleja powiedziala, ze oni tu maja swoje dyzury - imie glownej lokatorki, Chloe, tak im sie jakos zgrabnie przekrecilo, bo swiecila caly czas szerokim, jak przyklejonym, usmiechem. I nie mogla sie od nich wczoraj w poludnie odlepic, zyczliwie zainteresowana Polska i przebiegiem ich podrozy. Pytania zadawala powolutku, pewnie chcac im ulatwic zrozumienie, a moze ona taka w ogole jest rozlazla, bo dziobala ten swoj lunch po kolei z roznych garnuszkow, torebek i pudelek, rozrzucajac je dookola. Ledwie sie zmiescily przy wspolnym stole, jedzac na raty. Dorota caly czas na stojaco, dziwiac sie, jak mloda osoba moze byc taka wlasnie, co to bedzie, gdy sie zestarzeje? I te jej trzy koty!

- Pare dni czy dluzej, nie moge na to patrzec! - westchnela matka i wrzucila do plastykowego wora klab zmaltretowanych recznikow papierowych. W ostatni wytarla rece. - Nie widze tu nawet porzadnej scierki... a nie bede teraz szukala, gdzie wsadzilam nasze, Andrusia spi na walizce, zsunela sie z tego... materaca! - moze chciala powiedziec "wyrka", bo legowiska Sewerka na pewno tapczanem nazwac nie mozna. Ani otaczajacych je scian pokojem. Jamka jeszcze mniejsza niz ta dziewczat i bez okna, tylko maly otwor pod sufitem, nad drzwiami, "oszklony" kawalkiem plastyku, wychodzacy na krotki przedpokoj. Luksusowa szafa. Dokladnie. To jest tak zwany walk-in-closet, na ubrania i walizy, jak poinformowal Sewerek, smiejac sie, ze w Zadabiu zasial zwatpienie w walory kapitalizmu, kiedy opisal familii i znajomym, ze spi w klozecie, bo to najtansze miejsce, jakie znalazl w niezlej dzielnicy, dwa kroki od pracy. Wyniosl sie teraz gdzies na chwile i dzieki temu rodzice moga spac osobno. Ale nie chca - ojciec znowu zostal na noc w ich remontowanym domu, a Andrusia wolala przytulic sie do mamy niz do siostr. Miedzy nimi jest jeszcze jedna sypialnia, ale zamknieta, lokator wyjechal na pare dni. Drzwi dokladnie naprzeciwko lazienki. Do pokoju Klei wchodzi sie z salonu i podobno jest on najwiekszy, z oknem od ulicy, a nie podworka. Matka skrytykowala taki uklad, niefunkcjonalny, wszyscy na siebie wlaza, w Krakowie bylo ciasno, ale przechodzilo sie tylko przez przedpokoj. A tutaj, skrepowanie od rana do nocy, zwlaszcza ze lokatorzy plci obojga. Studenci i studentki powinni mieszkac osobno, jej zdaniem, jak w Krakowie, chyba ze malzenstwa. - Zaraz widac, ze studenteria! - westchnela teraz, prawdopodobnie komentujac ten skandaliczny brak scierki, bo kontynuowala temat porzadku, zawiazujac pekaty wor. Drugi, rownie wielki, opieral sie o drzwi na kuchenne schody, trzeci tkwil wcisniety miedzy lodowke a okno. Pod nim odkryla czwarty. - Jak myslisz, czy to tez do wyrzucenia, czy jakies skarby?

- Smieci! - Dorota pociagnela nosem. - Zostawze to, mamus! Niech sobie wynosza.

- Ten to bym wyniosla, bo dopelnilam naszymi opakowaniami... i ten spod drzwi! Psik! - odgonila szarego kota Chloe. Czarny drzemal na lodowce.

- O rany! - jeknela Dorota wznoszac oczy do sufitu. - Dawaj, wyniose!

- Ciemno jeszcze, sama sie nie snuj... a wiesz gdzie?

- Za rogiem. W przejsciu miedzy domami. Juz to zbadalam.

- A jak wejdziesz z powrotem? Nie mamy klucza. Potrzymam ci drzwi! Stojze! Wkladaj kozuch... Szalik! A gdzie skarpetki?... Nie rob min! Przeciez jestem za was odpowiedzialna...

Zeszly ostroznie po skrzypiacych, drewnianych schodach, trzy pietra w dol. - Jak w Krakowie! Porzadna kamienica zawsze ma kuchenne schody! Ale tam podzielono takie wielkie mieszkania i inni ludzie wchodza sobie tylnymi schodami...

- Tu tez. Niektore drzwi maja numery.

- O, rzeczywiscie! Ale to na pewno byly od poczatku osobne lokale... No, wybiegaj... brr, moze to ja powinnam? A jak cie ktos zaczepi? Ty jestes mloda, na mnie nikt...

- Mamo, nie nudz! Ja szybciej biegam! Trzymaj drzwi!

- Latarka! Moze wroc i poszukaj?

Uff! Coraz trudniej znosic to gledzenie! A trzeba uzbroic sie w cierpliwosc, bo widac golym okiem, jaka matka zgaszona. Jak zbity pies. Bezradna i nieszczesliwa. Andrusia wystraszona. Marzena obrazona. Ktos tu musi wykazac sie stalowymi nerwami. Bo moze to tylko etap przejsciowy, na pare dni? A jak sie sytuacja nie poprawi, tylko przeciwnie? Tym bardziej przydadza sie nerwy ze stali.

Oops! Juz sie przydaly, bo potknela sie w ciemnosci o cos, co sie poruszylo i po blizszej analizie okazalo sie byc... ludzka noga. Po rozmiarze buta sadzac, meska. Zaszelescily gazety. Skads padalo skape swiatlo i za dwoma pojemnikami, mniej wiecej w polowie sciany, dostrzegla zarysy trzech postaci, przytupujacych i pograzonych w cichej pogawedce. Nie tylko para z ust unosila sie nad ich glowami - takze i dym z piekarni.

- Zazywaja ciastka przez nos! - skomentowala to.

- Nie badz taka okrutna! - zdenerwowala sie matka. - Bezdomnosc to chyba cos najgorszego, co sie moze ludziom zdarzyc! Zwlaszcza w takim ostrym klimacie!

- W Peerelu to kazdy mial wlasne mieszkanko!

- Nie ironizuj... Ja bezdomnych nie widywalam... raz tylko jakis biedny starzec - przyznala - siedzial pod sciana na dworcu i...

- I zlal sie na pol hali, pamietam. Odprowadzalas mnie wtedy do pociagu i oburzylas sie, ze to nie w porzadku, bo w socjalizmie nie powinno tak byc.

- No, nie powinno! - westchnela.

- W kapitalizmie powinno? Toscie nas przywlekli do pieknego swiata!

- Dorotko, przestan!

Wrocily do kuchni, gdzie przy stole tkwila niezdecydowanie skrzywiona i rozziewana Marzena w szlafroku, wpychajac do kieszeni zwiniete ciasno majtki.

- Recznie tego prac nie bede, bo nie dopiore! - syknela ze zloscia. - Nie bede rozwieszac tego w lazience pelnej obcych chlopow! W Ameryce nie miewa sie pralek w domu? W Krakowie zostawilysmy automatyczna!

- Dzien Walki z Kapitalizmem! - skrzywila sie Dorota.

- Ciekawe, gdzie ty bedziesz rozwieszac swoje majtki z roza?! - syknela.

Marzena, przypominajac ich szkolne okreslenie, z godnoscia odplynela do salonu. Zajmowal polowe mieszkania, kiszkowaty, z dwoma wielkimi oknami na kazdej z zewnetrznych scian i jeszcze jednym w narozniku pomiedzy nimi. Szeroki parapet tworzyl wygodne miejsce do siedzenia, cala sie zmiescila, nawet nie za bardzo podkurczajac nogi. Ohydne mieszkanie, ohydny widok na odrapane budynki i zasmiecone chodniki (nawet jezdnie) dwoch krzyzujacych sie tutaj wlasnie ulic, Ashland i cos z czarnym kolorem w nazwie... aha, Blackhawk. Strona "A" i strona "B", ustalila w mysli.

Od "A", w strone metra, murowane ogrodzenie (albo tyly bez okien dluuugiego magazynu, bo to sie konczy supermarketem "Jewel"); na wprost, po skosie przez skrzyzowanie, kamienica narozna jak w powiatowym miescie w Polsce lub na Kazimierzu, z wejsciem do knajpy z dancingiem, "Oasis" czy zwykla "Oaza" - w neonie czegos brakuje - z meksykanska muzyka, co zauwazyly wczoraj. Od "B" paskudny pawilon zwany "Ducks" (i tu tez jakis feler w neonowym oswietleniu), gdzie na szybach reklamuja rozne hamburgery, wiedenskie i polskie parowki, otwarty prawie cala noc i halasliwy. W glebi z kazdej strony nieciekawa zabudowa, a w tle miga swiatlami samochodow autostrada, na wysokosci gornych pieter nizszych budynkow, a srodkiem wyzszych. Wszystko to wylania sie teraz z mroku i nie mozna juz wyobrazac sobie, ze jest troche piekniejsze. Sobota, pustawo i na razie nikt sie na nia nie gapi, mozna tak sobie posiedziec spokojnie, mimo braku firanek czy zaluzji. Te wielkie gole okna zirytowaly matke, starala sie do nich nie podchodzic, w salonie mozna sie czuc jak na otwartej werandzie. I podwiewa. Brr! Otulila sie szczelniej szlafrokiem i odwrocila twarza do pokoju, opuszczajac jedna noge na brudny, trzeszczacy parkiet. Nie chce jej sie poszeptywac z nimi w kuchni albo lezec caly dzien na materacu, ale nie ma tez ochoty na przeziebienie.

Druga noga zawisla w powietrzu, a potem Marzena opuscila ja znacznie ostrozniej i probowala stapac na palcach, bo na kanapie ktos spal. Poruszyl sie wlasnie i dlugie wlosy, nieokreslonego (jasniejszego raczej niz ciemniejszego) koloru zwisly spod koldry - lub rozlozonego spiwora. Kanapy, dwie, prawie tej samej dlugosci i szerokosci, ale w zupelnie roznym stylu, staly posrodku salonu, przylegajac do siebie oparciami, a przed kazda pod sciana tkwil telewizor. Ten od okien mniejszy, starego typu, na jakiejs skrzynce albo na pudle przykrytym serweta, ten od wewnetrznej sciany duzy, z wbudowanym dolem magnetowidem, wygladajacy jak komoda albo inny mebel. Zza sciany uslyszala kaszel i jakies pomruki, ktos byl u Chloe. Osoba spiaca na kanapie zwroconej do okien poruszyla sie znowu, wiecej wlosow splynelo na podloge, a po chwili schrypniety glos zdziwil sie polszeptem:

- Czy ja snie? Albo ty, moj drogi Aniele Strozu, jestes zbyt powolny, aby zniknac w okamgnieniu? Nie wiedzialem, zes taki piekny! Jestem szczesciarzem! - i cienkie, dlugie wasy rozciagnely sie na boki, wraz z rzadka brodka tworzac firanke nad chuda szyja o wystajacej grdyce. Niebieskie, zachwycone oczeta. Duze, niezupelnie biale zeby. Wyrwalo sie zza nich donosne bekniecie - ...ep! wybacz, pieknotko!

- Nie szkodzi! Ale ja nie jestem twoim Aniolem Strozem, definitywnie! - okrasila to jadowitym usmiechem i maszerowala przez salon, skrzypiac podloga ile sie dalo. Rycerz romantyczny! Starszawy, dziobaty na jednym policzku. Tykowaty, ledwie sie miescil na kanapie. Ale biceps dobrze zarysowany, a na nim jakis obfity tatuaz. A raczej kilka, jeden pod drugim, ten najwyzszy to pewnie orzel albo inny drapieznik, tylko szpony wystawaly spod rekawa podkoszulka.

- Wiedzialem! Za piekne, zeby bylo prawdziwe! - pokiwal glowa. - To jest wlasnie moje typowe szczescie! W kazdym razie dzien dobry, Angelo wcielona!

- Mam na imie Marzena - rzucila litosciwie z nieco milszym usmiechem, w koncu to pierwszy amerykanski zachwyt na jej widok, wyartykulowany tak elegancko. Zatrzymala sie na sekunde na granicy salonu (to tez matke zdenerwowalo, ten brak drzwi miedzy glownymi pomieszczeniami, od wejscia frontowego, po kuchnie wlacznie), a rycerz zazgrzytal:

- Ma-rze-na, brzmi jak polskie!

- Bo jest. Dzien dobry! - ruszyla, lapiac jeszcze chrypliwe:

- Jestem Todd! T-o-d-d. Milo mi cie poznac!

Byla juz prawie w kuchni, wiec nie odpowiedziala, nie bedzie sie tu wydzierac o swicie. Matka smazyla jajecznice, Dorota smarowala chleb maslem, popatrzyly na nia pytajaco. Wzruszyla ramionami, ale strescila im te poranna scenke salonowa i skomentowala imie kanapowicza:

- T-o-d-d! Ponure, nie? Kto tak nazywa bezbronne niemowleta?! Amerykanom nie kojarzy sie to ze smiercia?

- Nie kazdy jest zmuszany do nauki niemieckiego tak jak my! - mruknela Dorota.

- Zmuszany? - zmarszczyla sie matka, zastygajac miedzy stolem a lodowka z kartonem mleka w rece. - Chyba same rozumiecie...

- ... ze to dla naszego dobra! - dopowiedzialy jednoczesnie, Dorota jeszcze dodala to swoje "tia!", a Marzena zaniepokoila sie:

- Chyba nie zaczniesz tego gotowac? Jeszcze smierdzi tutaj tym wczorajszym wykipianym, fuj!

- Nie boj sie, juz wiem, ze tutaj pije sie zimne! Jeszcze jestem wyuczalna, jak to sie pieknie okresla! O, Andrulka wstala! Zjesz jajeczniczke, kotku? Albo te tutejsze... platki z mlekiem?

- Cereals - podpowiedziala Marzena, ziewajac.

- Te! - kiwnela glowa Andrusia, dosyc obojetnie.

- Miss Kubala! - okrzyk zachwytu, Chloe tez wstala i w drodze do lazienki zlapala katem oka blask bijacy z podlogi. Podeszla blizej i poadorowala takze odbalaganione z grubsza polki. - Nie musiala pani tego robic!

- Mowilam! - mruknela Dorota.

- Okej, okej! - matka machnela reka niedbale. Odchrzaknela i sprobowala rozwinac troche konwersacje: - Aj du not nol hlen... a... hler iz jur plejs! Aj did jur...zings...in order on tejbl! - az sie zarumienila i unikala wzroku Chloe. Szepnela do corek: - Jak to powiedziec, ze zgarnelam jej balagan w jeden kat stolu?

- Ona to widzi - mruknela Marzena i odplynela do ich klitki, nie zamierzajac nikomu pomagac.

- Nie denerwuj sie, mama. Poniala - dodala Dorota.

- Powiedz jej, ze zakrecilam jej baniak z mlekiem i wsadzilam w koncu do lodowki, bo stal tak odkad zesmy przyjechaly.

- O, thanks! - usmiechnela sie Chloe jeszcze szerzej, kiedy Dorota przetlumaczyla, opuszczajac ostatnia czesc wypowiedzi matki. I zaczela cos klepac znacznie szybciej niz wczoraj.

- Ju it eggs wiz as tugezer? - przerwala jej matka.

- I'm fine! - odpowiedziala milutko po sekundzie wytrzeszczania oczu, a matka powtorzyla "fajn" i wyjela z opakowania trzy jajka.

- Dla kogo? - spytala Dorota, wzdychajac. - Ja juz nie jem.

- Przeciez...

- Ona podziekowala, ze nie chce.

- Przeciez... Aha! - jajka wrocily do lodowki, a Chloe tymczasem przeszla do salonu, skad dolatywaly strzepy rozmowy na dwa meskie glosy i halas telewizora. Ten ruch w mieszkaniu wyraznie matke denerwowal i ploszyl, szybko wiec zwinela resztki po sniadaniu i zagnala Andrusie do "klozetu", obiecujac jej znalezienie w bagazu czegos innego do przebrania, bo mala trzesla sie troche w lekkiej pizamce, a wczorajszy sweterek wypackala juz wczorajszymi platkami.

- Po prostu zwiala - skomentowala to Dorota, dolaczajac do siostry. Marzena lezala na materacu gapiac sie w sufit i nie raczyla zauwazyc jej wejscia, Dorota wiec kucnela przy waskiej etazerce w rogu za drzwiami i zaczela przegladac ksiazki. Pod sasiednia sciana stalo pudlo, tez wypelnione ksiazkami, czasopismami i notatnikami. - Ktos tu nawet ma cos o sztuce - zauwazyla. - I to po polsku! - dodala, odkrywajac album Polskie malarstwo wspolczesne oraz Historie koloru. - To my tez mielismy w Krakowie... hi hi hi, popatrz: historia koloru bez ani jednej kolorowej ilustracji! Fajne, nie?

Marzena milczala pogardliwie. Co to za glupie zdziwienia? Wiadomo, gdzie wydrukowane. Odezwala sie dopiero, by przerwac dociekania siostry, kto tez moze byc wlascicielem tej biblioteczki? Jakis Polak (raczej Polka, bo zauwazyly magazyny mody, rozdarta kwiecista kosmetyczke pod kaloryferem i zwisajacy z niego naszyjnik, kombinacja sznurka i drewna). A moze to Sewerka?

- Widzialas ty Sewerka z jakas ksiazka w reku? W Polsce to bylo tylko o modelarstwie i same takie poradniki, o ile pamietam. Sabina miala troche literatury w pokoju, ale nie on. Zwlaszcza o sztuce!

- Mogl sie rozwinac na obczyznie.

- Po hamburgerach!

- Zbadamy, kto tu mieszka.

Na razie co innego bylo wazniejsze do wybadania: rodzinna sytuacja. Andrusia pojawila sie nagle w ich pokoiku i przycupnela z boku, nie mowiac nic. Rozbierala i ubierala swoja Barbie.

- Juz cos przekasilem - uslyszaly z kuchni glos ojca.

-------------------------------------------------------

Fragment przygotowywanej do druku powiesci Kokosanki.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail