CZESLAW KARKOWSKI
Nowojorska
kronika kulturalna (sztuki plastyczne)
Tylko przez trzy dni w Konsulacie Generalnym RP wystawiano prace Ewy Harabasz, artystki niezmiernie interesujacej, ktora od ponad roku mieszka w Nowym Jorku, ale zdazyla juz dwukrotnie zaprezentowac swoje dziela. W konsulacie pokazala prace, ktorych czesc mielismy juz okazje ogladac poprzednio. Tym razem jednak poszerzyla oferte artystyczna, co w tym konkretnym przypadku oznacza: poglebila rozmiar emanujacych z jej dziel smutku, depresji, zaloby. W czasach, gdy sztuke generalnie traktuje sie jako rozrywke, Polka prezentuje prace sklaniajace do melancholii, refleksji o smierci, przemijaniu, trwalosci pamieci. Na stolach przykrytych czarnym aksamitem wylozyla niewielkie zawiniatka - kamienie owiniete bandazem lub tasma klejaca. Te male jasne tlumoczki lezace posrod glebokiej czerni wywoluja ogromne wrazenie. Rozmaicie mozna odczuwac i rozumiec sens owych kamykow Ewy Harabasz - jesli nie owinietych jasna tasma czy bandazem, jak zmarle dzieci, to z doklejonymi z jednej strony fotografiami przedstawiajacymi fragmenty skory, siniec, rane. Ich ogolny kontekst najlepiej chyba oddaje fragment wiersza Emily Dickinson:
... niezauwazalnie
Twardnieje cierpienie
W Kwarc pogodzenia - w uciszenia
Krzemien.
W dzielach tych istnieje jeszcze slad fizycznego bolu czy psychicznej bolesci, jest namacalny, ciagle obecny, choc juz odlegly w czasie.
Podobny nastroj zalobnego smutku tchnie z wystawionych w konsulacie doskonalych obrazow. Zasadniczo czarno-biale (choc skala czerni waha sie od jasniejszych smug wpadajacych wrecz w blekit po smolista, gleboka czern), dziela te o elegijnej wymowie doslownie obwiazane sa warstwa bandazy. Ow obandazowany, straszliwie poraniony swiat wlasciwie nie przedstawia niczego, albowiem spod opatrunku niewiele juz widac, niewiele tez byc moze zostalo istnienia. To natomiast, co spod bandazy sie ukazuje, jest czarnosina rana czy blizna juz bez zycia, bez szans na odrodzenie. Na innym, wielkim obrazie Harabasz maluje dlugie smoliste pasy wygladajace jak spalone deski jakiejs drewnianej budowli po pozarze, po ktorym zostaly tylko zgliszcza i martwota wypalonego miejsca.
Nie jest to swiat katastrofy, gwaltownego nieszczescia, ale obraz rzeczywistosci wylaniajacej sie juz po kataklizmie, po ktorym zostaje kir zaloby i biel bandaza daremnie zalozonego na martwa tkanke. Jest tu zarazem atmosfera jakby modlitewnej zadumy, atmosfera koscielnego polmroku - zapewne wplyw pracy zawodowej artystki przy konserwacji w ciemnych kosciolach (w latach 80. pracowala przy restauracji swiatyn w Czestochowie i w Rzymie.
Artystka przez ponad dziesiec lat mieszkala w Michigan, gdzie studiowala na stanowym uniwersytecie Wayne w Detroit, wykladala tez na kilku wyzszych uczelniach Srodkowego Zachodu. W Polsce (takze w USA) pracowala jako konserwator sztuki.
*
Na nic sie zdala wielka wystawa el Greca w Metropolitan Museum. Nawet po obejrzeniu okolo 70 najwybitniejszych plocien tego malarza nie moglem sie specjalnie przekonac do jego sztuki. Doceniam jej wielkosc, ale niezbyt mi ona odpowiada. Szalencze niebo artysty, rozdygotany obraz, chorobliwy wrecz zestaw barw, na dodatek jeszcze powtarzajacy sie w jego dzielach do zmeczenia, nienaturalnie wydluzone sylwetki ludzkie i trupia bladosc ich twarzy zniechecaja do tworczosci Wielkiego Astygmatyka. Okresleniem tym starano sie tlumaczyc dziwacznie wygladajacy swiat przedstawiony greckiego malarza pracujacego glownie w Hiszpanii: "Grek" mial wade wzroku i po prostu w ten sposob widzial swiat.
Bardziej przekonuje mnie interpretacja, ze el Greco nie tyle oczy mial chore, ile dusze. Ale i to tlumaczenie, nierzadkie w historii sztuki, wyjasniajace wizyjny, fantasmagoryczny charakter wiekszosci jego dziel, nie do konca odpowiada temu, co ogladamy w nowojorskim muzeum. Dominikos Theotokopulos, urodzony na Krecie i ksztalcony w duchu malarstwa bizantynskiego, od pierwszych lat terminowania, wdrazany byl do malarstwa mistycznego, odrealnionego, zgodnego ze wschodnia tradycja ikony. To wiec, w czym jedni widza defekt natury (fizyczny badz psychiczny) "Greka", inni skladaja na karb kultury - lat ksztalcenia i wychowania w atmosferze sztuki ikonicznej.
El Greco mial na pewno dobra glowe do interesow. Szukal na swiecie miejsca dla siebie, gdzie moglby zyc ze swego kunsztu. Nie znalazl go ani w Wenecji, ani w Rzymie, gdzie pracowalo wielu swietnych artystow wloskiego renesansu. W tamtych czasach nawet drugorzedny malarz byl pierwszorzednym tworca.
Po paru latach daremnych przymiarek, nie znajdujac zamowien na swa sztuke, Theotokopulos przenosi sie do Hiszpanii, by ostatecznie osiasc w Toledo, wowczas duchowej, religijnej stolicy kraju. Otworzyl tu dobrze prosperujacy warsztat, w ktorym malowal w nowym stylu - czyli na rynek. Bylo to nowe zjawisko: dotychczas artysci wykonywali swoje dziela na zamowienie; innymi slowy artysta nie bral sie do pracy, poki nie mial potencjalnego nabywcy, ktory nawet placil zaliczke. W Toledo el Greco malowal takze na zamowienie, ale robil kopie z wykonanych dziel i ogladajac je w warsztacie mistrza klienci mogli sobie wybierac tematy, watki, ujecia i wedlug swych upodoban domagac sie zmian na gotowym projekcie. El Greco ustawial wowczas sztalugi i zaczynal malowac.
Dlatego tez na nowojorskiej wystawie ogladamy pare serii obrazow niemal identycznych. Na przyklad, znane dzielo tego malarza - Chrystus wypedzajacy przekupniow ze swiatyni - ma kilka wersji przedstawiajacych Jezusa-Bozego szalenca, z czarnymi, powiekszonymi oczyma, a takze owych sprzedawcow o cialach niemal nagich, poskrecanych w piekielnych jakby konwulsjach oraz niebo z tylu, pelne ognia i blyskawic.
Niebo jest jednym z charakterystycznych motywow malarstwa el Greca, prezentowanych nieodmiennie jednakowo. Jest to niebo mistyczne, pelne tajemnicy, Bozej w nim obecnosci, grozne i straszliwe, o poszarpanych chmurach, wlasnie rozdzieranych w akcie boskiej interwencji na ziemi, ktorej widomym znakiem sa blyskawice.
Malarstwo to ma wiele charakterystycznych cech, totez nie sposob pomylic plocien el Greca z obrazami innych malarzy. Nawet we wloskim okresie jego zycia, kiedy staral sie nasladowac sztuke mistrzow renesansu, dziela jego nosza nieomylne pietno odmiennosci, ktora stala sie przyczyna wielowiekowego zapomnienia o nim, odsuniecia na boczny plan, ale i pozniejszego triumfu. W czasach romantyzmu, gdy nade wszystko ceniono indywidualny wyraz, odrebne dziela el Greca wyniesiono do rangi najwyzszych osiagniec, a mistycyzm malarza sprzyjal dodatkowo entuzjastycznej opinii o tej sztuce, przeciwstawianej "plaskiemu" malarstwu rodzajowemu. Dla wszystkich nurtow postimpresjonistycznych, ktore ekspresje ducha artysty cenily wyzej niz nasladownictwo rzeczywistosci, sztuka "Greka" byla zrodlem wielkiej inspiracji.
Choc el Greco zostal odkryty pozno, to jednak jego portrety doceniono niemal od razu. Diego Velazquez zapozyczyl sie mocno u tego malarza. Na wystawie obejrzec mozemy cala sale poswiecona tylko portretom wykonanym przez "Greka": nie maja one frenetycznego charakteru. Przedstawiana postac w czerni zwykle wylania sie jakby z ciemnego, niezroznicowanego tla, niemal bez akcesoriow, bez rekwizytow, bez kontekstu swiadczacego o pozycji spolecznej, dystynkcji, zainteresowaniach. Cala uwaga artysty (jak i widza) skupia sie na wewnetrznym, duchowym wymiarze postaci. Hiszpanie, ktorych portret nie ma sobie rownych w swiecie, bardzo duzo zawdzieczaja greckiemu emigrantowi praktykujacemu na przelomie XVI i XVII wieku w Toledo.
Nie probuje zniechecic milosnikow sztuki do obejrzenia tej wystawy. Przeciwnie, bardzo ja polecam, choc obawiam sie, ze jak to w ostatnich latach dzieje sie w Nowym Jorku, na wielkie ekspozycje trudno sie bedzie dostac. Ogromny tlum ludzi zadnych obejrzenia rysunkow Leonarda da Vinci czy malarzy hiszpanskich "zlotego wieku" w zestawieniu z francuskimi impresjonistami (by wspomniec o dwoch zaledwie ostatnich wydarzeniach plastycznych w Metropolitan Museum) sprawia, iz zwiedzanie takich wystaw mija sie z celem: miast skupienia i starannego obejrzenia wystawianych prac, trzeba sie przedzierac miedzy zbita cizba, by dopchac sie do jakichs obrazow, a widzowi potracanemu, popychanemu trudno sie w panujacym gwarze skupic nad sztuka.
El Greco to jednak wielkie nazwisko w dziejach sztuki i na ekspozycje doskonale zorganizowana nalezy pojsc. Chcialbym zwrocic szczegolna uwage na ostatnia sale, w ktorej zgromadzono pozne dziela mistrza z Toledo, z najwybitniejszymi: Adoracja pasterzy (obrazem, ktory mial zdobic grob artysty), Zwiastowaniem (z lat 1597-1600, w odroznieniu od wczesniejszych opracowan tego tematu), Zmartwychwstaniem i widmowym Widokiem Toledo. Na obrazach tych wiruja niebo i ziemia, duchy i zyjacy, swieci i ludzie tego padolu, boski wymiar przenika rzeczywistosc tu i teraz. Plotna w tak wielkiej liczbie robia potezne wrazenie obcowania ze sztuka naprawde niezwykla, chorobliwie wrecz ekstatyczna.
Choc trudno mi zaakceptowac czerwono-rozowa barwe el Greca w zestawieniu tylko u niego mozliwym z zolcia, odstrecza mnie jego siny blekit umarlych i z rzadka pojawiajaca sie zielen, to jednak pozostaje jedno dominujace uczucie: obcujemy ze sztuka absolutnie niezwykla, jedyna w swoim rodzaju, budzaca gwaltowne emocje.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wysłać e-mail |