PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (10 pazdziernika 2003)


TERESA SIEDLAR-KOLYSZKO

Pruzana


Pruzana to juz prawie Polesie, krajobraz nizinny, laki z przechadzajacymi sie po nich bocianami i bardzo piekne lasy. Kiedy jedziemy z Jankiem Doroszkiewiczem tymi nie najlepszymi traktami, nie mamy zwyczaju przystawac, a juz na pewno nigdy nie zatrzymujemy sie dla autostopowiczow. Ale kiedy ostatnio mijalismy Rozana, na skraju miasteczka, przy drodze stala czarno odziana drobna starsza kobieta z kilkuletnim chlopczykiem. Trzymala go za reke i niesmialo usmiechala sie do nas, czyli do nadjezdzajacego auta. Siapil deszcz. Bylo szaro i dosyc jak na letnia pore chlodno. Cos mnie tknelo:

- Janku, zatrzymaj sie!

- Przeciez pani powiedziala, ze nigdy sie nie zatrzymujemy - zaoponowal Janek.

- Zatrzymaj sie i ani slowa po rosyjsku! - prawie krzyknelam.

Posluchal mnie, ostro zahamowal. Otworzylam okno i spytalam:

- Dokad pani chce jechac, bo my tylko do Pruzany...

Niebieskie oczy rozesmialy sie radosnie i uslyszalam najczystsza polszczyzna:

- My takze do Pruzany, do corki jade, wnuczka jej odwoze.

Wsiedli, a ja wyjelam mikrofon i wlaczylam go, bo czulam, ze wiele ciekawego bede sie mogla dzisiaj dowiedziec. Nasza pasazerka ucieszyla sie, ze moze sobie po polsku porozmawiac i od razu zaczela mowic.

- Pani wie, te lasy, co przez nie jedziemy (rzeczywiscie w kolo jak okiem siegnac ciagnely sie lasy), cale do Sapiehow nalezaly. To jest puszcza rozanska, grzybow , jagod w niej zatrzesienie.

- Pani jest rodem z Rozany?

- Nie, ja z Lyskowa pochodze, tam sie urodzilam, tam tez do szkoly chodzilam. To za Polski bylo miasteczko, a teraz jest wies, i to byle jaka. I tam, a moze pani to wie - popatrzyla na mnie badawczo - jest pochowany... Franciszek Karpinski! - skonczyla z ogromna duma w glosie. - On niedaleko mieszkal, bedzie trzy kilometry od Lyskowa.

- A grob ocalal? Bo to roznie tu z grobami bywalo.

- Jest, pieknie jest utrzymany, a napis na nim: "Otoz moj dom ubogi" i zdjecie jego tamze sie znajduje. Z Polski przyjezdzali i odnawiali ten grob, bo bardzo byl zniszczony, a potem to juz nieraz przyjezdzaly delegacje i wtedy odprawialo sie nabozenstwo. Nabozenstwo wspolne, bo z cerkwi byli, i z kosciola. To jest dwadziescia kilometrow od Rozany na zachod. Wy byscie sie tam wybrali moze?

- Tak, naturalnie odwiedzimy Karpinskiego, jutro tam pojedziemy.

- Matko najswietsza, a moze wy by mnie zabrali ze soba, do mojego Lyskowa, tam jaz rodzine mam, a teraz tak ciezko dojechac, autobusow nie ma, ludzie tez rzadko jezdza, bo benzyny nie ma, nijak zabrac sie nie mozna.

- Naturalnie, zabierzemy pania, ale dopiero kolo poludnia, bo sporo jeszcze mamy w Pruzanie do zrobienia.

Po moim oswiadczeniu w samochodzie zapanowala radosc wielka, a starsza pani stala sie jeszcze bardziej rozmowna.

- Ja, prosze pani, chodzilam do szkoly w Lyskowie, a uczyla mnie nauczycielka z rodu Karpinskiego! Ona podobniez znala 10 jezykow. Byla wiele lat nauczycielka w Warszawie, ale potem przyjechala do nas. U niej majatek byl, po przodkach, ale sprzedala ten majatek. Nazywala sie Jadwiga Dziekonska. Uczyla mnie niemieckiego i rosyjskiego. Bo potem to ja uczylam sie w gimnazjum we Swisloczy. Pani wie, gdzie Swislocz?

Znow popatrzyla na mnie badawczo, niemal groznie. Na szczescie wiedzialam, ale rozmowczyni i tak szybko zaczela wyjasniac.

- Kolo samej juz granicy teraz ta Swislocz sie znajduje. Trzy lata chodzilam do tego gimnazjum, a na czwarty rok wojna przyszla i koniec wszystkiego przyniosla. Ale zanim ta wojna przyszla i bolszewicy nas zalali, ja pieknie sie zyciem radowalam. Bylam, wie pani gdzie!? Az w gorach karpackich! Ze szkolna wycieczka pojechalysmy. I teraz dal Bog, ze ja pojechalam, juz stara bedac, do Czestochowy. Do Polski. Polska nasza trzy autobusy po nas przyslala i pojechalo tu od nas 90 osob i trzech ksiezy. Mnie na te pielgrzymke zapisali, a ja tu w szpitalu chora leze. Prosze, blagam, lekarz nie chce wypisac, bo zastrzyki biore. Noge mialam czarna, opuchnieta. Ale w koncu go przeblagalam. Pojechalam, chora noge w Czestochowie poswiecana woda obmylam i wrocilam zdrowa. Tak sie stalo, taka cudownosc i mnie sie przydarzyla.

- Pani teraz stale zyje w Rozanie?

- Tak, raczej w Rozanie choc i do Pruzany do corki jezdze. Przedtem kilkadziesiat lat na poczcie pracowalam, naczelniczka poczty w Lyskowie bylam. Bardzo jestem zwiazana z moim Lyskowem, ja sie tam urodzilam i dla mnie to jest krolestwo moje, nic lepszego nie potrzebuje. Przed wojna to bylo bardzo ladne miasteczko. Dookola Lyskowa byly piekne majatki ziemskie. Na przyklad Mohylowce pana Dziekonskiego. Tam teraz szpital dla umyslowo chorych sie znajduje, a to byl taki piekny palac i kaplica byla. Pan Dziekonski wozil ksiedza do niej, zeby msze swieta odprawil, mial piekne konie, ale i samochod mial. Przed wojna to bylo, a juz mial samochod. Widzialam go nieraz w tym samochodzie. W samym Lyskowie bylo duzo Zydow, ale Niemcy jak przyszli, zabrali ich do getta, a pozniej wymordowali.

- Pani sama mieszka?

- W Rozanej sama, maz mnie odumarl dziesiec lat bedzie, a w tamtym roku, moj Boze, syna stracilam. 42 lata mial. Polozyl sie wieczor i nie wstal. Przychodze rano do jego pokoju, a on martwy. Moj Boze. Pani kochana, ile ja cierpie teraz... Nie potrafie pani wypowiedziec... Zostaly po nim trzy corki, moje wnuczki, to ja im jak moge pomagam. On, biedaczek, ksztalcony byl, uniwersytet mial, pracowal. A teraz ja sama. Ot, starosc.

- Nie spytalam jeszcze, jak pani sie nazywa...

- Leszczynska, Wera Leszczynska, z domu Stasiukiewicz.

- Maz tez byl Polakiem?

- A jakze, Polak on byl najprawdziwszy. Ja przeciez jestem Polka. Ojciec byl Jan, dziadek Franciszek, a babcia Aniela. Takie polskie stare imiona mieli. Wnuczki mam Irenke, Elzbiete i Weronike, a to moj najmlodszy wnuczek Andrzejek. Duzo chorowalam, ale teraz juz jestem zdrowa ciesze sie zyciem, zyje i to najwazniejsze. Wierze w Boga i dobrych ludzi. Jak ja komus cos dam czy zrobie dobrze, to mnie Pan Bog dwa razy da, ja tak mysle.

Lecze ludzi ziolami. Mam takie ziola, ze lecze jak kto ma chore nerki albo kamienie w nerkach, zapalenie oczu szybko wylecze. Zbieram ziolka po polach, po lakach, po lasach, susze i potem jest z nich ludziom pozytek. Wszystko to zaczelo sie jeszcze w naszym gimnazjum przed wojna. Mielismy taki klucz, nauczycielka nasza nam go dala z lacinskimi nazwami i wedlug niego zbieralismy ziola. I tak mnie to zainteresowalo, ze do dzis zbieram i rozdaje ludziom.

- Na kamienie nerkowe co pani daje?

- Trzeba pic wywar ze strakow fasoli. Gotowac ze czterdziesci minut i pic jak wode. Ja mam taka miare, garsc tych grochowin wezme, zaleje poltora litra wody, z pol litra sie wygotuje, a reszte pije. Od tego kamienie sie rozdrabniaja i wychodza. A na oczy znow - dzikie bratki w lesie zbierane, one teraz wlasnie kwitna, bratki to swietne lekarstwo.

- Ty Andrzejku mowisz po polsku? - spytalam najmlodsza latorosl rodu Leszczynskich.

- Tak, mowie i jeszcze spiewam tez.

- On mnie, prosze pani, poprawia nieraz, "babciu ty zle mowisz, to nie tak" - z duma dodaje babcia. - I spiewa tez slicznie. Bo on z mama spiewa. Jego mama, a moja corka, uczy w szkole muzycznej, Andrzejek tez do tej szkoly chodzi.

I tu Andrzejek, nieproszony, nie mogac inaczej dojsc do glosu, zaczal nam spiewac. Co? Oczywiscie Sto lat, sto lat, a potem rozochocony spiewal jeszcze (uslyszawszy cos o Ameryce) Happy Birthday to You, ktore choc nijak sie nie mialo do tego bialoruskiego bezdroza, po ktorym tluklismy sie w ciagle siapiacym deszczu, to wszystkich nas rozbawilo tak, ze zakonczylismy spiewanie razem.

Umowiwszy sie na nastepny dzien, pozegnalismy sie serdecznie z pania Wera Leszczynska i Andrzejkiem i udalismy sie na poszukiwanie naszego noclegu. W jakich warunkach spedzilam te pruzanska noc, nie bede opisywac, powiem tylko, ze byl to jeden z najgorszych noclegow na dawnych ziemiach wschodnich Rzeczpospolitej w okresie szesnastu lat mojego wedrowania. Nic tez dziwnego, ze wczesnie rano, bo gdzies kolo siodmej, znalazlam sie w kosciele, gdzie czekal na mnie pan Stanislaw Lidzkiewicz, pruzanin z dziada pradziada.

- Prosze pana - zaczelam od razu, bo wiedzialam, ze pan Stanislaw za chwile wyjezdza - czy cos jeszcze ocalalo z dawnej, przedwojennej Pruzany?

- Przede wszystkim ten odratowany, z gruzow podniesiony przez nas kosciol. Niedaleko kosciola jest piekny palac, w ktorym przed wojna znajdowalo sie starostwo. Ocalaly tez nasze pruzanskie Sukiennice, fundowane jeszcze przez Tyzenhauza. Jest tez kilka starych domow, bardzo ladnych, stylowych. Zachowal sie tez cmentarz.

- A ludzie, czy jest tu jeszcze troche Polakow?

- Niestety coraz mniej, ludzie starzeja sie, umieraja.

- Ale jednak powolal pan Zwiazek Polakow.

- Odbudowa polskosci w zachodniej czesci dzisiejszej Bialorusi zaczela sie juz dosyc dawno. Zaraz po slawnej pierestrojce, w 1993 roku Zwiazek Polakow w Pruzanie powstal i zaczelismy pracowac nad odbudowa naszej polskosci. Bo przez te piecdziesiat lat nikt nawet nie rozmawial po polsku, ludzie sie bardzo bali, wiec najpierw chodzilo o to, aby przestali sie bac. Potem zabralismy sie za nauczanie polskiego, przede wszystkim nasze dzieci. Niestety, ciagle nie mamy dobrego nauczyciela. Bardzo bysmy chcieli nauczycielke z Polski, bo w tej chwili nie jest dobrze. Fakultatywy w szkole prowadzi pani, ktora umie po polsku, i to dobrze, ale twierdzi, ze jest Bialorusinka i wobec tego nie moze bialoruskich dzieci "opolaczac" (to jej slowa). Bardzo niewiele dzieci uczeszcza do niej na nauke. Natomiast zupelnie inaczej jest na lekcjach, ktore sa prowadzone dzieki naszemu ksiedzu. Ksiadz pozwolil, aby siostra zakonna, ktora jest bardzo wyksztalcona, uczyla takze jezyka polskiego. Jej lekcje ciesza sie wielkim powodzeniem. Zwracalismy sie do konsulatu w Brzesciu i do Zwiazku Polakow o nauczyciela, obiecali dac nauczycielke, zobaczymy, czy przyjedzie. Ale najwiecej nadziei pokladamy w naszej dziewczynce, ktora studiuje w Polsce i twierdzi, ze jak skonczy studia, wroci do Pruzany i bedzie uczyc nasze dzieci. Ona ma tu rodzine, tu sie wychowala, wyrosla, na pewno nas nie zawiedzie. Wielkie dzieki musimy zlozyc konsulowi generalnemu Rzeczpospolitej Polskiej, ze nam pomaga z podrecznikami z zeszytami. Ostatnio znow przywiozlem z Grodna duzo ksiazek dla doroslych.

Marza mi sie tez wycieczki po naszych stronach, przede wszystkim dla dzieci, ale moga byc i dla doroslych. Bo przeciez nie trzeba jechac daleko, zeby sie jeszcze bardziej poczuc Polakiem. Prawie o miedze od nas urodzil sie Tadeusz Kosciuszko. Bardzo niedaleko Romuald Traugutt. W naszej ziemi miala dwor Rodziewiczowna. W naszym wojewodztwie jest Nowogrodek, Switez, Zaosie, miejsca zwiazane z Mickiewiczem. My tu mamy wszystko, co Polske stanowilo i stanowi. Bo czymze by byla Polska bez tych wielkich Polakow? Wiec te wycieczki sa bardzo wazne, ale na to trzeba pieniedzy. A skad wziac? Staramy sie wysylac tez dzieci do Polski, po to, by spotykaly sie ze swoimi rowiesnikami i sluchaly polskiej mowy. Kiedys bylismy z grupa pruzanskich dzieci w Wegrowie, odpoczywaly tam dzieci polskie z Polski i nasze dzieci z obecnej Bialorusi. Smutno powiedziec, ale to ogromna roznica. Piecdziesiat lat sowietyzacji, rusyfikacji zrobilo swoje. Dlatego wedlug mnie nie ma wazniejszej sprawy niz kontakt dzieci z Polska. Zeby one mogly co jakis czas oddychac Polska wlasnie. Wycieczka zas po wojewodztwie Brzeskim to najlepsza lekcja historii i literatury polskiej.

Niestety, taka jedna wycieczka to okolo 50 dolarow w przeliczeniu. Wlasnie tyle zaplacilismy za autobus do Pinska, gdzie pojechalismy na konsekracje naszego nowego biskupa. Bardzo sie cieszymy, ze nasz ksiadz tutejszy, Kazimierz Wielekosiejec sie nazywa, zostal biskupem. Pochodzi z wioski Starowola, to zaledwie osiem kilometrow od Pruzany. Ostatnio byl proboszczem w Baranowiczach.

Nasz ksiadz pruzanski nazywa sie Edward Lojek i jest nie tylko naszym proboszczem, ale i dziekanem. On jest z Polski. Bardzo dziekujemy Bogu, ze mamy takiego dobrego ksiedza. On nie tylko odbudowal te swiatynie, przeciez stara i zabytkowa, ale i w innych sprawach tez nam bardzo pomaga.

Krotko rozmawialam z dzielnym, bardzo zajetym pruzanskim proboszczem, ksiedzem Edwardem Lojkiem. Zdazylam sie tylko dowiedziec, ze ma ksiadz Lojek w swojej parafii ponad 1000 osob.

- To sa ludzie ochrzczeni i w jakis sposob sie deklaruja wobec Kosciola, natomiast na msze swiete chodzi okolo 150-200 osob. W wieksze swieta jest ich oczywiscie wiele wiecej. Z tym ze ja mam jeszcze - dodal ksiadz - dwie parafie na wioskach, do ktorych jezdze w niedziele. Mowie o parafii Szereszewo, gdzie jest wiele wsi katolickich, jak Szczerby, Starowola czy Gorodniany. Szereszewo wprawdzie jest mniejsza miejscowoscia od Pruzany, ale to jest parafia bardzo aktywna, starsza i znacznie liczniejsza niz Pruzana. Szereszowianie kosciol odzyskali juz w 1988 roku, byl to jeden z pierwszych oddanych kosciolow na Bialorusi. Oni przez cale czterdziesci lat co niedziele zbierali sie pod murami kosciola, by wspolnie sie modlic i dawac swiadectwo wiary. Tak ze tamtejsi katolicy sa aktywniejsi niz pruzanscy. No, ale tu jest wplyw miasta, wladzy, ludzi naplywowych. A tak w ogole to ja dojezdzam do siedmiu miejscowosci.

I na tym sie rozmowa urwala, ksiadz dal mi jeszcze tylko kilka wydanych przez siebie pocztowek ze zdjeciami kosciola w Pruzanie i Szereszewie, prosil o pamiec i wsparcie rozsianych po swiecie pruzan i odjechal ze swoja czeredka do Pinska, ja zas podazylam po pania Leszczynska. Ledwiesmy sie spotkaly, pani Wera tonem nie znoszacym sprzeciwu powiedziala:

- Zanim odjedziemy do Rozany, musimy jechac do Kosowa. Pani nie moze przeciez odjechac stad i nie byc w miejscu, gdzie urodzil sie Tadeusz Kosciuszko. To niedaleko, ja pania tam poprowadze.

Nie zadajac zbednych pytan, ruszylismy wiec na Kosow Poleski.

Krajobraz rozlegly, nizinny. Na polach duzo gryki, a ze to pora kwitnienia, wiec gryka jest "jak snieg biala". Po pewnym czasie pojawilo sie przed nami lasem porosle wzniesienie. Wjezdzamy w waska, nieslychanie wyboista sciezke, Janek dokonuje cudow, by ja pokonac, zwlaszcza ze drozka pnie sie w gore. Wreszcie wynurzajac sie z chaszczow i najprzedziwniejszego zielska wjezdzamy na polane, na ktorej wznosi sie monumentalna wrecz ruina. Ogromny neogotycki zamek, tak nieslychanie zdewastowany, ze wprost z odraza patrzymy na to, co kiedys bylo na pewno wspaniala rezydencja. Sciany popisane cyrylica, mury w stanie oplakanym, najwyrazniej wywozono stad cegly. Piwnice podkopane i zanieczyszczone, szukano pewnie w nich skarbow, a potem urzadzono smietnisko.

Czyj byl ten palac, kto w nim mieszkal? Nic nie wiem i dopiero w monumentalnym dziele Romana Aftanazego Dzieje rezydencji kresowych, juz po powrocie do domu, czytam: "Wandalin Puslowski wybudowal w Mereczowszczyznie po 1838 roku rozlegly zamek, czy raczej palac utrzymany w stylu angielskiego gotyku. Budowla ta usytuowana zostala na skraju dosc stromego, ale plaskiego wzgorza. Zalozona symetrycznie, o wysokim przyziemiu, miala w czesci srodkowej jednokondygnacyjnej, plan szerokiego prostokata. Flankowaly ja wtopione czesciowo w elewacje czworoboczne wieze. Wysuniete ku przodowi skrzydla boczne, akcentowane takze wiezami, byly dwukondygnacyjne. Zamykaly one czesc dziedzinca frontowego, dlugosci 120 metrow. Zarowno drzwi wejsciowe, jak i wszystkie okna otrzymaly zamkniecie ostrolukowe".

Odjezdzamy szybciutko, zwlaszcza ze na polane wjezdza jakis samochod, a wychodzi z niego kilku niesympatycznie wygladajacych osilkow. Szczesliwa, ze jestem z Jankiem i ze jest on sprawnym kierowca, uciekam z tego zapowietrzonego miejsca. Zjezdzamy w dol i zastanawiamy sie, gdzie jest miejsce, do ktorego dazylismy. Gdzie mogl stac dom Kosciuszki. Rozgladam sie po okolicy. U stop lesnego wzgorza, z ktorego zjechalismy, rozciaga sie bezkresna rownina. Na niej w dali rozlewiska, cos jakby stawy. Podmokle laki. Gdzie to moglo byc, penetruje oczyma przestrzen, miejsce w miejsce jakbym patrzyla na mape. W dali jakis glaz na niewielkim wzgorku, udeptany trakt do niego. To bedzie tam! Jedziemy i... nagle ogarnia nas wszystkich ogromne wzruszenie. Tu, na tych szarych rowninach, tu nad ta woda, urodzil sie bohater dwoch narodow. Zolnierz Wolnosci - Tadeusz Kosciuszko. Podjezdzamy pod wzgorek. Stapam ostroznie, jakbym nie chciala zniszczyc jego sladow. A pod nogami macierzanka, nikle rumianki, dziecielina. Jedno rachityczne drzewko, pod nim kamien (prezentowany na zdjeciu) i napis po rosyjsku, wiec w cyrylicy, ze: "w tym miejscu stal dom, w ktorym urodzil sie Tadeusz Kosciuszko, patriota polski".

Dom stal jeszcze przed wojna, bo tu wtedy byla Polska, o ktorej wolnosc i niepodleglosc walczyl, tu w Mereczowszczyznie urodzony naczelnik Kosciuszko.

Rozlegla przestrzen wypelnia wielka cisza. Slychac tylko trawy szeleszczace na wietrze i klekot bockow, jedynych mieszkancow tego wodnego pustkowia. Milczymy. Zadne z nas nie moze wydobyc z siebie glosu. Bo i o czym tu mowic, kiedy Wszystko umarle, wszystko zapomniane, natretnie przypominaja sie slowa Czeslawa Milosza.

A przeciez kiedys, kiedy tu stal dom rodzicow Kosciuszki, musialo byc inaczej. Ciagnely sie pola uprawne. Na pastwiskach paslo sie bydlo i konie, wokol zadbanego domu krzatali sie gospodarze. Otwarte wrota polskiego dworu zapraszaly do wnetrza. Dzis nie ma dworu ni pol, ni mieszkancow. Tylko pamiec, trwala pamiec o nim pozostala. Zawarta nie tylko w pomnikach Krakowa czy Waszyngtonu, w nazwach miejcowosci jak ziemia dluga i szeroka, ale w sercach ludzi, a Polakow w szczegolnosci.

* * *

Czytelnikom chcacych nawiazac kontakt z ksiedzem proboszczem podaje adres:

Ksiadz dziekan
Edward Lojek
Kosciol katolicki
Pruzana 225140
Byelorussia


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail