[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (17 pazdziernika 2003)


Marek Kusiba

Zabka przez Atlantyk

Odnaleziony ojciec


Coraz wiecej ludzi na swiecie zaczyna zdawac sobie sprawe z powagi sytuacji, zaczyna laczyc w logiczny zwiazek nasze w miare spokojne bytowanie na tym lez padole z obecnoscia wsrod nas tego Czlowieka. Coraz wiecej tez zastanawia sie nad przyszlymi losami swiata, gdy jego zabraknie. Jan Pawel II "poprawil" nasz swiat w stopniu o wiele wiekszym niz jakikolwiek z dotychczasowych papiezy. On takze "naprawil" w znacznym stopniu bledy popelnione w wieku XX przez przywodcow duchowych i politycznych.

Nie wiem, jak Ty, drogi Czytelniku, ale ja czulem sie przez polowe swego zycia bezpieczny. I nie dlatego, ze moj duchowy drogowskaz wskazal mi bezpieczna droge, i nie dlatego, ze powiedzial do nas, Polakow, abysmy sie nie lekali. Dlatego, ze on jest. I dopoki jest - czuje, ze swiat jest w miare bezpieczny.

Ten fenomen sygnalizowal mi juz moj holenderski przyjaciel, ktory jest swiecie przekonany, iz ludzkosc wyszla z okresu wojen swiatowych przede wszystkim za sprawa tego papieza. Twierdzil dalej, ze nawet nie nauki, ktorych ludzie sluchaja, ale szybko o nich zapominaja, nawet nie charyzma, nawet nie upadek komunizmu, do ktorego przylozyl swiatobliwa reke, ale jego obecnosc w swiecie, fizyczna obecnosc sprawia, ze ludzie trzymaja sie jeszcze jako tako w ryzach. Ze ludzkosc do konca jeszcze nie oszalala. I ze jest nadzieja - dopoki on jest fizycznie wsrod nas, jak dobry pasterz.

To prawda, tego nie zrobil nikt przed nim; nikt nie odwiedzil ponad setki krajow i nie ogarnal wzrokiem setek milionow ludzi. Moj Holender, jako czlowiek praktyczny, obliczyl nawet, ze podczas pielgrzymek Papiez musial zobaczyc na wlasne oczy przynajmniej miliard ludzi. A skoro ten miliard ludzi i jego zobaczyl z blizszej lub dalszej odleglosci, a nawet i w telewizji, to ludzie, a tym samym swiat nie mogli nie ulec tej obecnosci, czytaj: milosci.

Policzylem dzis znowu - to by sie zgadzalo: w czasie kazdej pielgrzymki przynajmniej 10 milionow ludzi uczestniczylo w mszach, spotkaniach, widzialo Papieza z bliska lub z daleka, czy tylko dzieki transmisjom. Te dziesiec milionow na pielgrzymke to rzeczywiscie liczba skromna, jesli przypomnimy sobie Blonia krakowskie, lotnisko Downsview w Toronto czy lotnisko w Krosnie. Te nieprzebrane tlumy, do ktorych dociera Ojciec Swiety osobiscie, to miliony, a nawet miliardy komor nadziei - jak z wiersza Buricza, w ktorym Rosjanin pieknie pisze, ze ludzkosc to okret nie do zatopienia, bo wypelnia go szesc miliardow komor nadziei.

Nie, nie dam sie skusic analogii ze sternikiem, zaglem czy wzburzonym oceanem. Nie dam sie poniesc wyobrazni, by umiescic w tym obrazku takze stada mew, walczace z zywiolem i ryby, ktore cudownie rozmnozyl Chrystus nad jeziorem Genezaret. Bylem nad tym jeziorem, a nawet w miejscu, w ktorym cud sie dokonal, i widzialem tam ludzi odmienionych. Dla mojego towarzysza podrozy wyprawa do Ziemi Swietej byla slupem milowym. Tadek L. powiedzial mniej wiecej cos takiego: ze jego zycie dzieli sie na okres do tej wizyty i po niej. Podobne zdanie uslyszalem od Meksykanki moknacej w oczekiwaniu na papamobile podczas Swiatowych Dni Mlodziezy w Toronto, przed rokiem. Zapytalem ja, dlaczego tak daleko jechala, by zobaczyc Papieza, przeciez on sie niebawem wyprawi do Meksyku. Tak, powiedziala dziewczyna moze dwudziestoletnia, ale nie moge ryzykowac, ze sie nie dopcham, by go zobaczyc. W Meksyku jest po prostu za duzo ludzi, a tu, w Kanadzie, mam wieksze szanse. No dobrze, ale dlaczego jest to dla ciebie takie wazne, by zobaczyc go z bliska? I wtedy uslyszalem w odpowiedzi zdanie, ktore zapamietalem na cale zycie: - Bo zobaczyc Papieza to tak, jak byc sierota i nagle dowiedziec sie, ze ojciec zyje... Nie mozna takiego odnalezionego cudem ojca nie zobaczyc, nie mozna go nie spotkac chocby na chwile. Potem mozna dalej zyc osobno, daleko, w innych krajach, na innych kontynentach, ale zyc wtedy latwiej.

Jakis chlopak, bodajze z Chicago, dorzucil do tej mysli zdanie nie mniej wazne: Papiez jest nam bliski nie dlatego, ze uwazamy go za swego ojca duchowego, ale ze uwazamy go za przyjaciela. On zdaje sie nas rozumiec, jego obecnosc wymazuje roznice wieku. Trudno powiedziec, czy jest to umiejetnosc wczucia sie w innego czlowieka, czy jest to milosc, a moze swietosc, w ogole trudno cokolwiek madrego powiedziec, tego sie po prostu nie daje wyjasnic - ciagnal zaaferowany. Ale ja na przyklad wierze, ze jak tylko sie pojawi, deszcz ustanie...

Tak sie tez i stalo. Helikopter wyladowal, Papiez przesiadl sie do papamobile i deszcz przestal padac. Meksykansko-amerykanska zaloga mego parasola przyjela ten fakt za oczywisty. Zero zdumienia. Nie to, co przezylem w Halifaksie, w roku 1984. Bylem wtedy korespondentem Radio Canada Internationale i udalo mi sie dostac do katedry, gdzie Papiez celebrowal msze. Byl ze mna pewien jezuita, korespondent Radia Watykan. Gdy po zakonczonej celebracji Papiez przechodzil obok naszej lawki, wykrzyknelismy obaj po polsku, niemal rownoczesnie: - Ojcze Swiety, do nas! Papiez sie zatrzymal, podal nam reke ponad kilkoma glowami i zwrocil sie do mnie najprostszym zdaniem swiata: - Skad jestes, synu? Przejety odpowiedzialem najglupiej jak moglem: - Z Polski, Ojcze Swiety. - To to ja wiem - odrzekl - ale z jakiego miasta? Potem zadal jeszcze kilka pytan o to, co tu robie i jak mi sie zyje, po czym zwrocil sie do stojacego obok mnie jezuity w te slowa: - A ty to jestes F. - tu padlo nazwisko. - Tak, to ja, Ojcze Swiety, to ja...

F. nie byl w stanie wydusic z siebie ani jednego slowa wiecej, wzruszenie odjelo mu mowe. Papiez poblogoslawil nas i przeszedl dalej, rozmawiajac z dziesiatkami wiernych, spragnionych bezposredniego z nim spotkania. Gdy wyszlismy z katedry, F. odzyskal mowe i powiedzial mi, ze bylem swiadkiem cudu. Ze to, co sie przed chwila wydarzylo on, jezuita, moze wyjasnic tylko w kategoriach nadprzyrodzonych. Oto bowiem Papiez zapamietal z imienia i nazwiska jego, malego robaczka, ktory przeprowadzil z nim przed dwudziestu laty, gdy Karol Wojtyla byl jeszcze biskupem, krotka rozmowe dla Radia Watykan. - Moze rozmowa byla tak dobra, ze biskup Wojtyla doniosl ja w swej pamieci, razem z personaliami dziennikarza w sutannie, az do tej dalekiej katedry w dalekiej Nowej Szkocji? - probowalem mu pomoc wyjsc ze zdumienia. - Nie, to nie rozmowa, to nawet nie genialna pamiec Papieza, to cud - upieral sie. Bo jesli nie cud, to jak wytlumaczyc ten fakt - zastanawial sie - przeciez przez dwadziescia ostatnich lat Papiez spotkal tysiace, setki tysiecy, miliony ludzi, tysiace, dziesiatki tysiecy, a moze nawet setki tysiecy podaly mu swoje nazwiska, rozmawial z nimi, pytal i pytal, sluchal i sluchal, a jednak...

A jednak zapamietal pojedynczego Czlowieka. A moze czastke Boga, drzemiacego w kazdym z nas?

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail