KAZIMIERZ BRAUN
PADEREWSKI
WRACA
Joanna bez slowa pobiegla do przedpokoju i wrocila ze swoim dzinsowym plecakiem.
Siadla, kladac go sobie na kolanach, rozsznurowala, wydobyla z niego zwykla
biurowa, tekturowa teczke i polozyla ja na stole. Zrzucila plecak na podloge.
Powoli otworzyla teczke. Byl tam jakis maszynopis, na pierwszy rzut oka robiacy
wrazenie starego: kartki byly zbrazowiale, tekst pochodzil najwyrazniej z recznej
maszyny do pisania. Byla to kopia odbita przez kalke.
- To jest "Pakt gnieznienski" - powiedziala po dlugiej chwili Joanna. W jej
glosie bylo wzruszenie i jakas niezwykla intensywnosc. Spojrzelismy wiec na
nia tylko oboje pytajaco i nie powiedzielismy nic.
- To jest dokument, ktory mial zmienic historie Polski, historie swiata - dodala.
To jest relikwia. To jest dowod zbrodni. To jest... sama nie wiem... To jest
cos bardzo waznego.
- Skad pani to ma? - spytalem.
- Ukradlam - powiedziala krotko. Nagle sie rozesmiala, jakby wydobywajac sie
z napiecia i zaczela mowic szybko, goraczkowo:
- Katalogowalam akurat zbiory nut Paderewskiego w kolekcji Barrymore'a. To
byly juz ostatnie dwie szafy. Przewaznie pierwsze wydania. Niektore ozdobnie
oprawne. Z dedykacjami wydawcow dla mistrza albo z mistrza autografami, gdy
stanowily dar od niego dla kogos. Juz opisalam wykwintne, albumowe wydanie Menueta
l'Antique zaopatrzone w jakas odreczna notatke po angielsku z wyrazami czci
i zachwytu. Album byl ciezki, oprawny w wytlaczana zlotem skore. Gdy odkladalam
go do gabloty, wysunal mi sie z rak i upadl. Na szczescie starego Barrymore'a
nie bylo w gabinecie, bo pewnie by mi zrobil awanture o nieszanowanie pamiatek
po mistrzu. Mimo to rozejrzalam sie odruchowo i natychmiast sie schylilam, zeby
album podniesc i ulokowac na wlasciwym miejscu. Wtedy zobaczylam, ze podczas
upadku tylna okladka naderwala sie. Niedobra sprawa. Postanowilam wlozyc album
mimo to na polke, nie probujac podklejac czy zszywac uszkodzenia, tak jakbym
go nie zauwazyla, no i nie spowodowala. Wygladzajac naderwana okladke zauwazylam,
ze jest podwojna. Nieraz widzialam w archiwach czy starych ksiegozbiorach takie
ksiegi-skrytki. Zaciekawiona - zajrzalam. Odkrylam wtedy, ze podwojna oprawa
da sie bez trudu otworzyc przy pomocy umocowanej tam wstazki, jakby zakladki
- ale sluzacej wlasnie do odsloniecia karty-pokrywy. Otworzylam. Byl tam jakis
maszynopis. Ten wlasnie.
- Wyjela go pani? - zapytala Zofia.
- Wyjelam, przeczytalam, zabralam.
- I co to jest? - zapytalem.
- "Pakt gnieznienski". Pakt pomiedzy Pilsudskim, Dmowskim i Witosem w sprawie
wyboru Paderewskiego na prezydenta Rzeczpospolitej. Datowany 30 listopada 1922
roku.
- Niemozliwe! Nigdy o czyms takim nie slyszalem - rzucilem drwiaco.
- Ja tez! - prawie krzyknela. - Nikt! Nikt o nim nie slyszal. Nikt go nie widzial.
Nikt! A ja go znalazlam. Ja go oglosze! To bedzie rewelacja!
- Nic takiego nie ma! - podtrzymalem swoje zdanie. - Cos sie pani uroilo. Albo
nabral pania maniak-kolekcjoner.
- To jest autentyk. Jestem tego pewna. Swiadczy o tym wyglad dokumentu. Swiadczy
o tym zwlaszcza jego tresc. Sami panstwo przeczytajcie! W oparciu o ten pakt
Paderewski mial wrocic ponownie do kraju i objac w grudniu 1922 roku prezydenture!
- Rozni ludzie namawiali Paderewskiego na powrot do kraju w 1922 roku, na kandydowanie
najpierw na posla lub senatora, a potem na prezydenta. Pisali do niego listy
w tej sprawie: oczywiscie Sylwin Strakacz, a takze Jozef Orlowski, Witold Lewicki,
arcybiskup Jozef Teodorowicz, ktory juz w grudniu 1919 roku zaklinal mistrza,
aby nie opuszczal Polski, a potem blagal go o powrot. Ale jego kandydatura nie
zostala oficjalnie postawiona w wyborach prezydenckich 1922 roku.
- To przeciez wiem - parsknela Joanna. Dlatego ten dokument jest taki rewelacyjny.
- Wiadomo tez - kontynuowalem tonem, jak sam wyczulem, zbyt mentorskim, jednak
brnalem dalej - ze mysl o obraniu Paderewskiego prezydentem Rzeczpospolitej
wrocila przed wyborami w roku 1933, gdy konczyla sie siedmioletnia kadencja
Ignacego Moscickiego. Na postawienie kandydatury Paderewskiego ani w grudniu
1922 r., zaraz po zamordowaniu Narutowicza, gdy to pospiesznie wybrano Wojciechowskiego,
ani po zamachu majowym w 1926 r., gdy wybrany na prezydenta Pilsudski urzedu
nie przyjal, tylko wysunal Moscickiego, nie bylo po prostu czasu. Natomiast
starano sie to przygotowac w 1933 roku. Zabiegal o to general Sikorski. Zaswiadcza
o tym Witos. W swych pamietnikach relacjonuje, ze uczestniczyl w zebraniu u
ks. Kaczynskiego, na ktorym Sikorski staral sie zjednac grono prawicowych politykow
do poparcia kandydatury Paderewskiego. Zdania byly, po polsku, podzielone. Stanowisk
nie uzgodniono. Zebranie zakonczylo sie na niczym. Gdy Pilsudski kazal wybrac
na prezydenta Moscickiego po raz drugi, opozycja nawet nie wystawila w Zgromadzeniu
Narodowym kontrkandydata. W 1940 r. Sikorski, juz na czele rzadu, chcial Paderewskiego
uczynic prezydentem. Nikt by nie zaoponowal. Ale sam mistrz nie zgodzil sie
- realistycznie oceniajac stan swego, bardzo juz zlego zdrowia. Przyjal tylko
- honorowe wlasciwie - przewodnictwo Rady Narodowej, sejmu na emigracji.
- Ja to wszystko wiem bardzo dobrze! - powiedziala prawie opryskliwie Joanna.
- Tym bardziej zgodna decyzja Pilsudskiego, Witosa i Dmowskiego, aby prezydentem
w 1922 roku obrac Paderewskiego, jest historyczna sensacja! A ten maszynopis
to dowod rzeczowy!
- I pani to sobie, tak po prostu, wziela? - powiedziala Zofia z dezaprobata.
- A wzielam! A nawet zrobilam juz cztery odbitki na ksero i mam je pochowane
w roznych torbach i czesciach garderoby.
- James Bond w spodnicy - rzucilem sarkastycznie.
- A zeby pan wiedzial. Oryginal wynioslam z muzeum w San Pablo wlasnie pod
ta obszerna spodnica. Jak krakowski cenzor ksiege cenzury pod plaszczem, uciekajac
do Szwecji. A propos, widzialam ten film panstwa syna. Swietny. Znamy sie z
Grzesiem jeszcze z Wroclawia.
Rozbroila nas.
- Pani Joasiu - powiedzialem lagodnie - to bardzo milo, ze pani oglada filmy
Grzegorza, to bardzo ladnie, ze nas pani obdarza zaufaniem w sprawie tego, no,
znaleziska. Ale wydaje mi sie, ze pani postepowanie...
- Postepowanie? - przerwala mi. Licza sie wyniki! Mam ten "Pakt "w reku!
- A jednak to jest... - zaczela Zosia delikatnie i przerwala, jakby nie chcac
uzyc slowa "kradziez".
- Stary Barrymore, zwariowany kolekcjoner, na pewno w ogole nie wiedzial, ze
ten album ma podwojna okladke - powiedziala Joanna energicznie. - Dokument musial
byc w niej ukryty przez kogos innego. Przez samego Paderewskiego? Przez Strakacza?
Zostal zapomniany? Moze zagubiony? Gdy spytalam Barrymore'a o to albumowe wydanie Menueta l'Antique, opus 14, numer 1 - pytalam go takze o informacje o
wszystkich skatalogowanych przedmiotach. Powiedzial mi, ze zakupil go od pani
Anetki (wlasciwie Heleny-Anieli) Appelton, z domu Strakaczowny, corki bylego
sekretarza osobistego mistrza, pana Sylwina Strakacza i Anieli z domu Karszo-Siedleckiej.
Barrymore nawiazal z Anetka prawdziwa przyjazn, ktorej podstawa byla czesc ich
obojga dla Paderewskiego. Nabyl od niej wiele pamiatek. Menuet, powstaly
w 1884 roku, dedykowany byl Anette Jesipow, jednej z muz i opiekunek Paderewskiego.
Notabene, zapewne Anetka byla tak nazywana wlasnie ze wzgledu na Anette Jesipow.
Byla ona zona Teodora Leszetyckiego, slynnego wiedenskiego pedagoga, u ktorego
Paderewski studiowal. Dobra pianistka - z zamilowaniem i specjalnym wyczuciem
grala utwory Paderewskiego. Jest prawdopodobne, ze byla jego kochanka, no, jedna
z kochanek. Menuet l'Antique opublikowany zostal po raz pierwszy w Berlinie
w 1888 roku przez wydawnictwo Bote i Bock. Znajdowal sie czesto w repertuarze
koncertowym Paderewskiego albo wykonywal go on na bis. Tegoz Menueta opublikowala specjalnie na czesc Paderewskiego filadelfijska firma wydawnictw
muzycznych Theodore Presser w 1921 roku jako piekny, w skore oprawny album,
w ramach kampanii zmierzajacej do naklonienia mistrza do powrotu na estrade.
Presser osobiscie wreczyl Paderewskiemu album z Menuetem po triumfalnym
koncercie w Carnegie Hall w Nowym Jorku, 22 listopada 1922 roku, ktorym Paderewski
zmartwychwstal jako najwiekszy wirtuoz swego czasu. Album zawedrowal zaraz potem
do szwajcarskiego Riond Bosson i tam Paderewski ofiarowal go Sylwinowi Strakaczowi
po uroczystym obiedzie w dniu 18 czerwca 1923. Ozdobna karta wklejona na odwrocie
awersu okladki nosi te date i zawiera tekst: "Kochanemu Panu Sylwinowi Strakaczowi,
z podziekowaniem i wdziecznoscia za godne, oddane i lojalne reprezentowanie
mnie w Polsce pomiedzy majem 1921 a majem 1923 roku. Jan Ignacy Paderewski".
Strakacz wzial album do Stanow, towarzyszac Paderewskiemu w drodze na tournée,
na ktore wyplyneli z Hawru 16 lutego 1939 r. W kontekscie narastajacych nastrojow
wojennych Strakacz prawdopodobnie liczyl, ze Paderewski pozostanie dluzej w
Ameryce i pewnie dlatego chcial tez w Ameryce zabezpieczyc album. Te plany zawiodly.
Amerykanskie koncerty Paderewskiego na wiosne 1939 r. zostaly najpierw opoznione
z powodu choroby mistrza, a gdy miano je zainaugurowac 25 maja dla wielotysiecznej
widowni w Madison Square Garden w Nowym Jorku, Paderewski doznal ataku serca
tuz przed wejsciem na estrade. Tournée zostalo odwolane i Paderewski
zaraz potem, w towarzystwie Strakacza, powrocil do swego szwajcarskiego domu.
Album zostal jednak w Stanach na przechowaniu, wraz z licznymi innymi rzeczami.
Gdy Paderewski, a z nim Strakaczowie znalezli sie ponownie w Ameryce w listopadzie
1940 r., album wrocil do Strakacza. Po jego smierci w 1973 r. wraz z innymi
pamiatkami przejela go Anetka.
Te historie albumu Menueta Barrymore opowiedzial mi podobnie jak inne
- rzeczowo, a zarazem barwnie. Ale nie wyczulam, aby ow album mial dla niego
jakies szczegolne znaczenie, choc kazda, po prostu kazda z pamiatek po Paderewskim
byla dlan skarbem, zrodlem wspomnien, ogniskiem wzruszen. Zanotowalam wszystko
i wlaczylam album do katalogu.
- Ma pani znakomita pamiec - powiedzialem z podziwem.
- Niemal fotograficzna - usmiechnela sie Joanna. Zapamietuje zwlaszcza dobrze
z druku czy z ekranu komputera. Te historie wklepywalam od razu w komputer,
wiec moge ja odtworzyc z pamieci, jakbym patrzyla na ekran wlasnie.
- Zaraz, zaraz - powiedziala Zosia. Pani mowi Menuet l'Antique - czy
to nie jest po prostu Menuet G-dur?
- Oczywiscie. Jedna z najbardziej "paderewskich" kompozycji Paderewskiego.
- O, tak - usmiechnela sie Zosia - choc nie bez wplywow Chopina, jak zreszta
czesto u Paderewskiego. Pamietam swietnie. W czesci srodkowej menuet przechodzi
wrecz w postchopinowskiego mazurka. Ma pani racje, ze jest w tym menuecie caly
Paderewski, z jego nostalgia, ale nie tragizmem, ze smutkiem, ale przetykanym
iskrami radosci, z jego szlachetnoscia i godnoscia, a takze, tak, z zasluchaniem
w Chopina, a wraz z Chopinem w polski krajobraz, w polska tesknote, polskie
echa. Jest w nim polski, jesienny oddech. Ten menuet zaczyna sie jakby od probowania
gladzi posadzki lekka stopa, raz i drugi, raz i drugi, juz w pierwszych taktach
wprowadzony jest caly podstawowy temat, prosty, elegancki, taneczny, spiewny,
a potem narasta jakby delikatne napiecie pomiedzy dyskrecja i sciszeniem a checia
rozspiewania sie pelnego, szalonego, predkiego. To tez zywiol Paderewskiego,
nie omieszkalby pozwolic sobie choc na chwile szalonego biegu po klawiaturze
i technicznego popisu sprawnosci palcow, ale zaraz potem kompozycja wraca do
muzycznego szeptu, zawiesza w powietrzu jakies pytania, odpowiada przetwarzajac
te pytania, a wiec nie odpowiadajac. To bardzo piekny, bardzo subtelny utwor.
Sluchales go na pewno wiele razy, bo bardzo go lubie - zwrocila sie do mnie
- mamy to nagranie samego Paderewskiego przepisane ze starej plyty. Moj maz
- zwrocila sie do Joanny - z trudem odroznia mozartowski rog od gershwinowskiej
trabki.
- To prawda - musialem potwierdzic. Ale jednak fortepian, ktorego nasluchalem
sie wiele w dziecinstwie, zawsze mnie porusza. Te stara plyte Paderewskiego
pamietam. Masa trzaskow.
- No wlasnie. Pamietasz glownie trzaski - zasmiala sie Zosia. Spowazniala.
- I co - spytala Joanne - pan Barrymore nie zauwazyl pani... no, ze pani wyciagnela
maszynopis z okladki albumu Menueta?
- Nie. Choc przezylam chwile grozy, gdy opowiadajac mi tego samego popoludnia
o tym albumie wstal i poszedl ku polce, chcac zapewne cos w nim sprawdzic. A
ja juz wtedy wyjelam ten dokument ze skrytki w okladce, a okladka byla zarazem
naderwana od upadku. Chcac jakos zatrzymac Barrymore'a upuscilam trzymana akurat
w reku laske Paderewskiego, ktora mialam opisac jako nastepna pozycje. Zatrzymal
sie, spojrzal na mnie karcaco, ja rzucilam sie podniesc laske, ale celowo potknelam
sie, wywolujac jeszcze wieksze zamieszanie i zaczelam rozcierac stluczone rzekomo
kolano, podnoszac wysoko spodnice. To go powstrzymalo. Zapomnial, ze szedl do
gabloty po album. Ja wyjechalam nazajutrz.
- To ja pani powiem, co sie stalo potem - powiedzialem surowo. - Pan Barrymore
zauwazyl zaraz nastepnego dnia przy obchodzie pamiatek, mowila pani, ze robi
to co rano, uszkodzenie albumu. Albo tylko oburzylo go, ze dokonala pani szkody
i ani jej pani nie naprawila, ani sie nie przyznala, albo wiedzial, ze album
ma w okladce skrytke i co ona zawiera. Przypuszczam, ze raczej wiedzial o skrytce
i znal jej zawartosc. Odkryl kradziez i juz wdrozyl poszukiwanie pani przez
FBI. Winszuje.
- Nie zostawilam adresu.
- Przeciez juz go ma z Fundacji Kosciuszkowskiej, pani stypendystko! Coz latwiejszego
- z fundacji dostal pani adres i w Nowym Jorku, i w Warszawie.
- Nie pomyslalam o tym... To juz nie bede sie w ogole kontaktowac z fundacja.
- Trzeba bylo pomyslec. Nie wywiezie pani tego dokumentu ze Stanow. Zatrzymaja
pania na lotnisku.
- Ladna ze mnie zlodziejka... Ale ja przeciez zrobilam to ze wzgledow naukowych.
Jako uczona, a nie kryminalistka.
- Przestepstwo pozostaje przestepstwem. A kryminal juz na pania czeka.
- Czego sie nie robi dla gloszenia prawdy! Pan by tak powiedzial - zadrwila.
- Jest tez mozliwe, ze pan Barrymore sam wyprodukowal ten dokument. Mialby
srodki na zaangazowanie i oplacenie specjalistow. Moze sam chcial zrobic naukowa,
historyczna sensacje i wlasnie sie do tego szykowal? A pani mu ten dokument
podebrala. Bedzie podwojnie wsciekly. Zemsci sie.
Wtracila sie Zofia:
- Nie kloccie sie! Musimy pomyslec, jak pani pomoc.
- Jak pani pomoc!? - powtorzylem zdenerwowany. - Po prostu musi pani zwrocic
panu Barrymore'owi ten dokument, jakos sie tlumaczac i bardzo przepraszajac.
Niech pani uzyje argumentu milosci do Paderewskiego. Moze sie wzruszy. Albo
niech pani powie, ze jest pani chora na kleptomanie. Ciezka choroba. Kleptomanow,
podobnie jak narkomanow czy alkoholikow, w Ameryce sie nie potepia, tylko troskliwie
leczy. On to zrozumie. Zaraz jutro trzeba mu to odeslac przesylka federal express.
- I nie interesuje pana wcale, co jest w tym dokumencie!? - niemal krzyknela
Joanna.
--------------------------
Fragment przygotowywanej do druku powiesci Paderewski
wraca.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wysłać e-mail |