PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (17 pazdziernika 2003)


GRAZYNA DRABIK

Nowojorska
kronika kulturalna (teatr)


Sam fakt, ze do przedstawienia Beckett/Albee wybrano az trzy sztuki Samuela Becketta, powinnam odczytac jako sygnal ostrzegawczy. Teksty sa wprawdzie wstrzemiezliwie krotkie; wszystkie razem mieszcza sie w ramach godziny. Jak zwykle jednak u tego poety, ktory wybral dla siebie maske dramaturga, sa nadzwyczaj wymagajace - od aktorow i od publicznosci. Trudno chlonac tekst po tekscie, kiedy kazdy pietrzy sie gesto, przezroczyscie i wielowarstwowo. Sa poematami proza, zwlaszcza Footfalls, dwuglos o odchodzeniu matki czy tez o pamieci tej smierci, gdzie spirala slow prowadzi nas w glab lingwistyczno-egzystencjalnej medytacji.

Wybitnemu tekstowi zabraklo wybitnego podania, choc pod kierunkiem Lawrence'a Sacharowa aktorzy traktuja go z pieczolowita uwaga. Marian Seldes i Brian Murray sa aktorami ambitnymi, z bogatym dorobkiem. Ich nazwiska budza w teatralnym swiecie sluszny szacunek, nawet podziw. Beckett jednak wymaga czegos wiecej niz dobrego rzemiosla, nawet takiej klasy, jaka reprezentuja Seldes i Murray.

Roznice miedzy skrupulatna recytacja a natchnionym podaniem poetyckiego tekstu doskonale ilustruje kontrast miedzy pierwsza a druga czescia przedstawienia. W beckettowskiej aktor i tekst pozostaja obok siebie. Sluchajac Murraya w A Piece of Monologue, a szczegolnie Seldes w Footfalls, nie uda ci sie zapomniec o wysilku aktora. Widzisz siwobiala peruke i smugi makijazu. Zauwazasz wymowne pochylenie plecow. Uwaga zbacza na obserwacje gestu reki, na rytm krokow stawianych z wyrazistym wysilkiem, na slowa wyraziscie dawkowane.

Po przerwie, kiedy jasno wyszykowana scene rozswietla wreszcie ladne oswietlenie Michaela Chybowskiego, aktorzy jakby ozyli, rozgrzani bezpieczniejszym zadaniem. Znika staranne aktorstwo, pojawia sie On i Ona, eleganccy, wielkoswiatowi, zwarci w slownym pojedynku. Jednoaktowka Counting the Ways Edwarda Albee jest seria miniwariacji na temat dlugoletniego zwiazku. 20 zabawnych winietek mieni sie od elokwentnych igraszek, doprawionych a to zlosliwostka, a to liryka. Czy mnie kochasz? - rozpoczyna spotkanie Ona. Po serii starc tym samym pytaniem zamyka je On. Ostatnia fraza: - Chyba tak - jest echem wszelkich potwierdzen i watpliwosci o instytucji malzenstwa.

Ten zart sceniczny jest lekki jak beza i jak beza kruchy. Tutaj Seldes i Murray sa precyzyjni w dawkowaniu ironii, pewni swych popisow rozgrywanych z przyjemnoscia przed nami, dla naszego aplauzu. Aktorzy ozyli i publicznosc rozsmieszyla sie ochoczo. Latwiejszy tekst Albee'ego blyska pogodnie, podczas gdy Beckett raz jeszcze rozproszyl sie w nadmiarze i w mrokach.

Charakterystyczne, ze z Beckettowskiego tria jako udany ostaje sie pierwszy monolog, Not I. Wlasnie dlatego ze pierwszy, kiedy jestesmy bardziej chlonni, i ze aktor doslownie pozostaje niewidoczny. Gorzko zabawny tekst o mlodziutkiej dziewczynie rzuconej na szerokie wody "tam, w swiecie" jest ladnie zagrany przez Seldes. Zagrany? Beckett rzucil tutaj wyzwanie: pokazac na scenie tylko usta. Usta wypluwajace slowa, pieszczace uszczypliwosci, niezalezne od ciala, drwiace z nas, zakletych w ciele. Usta-instrument, wyrzucajace w przestrzen-nicosc inwektywy-zaklecia.

Beckett/Albee. Rezyseria: Lawrence Sacharow, scenografia i kostiumy: Catherine Zuber, oswietlenie: Michael Chybowski, dzwiek: Mark Bennet i Ken Travis. Wystepuja: Marian Seldes i Brian Murray. Premiera 9 pazdziernika, przedstawienia do 4 stycznia. Century Center for the Performing Arts, 111 E. 15 St., przy Union Square.

*

Mgielka nudy, jaka oplotla Portrety, to jednak nic w porownaniu ze zdumiewajaca nijakoscia Henry'ego IV w Brooklyn Academy of Music. Richard Maxwell wybral konwencje radykalnej sztucznosci i odarl tekst z jakiejkolwiek emocji. Aktorzy-amatorzy (z wyjatkiem dwoch: Gary Wilmes jako Falstaff i Matthew Stadelmann jako Ned Poins) stali jak kukielki przed prymitywnie namalowanym tlem, wchodzili i wychodzili ze sceny "naturalnie", czyli celowo niezgrabnie. Deklamowali tekst beznamietnie, podajac go gdzies przed siebie, bez adresata.

Staram sie odgadnac intencje Maxwella, ktory jest rezyserem chetnie podejmujacym ryzyko, wiec ta nijakosc musiala byc zamierzona. Moze chcial pokazac, ze same slowa, nawet tak dramatyczne jak u Szekspira, nie niosa z soba emocjonalnego ladunku? Ze kiedy na przedstawieniu poddajemy sie emocjom, ulegamy iluzji, rodzajowi "zbiorowej histerii"? Ignoruje widza, a przeciez magia dzieje sie nie na scenie, przed naszymi oczami, lecz w niewidzialnym luku porozumienia-spiecia miedzy aktorem i widzem.

Cokolwiek probowal, nie udalo mu sie tego skutecznie przekazac, chyba ze za sukces uznamy, iz polowa publicznosci dotrwala do konca. Dawno nie widzialam tak gromadnego exodusu. Ludzie wychodzili grupami, ostentacyjnie, w srodku slowa. A aktorzy nieporuszenie trwali na stanowisku, recytujac beznamietnym glosem namietne kwestie rycerzy na polu bitew, krola w rozterce, Falstaffa w karczemnych zabawach (30 wrzesnia - 4 pazdziernika, BAM).

*

O ile wspanialemu tekstowi Becketta zabraklo wybitnego podania, w nowej sztuce Jonathana Bella Portraits obserwujemy odwrotny problem. Dobrym aktorom zabraklo ciekawszego tekstu. Intencje byly szlachetne, lecz "mowione portrety" sa za malo wyraziste. Bell posluzyl sie dosc prostym chwytem, by nadac ramy calosci: malarz dzieli sie z nami swym goracym pragnieniem, ale i niemoznoscia oddania zbiorowego ogromu tragedii 11 wrzesnia 2001 r. Decyduje sie przedstawic kilka portretow. W pustych ramach rysuja sie przed nami sylwetki ludzi dotknietych w ten czy inny sposob wrzesniowa tragedia.

Pierwsze spotkanie z Betty (Darrie Lawrence), starsza kobieta obserwujaca tragedie na ekranie telewizora, zaciekawia. Jej bezradnosc i osamotnienie, impulsywne poszukiwanie kontaktu, staja sie nam bliskie. Jej punkt odniesienia - Betty mieszka w miasteczku Oneida na polnocy stanu Nowy Jork - pozostaje odmienny od naszych, bardziej tutaj bezposrednich doswiadczen. Drugie spotkanie tez utrzymuje nasze zainteresowanie. Pulapka, ktora nastawil na siebie Daniel (Victor Slezak), wyznacza ironiczny skret losu. Zostaje on przylapany w hotelowym pokoju. Zapewnia spokojnie przerazona zone dzwoniaca do niego, iz wszystko jest w porzadku. Wiadomo, ze klamie. Mialkosc prywatnego zachowania zderza sie z wymiarem wypadkow. Koledzy z biura w Twin Towers gina. Malzenska zdrada ratuje go, lecz Daniel nie potrafi juz zyc sam z soba. Zostala mu oszczedzona wielka tragedia, niszczy go trywialne klamstewko.

Niestety, nastepne "portrety" zlewaja sie jeden z drugim. Problemy przedstawianych nam osob, ich punkt widzenia - sa znane z innych opisow i jednoznaczne. Amerykanka muzulmanskiego wyznania protestuje goraco przeciw zamykaniu jej w stereotypowym uproszczeniu, lecz sama przemawia do nas jezykiem pelnym sztampowych uogolnien. John, pielegniarz z robotniczej dzielnicy Bostonu, pozostaje zaledwie szkicem z gazetowego sprawozdania. Aktorzy staraja sie, jak moga, lecz nie udaje im sie tchnac zycia w zbyt plaskie sylwetki.

Jonathan Bell, Portraits. Rezyseria: Mark Pinter, scenografia: Andrew Knapp, kostiumy: Charles Schoonmaker, oswietlenie: Aaron Meadow, dzwiek: Raymond D. Schilke, muzyka: Joshua Pearl. Wystepuja: Anjali Bhimani (Arifa), Christopher Coucill (Andrew), Darrie Lawrence (Betty), Roberta Maxwell (Ruth), Osian (John), Dana Reeve (Nancy) i Victor Slezak (Daniel). Przedstawienia od 9 wrzesnia do 5 pazdziernika, Union Square Theatre.

*

Teatralnej przyjemnosci trzeba bylo mi szukac gdzie indziej. Znalazlam w dwoch bardzo odmiennych miejscach. Matt & Ben to udany skecz z pogranicza farsy, absurdu i plotkarskiej anegdoty. Mindy Kaling i Brenda Withers, kolezanki z Darmouth College, wcielaja sie przekonujaco w Matta Damona i Bena Afflecka, a raczej w tych dwoch popularnych aktorow, zanim stali sie popularnymi aktorami. Obserwujemy ich w skromnym mieszkaniu Bena, po mlodziezowemu udekorowanym plakatami ulubionych druzyn sportowych, tarcza do lotek, reklamami piwa Guinness Extra, zdjeciami Beatlesow. Marzy im sie hollywoodzka slawa, pieniadze i powodzenie u pieknych kobiet.

Mysle, ze samych tworcow (Kaling i Withers sa takze autorkami tekstu) mile zaskoczyla popularnosc tego bezpretensjonalnego przedstawienia. Ich wystepy, jak wiekszosc na off-off-Broadwayu, mialy trwac zaledwie dwa tygodnie. Wobec przychylnej krytyki i wyprzedanej sali, pobyt w P.S. 122 przedluzyl sie na nastepne dwa, potem jeszcze dwa, i jeszcze. No i mamy open run bez wyznaczonej daty konca, z szansa na przeniesienie do wiekszej sali.

Matt i Ben oparte jest na prostym humorze sytuacyjnym, ale aktorki sa nadzwyczaj sympatyczne, a tekst zartobliwie nonszalancki. Najbardziej dla mnie mila jest tu umownosc gry, rzadkie zaproszenie do zawieszenia "realistycznej antenki". Kiedy Withers jako Matt Damon peroruje, ze nic im sie zlego stac nie moze, bo przeciez sa "bialymi, mezczyznami i Amerykanami", wcale sie nie dziwimy, choc ogladamy na scenie inne postacie - jedna kragla i ciemnoskora, druga smukla i blond, a obie wyraznie kobiece. Przyjmuje z przyjemnoscia, co mi mowia, a nie, co widza moje oczy. Przedstawienie konczy sie wiadomoscia, ze Ben i Matt wlasnie zdobyli Oscara. Niechaj los bedzie rownie przychylny utalentowanej parze mlodych aktorek. (P.S. 122, 150 First Ave, przy 9 St.)

*

Rodzinnej uwadze polecam urozmaicony program w New Vic, przy Times Square. Cookin', pierwsze w tym sezonie przedstawienie, bylo radosnie halasliwe i balaganiarskie. Czworka zwariowanych kucharzy ma za zadanie w ciagu godziny przygotowac wyszukana uczte weselna. Oczywiscie bawia sie wybornie, kiedy tylko znika z horyzontu surowy szef. Kapusta zamienia sie w pilke. Talerze w przedmioty do zonglerki. Garnki, patelnie, durszlaki i chochle w instrumenty perkusyjne.

Spektakl podbil moich mlodocianych towarzyszy Nicolasa i Sameera blazenskimi zartami, kolorowymi pileczkami rozrzucanymi po sali, wciagnieciem publicznosci do wyscigu lepienia pierozkow. Blazenada blazenada, lecz kryla sie za nia rzetelna robota i mistrzostwo zespolu pieciu muzykow i akrobatow z Korei, precyzyjnie prowadzonych przez rezysera Seung Whan Songa. Szykuje sie wiec na dalsze niespodzianki. Podobno inscenizacja Hamleta (od 24 pazdziernika) jest bardzo dobra, dostepna dla dzieci od 10 lat, a Moby Dick (wiosna 2004 r.) zapowiada sie rewelacyjnie (New Victory Theater, 209 W. 42 St.).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail