EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
Noga nie chce mi sie goic. Przyczyna? Rabus w autobusie. Rzecz zwykla. A bylo tak: siedzialam z wnuczka na kolanach; obok mnie, blizej okna, jejmosc w obfitej bizuterii. Chybotalysmy sie w starym gruchocie. I nagle poczulam, ze leze na podlodze, chroniac rozpaczliwie dziecko. Okazalo sie, ze mlody "dresiarz" zaatakowal sasiadke z najbardziej nieoczekiwanej pozycji, z ukosa: zrywal jej zloty lancuch po przekatnej, stojac za nami. Kobieta szarpnela sie, a ja padlam. Kierowca blyskawicznie otworzyl drzwi, zlodziej wyskoczyl i natychmiast zniknal. Scena rozegrala sie tak szybko, ze dotarla do mojej swiadomosci po fakcie. Pasazerowie nie zwracali uwagi na mnie lezaca; pytali ofiare napasci: "Dlaczego pani nie krzyczala?". "Myslalam, ze to moze znajomek tak z tylu mnie podpieszcza" - brzmiala filuterna odpowiedz. Nikt z pasazerow nie spytal, dlaczego kierowca otworzyl bandycie drzwi.
Zrobil to dopiero chirurg opatrujac mi kolano. "Pewnie byl w zmowie z tym napastnikiem" - dal sobie samemu odpowiedz.
Nie zart ani nadmierna podejrzliwosc, tak wyglada nasza codziennosc. Zmowa w kazdej dziedzinie.
Ta zmowa (jezeli byla) - chybila: zloto zostalo ocalone, natomiast moje kolano slimaczy sie od paru miesiecy. Starosc nie radosc. Pamietam swoje poobijane kolana z dziecinstwa. Goily sie jak na psie. Pamietam, z jakim upodobaniem zdzieralam strupy, zeby dokopac sie do zywej krwi, ktora natychmiast zamieniala sie w nowy strup. Bylo, minelo.
Przestepczosc hula po Polsce. Nie dlatego, ze nie ma kary smierci, wcale nie. Dlatego, ze nie ma prewencji za tak zwane drobne przewinienia. Przydaloby sie nam paru Giulianich. Czyli: zero tolerancji za wszystko, co godzi w dobro drugiego. Kasacja popularnej w Polsce kwalifikacji "znikoma szkodliwosc czynu", ktora szafuje nasz wymiar sprawiedliwosci, puszczajac wolno przestepcow tzw. drobnych zlodziejstw. Filozofia zabojcza. Bo male rodzi duze, wieksze - najwieksze.
Pamietam z dawnych lat dziewczyne na wrotkach w Nowym Jorku, pogruchotana w Central Parku. Pamietam torby wydzierane mezczyznom w bialy dzien przez watahy roslych bandytow na przejsciach ulicznych; pamietam oddzielane jak cieciem rapiera torebki kobiet niemal przy okienku bankowym, gdzie u drzwi czuwal bezradny straznik. Bylo, minelo. Dzis Nowy Jork takich zdarzen nie pamieta.
Niebezpieczne staly sie nasze ulice. Pod wzgledem mistrzowskich kradziezy kieszonkowych przypominaja Londyn Olivera Twista. Opisy z Dickensa pasuja jak ulal. Tu od wiekow nic sie nie zmienilo. Maestria bezszmerowego wyciagania portfeli, zdejmowania zegarkow i bransoletek, tak zeby delikwent nie poczul, jest naprawde najwyzszej proby. Ograbiony spostrzega, ze zostal ograbiony duzo pozniej. Nasi kieszonkowcy posiedli umiejetnosc dzialania w grupie tak zgranej, jakby byla jedna reka podzielona na wiele rol. Zasada prosta: odwrocenie uwagi wlasciciela od drazliwego miejsca, niezauwazalny zabor i odskok. Ilez to razy padalam ofiara tej metody, dramatycznej w mojej sytuacji finansowej! Tyle sie w Polsce zmienilo, lacznie z typem grabiezy, ale w tym punkcie - nic. Jako kieszonkowcy moglibysmy stawac do miedzynarodowych zawodow. Jest w naszym kieszonkowcu cos z mistrza zrecznosciowego. Cos z olimpijczyka.
Szkoda, ze tego talentu w zakresie logistyki, psychologii i zegarmistrzowskiej dokladnosci nie umiemy przekuc na uzyteczne spolecznie zajecia!
Wypadek, ktoremu uleglam, calkiem zreszta nietypowy, wskazujacy na nowa brutalna metode, nie uszczknal nic z moich finansow, ale pozostawil mi w spadku slimaczace sie w nieskonczonosc kolano. Jezeli mam wybierac, stanowczo opowiadam sie za klasycznymi metodami nie naruszajacymi ciala. Niestety, sa w zaniku.
Chlopcy z poprawczaka przerabiaja na religii dekalog. Dorodne twarze, o ujmujacych usmiechach ukazujacych tu i owdzie srebrny zab; wymowni, logiczni. Zabojcy, chociaz nikt nie uzywa slowa "zabilem". Najwyzej, ze ofiara zemdlala: "Szamotala sie, wiec jej troche noga od stolu...". Rozczulaja sie na slowo "matka". "Gdyby cos ktos chcial mamusi, to od razu siekierka...". Najdelikatniejszy, o rzezbionych rysach, wyglasza tyrade o zbednosci policji: "Dobry bylby swiat; szloby sie i robilo, co chcialo...".
Z tych nie bedzie kieszonkowcow. Nie lubia koronkowej roboty. Za nudna, za trudna. Potrzebuja agresji. Musza byc agresywni, zeby odreagowac frustracje. Zjawisko powszechne nie tylko w Polsce, ale w calej atlantyckiej strefie. "Fala" z wojska przeniosla sie do szkol. Za przyklad posluzyc moze nie tylko lekcja znecania sie uczniow nad nauczycielem w torunskiej budowlance. Gdyby nie dzwonek, doszloby prawdopodobnie do linczu. Nauczyciel: "Nie reagowalem, bo balem sie o prace". Takich szkol jest wiele, podobnie jak zastraszonych nauczycieli. Najsmutniejsza jest postawa ciala pedagogicznego, bagatelizujacego zjawisko i wola przetrwania gnebionego. Musi za wszelka cene utrzymac posade. Ale czy mozna sie takiej postawie dziwic w kraju 20-procentowego bezrobocia?
Nad tlumaczeniem patologii w zachowaniach mlodocianych pochyla sie wiele madrych glow. Masa teorii. Brak praktyki obronnej. Ten najurodziwszy z poprawczaka mowi: "Niebo mi wzbronione. Pojde do piekla i postaram sie wykolowac diabla" - zniewalajacy usmiech na pieknych ustach.
*
Gdy Donald Tusk przed kilku laty oglosil, ze obylibysmy sie bez Senatu - zawrzalo. Kala wlasne gniazdo. Odszczepieniec. Tusk zamilkl. Nikt nie podjal wyzwania. Moze jestem populistka, ale mnie jego haslo porwalo. Tylko ze wtedy procz kolezenskich gromow nic z wyzwania nie wyniklo.
Lecz jak sie okazalo, jego partia, Platforma Obywatelska, nie zaniechala tematu. Dzis go precyzuje: odchudzic parlament. Sejm o polowe. Co by szkodzilo, gdybysmy mieli zamiast prawie pieciuset poslow - dwustu? Albo Senat. Czy 32 senatorow nie wystarczy, zwazywszy, ze ta setka, jaka w nim teraz zasiada, jest zupelnie nieprzygotowana intelektualnie do swych rol? Za premiera Jerzego Buzka nazywano Senat biurem podrozy. Biorac przyklad z pani marszalek Alicji Grzeskowiak, luksusowo zwiedzili za nasze podatki cala kule ziemska.
Dzis sala sejmowa zieje pustkami w czasie sesji. Czy to nie wymowne? Odchudzenie obu izb wymagaloby poprawek w konstytucji, to prawda, ale obciecie wszelkich darmowych przejazdow i lotow, jakie przysluguja parlamentarzyscie - juz nie. Dzis wszedzie zamiast biletu sluzy im legitymacja. W dobie drozyzny obejmujacej rowniez srodki transportu uzbieralaby sie jakas sumka. A przeciez z "jakichs" sumek sklada sie budzet. Gdy chwyta sie wszelkich mozliwych sposobow jego zalatania, gdy chodzi sie po prosbie do najbiedniejszych (z tym ze prosba jest przymusowa), dlaczego nie siegnac do wypchanych trzosow parlamentarzystow?
Na apel jednak nikt nie zareagowal. Nikt. Procz mediow. Rzadzacy jak zwykle, gdy chodzi o uszczuplenie ich gaz, nabrali wody w usta. Nawet "robotnicza" (cudzyslow na miejscu!) Unia Pracy nie pisnela. Zreszta, po co ja to pisze, sa to zelazne kanony III Rzeczpospolitej. Dawne haselko Urbana: "Rzad i tak sie wyzywi" nabralo dzis monstrualnych rozmiarow. Zacmilo umysly i wyobraznie: rzadzacy musza zagarniac dobra wszelkimi sposobami. Wprost musza. Nie dbajac, jaka spadnie kara...
Wybitna znawczyni i interpretatorka literatury prof. Maria Janion napisala ostatnio ksiazke o wampirach. Podobno studenci wydzialu amerykanistyki na Uniwersytecie Warszawskim mocno sie zdziwili, ze wampiry nie wywodza sie z Ameryki, ale od nas. Ich korzenie tkwia w Slowianszczyznie, wliczajac w nia Balkany. Wampir potrafi przepoczwarzac sie, dzialac destruktywnie w roznych kulturach i epokach, trafiajac jadem w najbardziej dojmujace "punkty" zla. Wedlug teorii prof. Janion uniwersalnymi wampirami naszych czasow sa seryjni mordercy. Wampiry przerzucone na grunt polski moga nie dopuszczac do glosu ludzi o obywatelskim obliczu, osmieszyc ich i przegnac, a wyniesc do gory jednostki nieprawe, pozbawione cech rozumienia panstwa i ojczyzny. Slowem, moze nami zawladnac duch nijakosci panstwowej i doraznej hucpy jednostek i grup.
Idac tropem mysli prof. Janion, moze nadto ekstrawagancko - pytam: czymze jest wprost niewiarygodne zaniedbanie w chronieniu zycia minister Anny Lindh w Szwecji? W prawie identyczny sposob zginal przed laty jej mistrz, premier Olof Palme. Oboje byli wzorem demokratycznych politykow naszych czasow, od ktorych inni powinni pobierac nauki. Obojga nikt nie chronil. W przypadku Palmego mordercy nie zidentyfikowano.
*
Jolanta Kwasniewska jest w tej chwili pierwsza kandydatka w rankingu na prezydenta po wygasnieciu mandatu meza. Sporo sie nauczyla. Nabrala umiejetnosci. W stroju, w wyzbyciu sie typowej dla Polek zalotnosci zachowania. Wazy slowa; nie naduzywa ich. Nie odwoluje sie do banalu, co czeste u jej malzonka. Trudno jej doprawdy cos zarzucic, ale gdy patrze chocby na fotografie Anny Lindh, ktorych po zabojstwie pelno w prasie; kiedy widze jej swobode w sposobie przekonywania do swoich racji, jej naturalnosc, nawet prostote noszenia sie i zwracania do ludzi; no wiec gdy je obie porownuje, mysle, ze "nasza Jola" musi sie jeszcze sporo nauczyc.
Zycze jej tego. Tym bardziej ze na widnokregu prezydenckim, choc sporo indywidualnosci (Jan Rokita!), wiecej postaci, ktorych ewentualna prezydentura przyprawia o bol zebow. Procz bidulka Walesy (po co sie, na Boga, znowu pcha!) - Andrzej Lepper. Wyprzedzam czas. Daleka droga do Rio...
*
"´Lachowiczª, moj ojciec" - oto tytul wyznania Ryszarda Terleckiego, jakie zlozyl na lamach Rzeczpospolitej (Plus-Minus, nr 208). Jest to dokladny przebieg sluzby agenta Sluzby Bezpieczenstwa Olgierda Terleckiego. Syn opisal sprawe ze skrupulatnoscia dochodzeniowca, cytujac ojcowskie raporty. Olgierd Terlecki byl swietnie zakamuflowany; przyjmowal go nawet Jerzy Giedroyc. Wtrace, ze znajac szefa Kultury, sadze, ze swiadomie. Chociaz "Lachowicz" mial dobre dojscia do wielu prominentnych osob, nie ma dowodu, iz komus osobiscie zaszkodzil.
Maz zadal mi pytanie: "Gdybys byla na miejscu syna, opublikowalabys cos takiego w wielkonakladowej gazecie? Bo ja nie" - powiedzial.
A ja? Nie wiem.
*
W stolicy odbyl sie Maraton Warszawski - pieknie. Jeszcze watlutki, jeszcze niezborny, ale dobrze, iz podjeto inicjatywe. Natomiast fatalnie, ze praktycznie na prawie cala niedziele zblokowane zostalo centrum miasta oraz wszelkie dojazdy i wyjazdy. Gdyby to jeszcze byla duza impreza na ksztalt Maratonu Nowojorskiego! Ale biegly malusienkie grupki, potwornie rozciagniete. Mozna bylo z latwoscia sprawic, zeby zajmowaly jeden pas jezdni, a nie cale ulice, wezly i place. Gdy tak krazylismy oplotkami, rozpaczliwie spozniajac sie na umowione spotkanie, pomyslalam, ze jezeli nasza policja nie umie rozwiazac logistycznie tak latwego problemu, to biada nam...
Na razie boimy sie pierwszych trumien z Iraku. Oby nie przylecialy!
Pazdziernik 2003 r.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wysłać e-mail |