PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (26 wrzesnia 2003)


GRAZYNA DRABIK

Rytmy Nowego Jorku

Dwie daty, slodycz zycia


Byly uroczyste koncerty. Prywatne spotkania rodzin tych, ktorzy zgineli tragicznego wrzesnia. Nocne czuwanie przy zapalonych swiecach na Union Square. Przemowienia politykow. Protesty przeciw politykom i polityce wojny. Nieuchronnie rozgadaly sie gazety i media. Wzmogla dyskusja wokol projektu Daniela Libeskinda zabudowy przestrzeni World Trade Center, a raczej wzmogly sie glosy protestujace przeciw zmianom, jakie stopniowo zachodza w tym projekcie pod wplywem naciskow Larry'ego Silversteina, dzierzawcy najdrozszego w miescie 16-akrowego pola.

Tybetanscy mnisi z klasztoru Drepung Loseling wybrali inny sposob zaznaczenia rocznicy. 11 wrzesnia, w niewielkiej salce w Asia House przy Park Avenue, rozpoczeli powolny proces konstrukcji skomplikowanego rysunku swiata. Z precyzja sredniowiecznych skrybow, ktorym sa pokrewni, zmieniajac sie co godzina, dodawali kolorowym piaskiem nowe szczegoly. Wytyczali symetryczne polkola, koncentryczne fale, kwadraty ram, blyski ruchu. Labirynt linii nabieral zycia.

W jezyku sanskrytu mandala oznacza "srodek i to, co wokol", co rozwija sie z boskiej esencji. Jest reprezentacja wszechswiata i przywolywaniem bostw. Wedrowni mnisi z poludniowych Indii oferowali ja Nowemu Jorkowi jako gest blogoslawienstwa i prosbe o dar pokoju. Skonczona po dziesieciu dniach pracy i medytacji, mandala pulsowala jasnymi kolorami i wiara tych, ktorzy ja budowali. Koniec uwienczony jednak zostalo w sposob, ktory dla wiekszosci z nas jest zaskakujacy.

Przy uroczystych dzwiekach trab i dzwonkow, biciu bebna i choralnym spiewie mnichow kolorowy piasek zostal wymieszany, mandala rozsypana. Rysunek wszechswiata zamienil sie w ciagu kilka minut w niewielka kupke piasku, nagle poszarzalego. Zostalo echo choralnej modlitwy. Cien obrazu na siatkowce. Wzruszenie.

Szczegolny ton uroczystosci wzmogl jeszcze fakt, ze mnisi powrocili do Asia House z Central Parku, gdzie brali udzial w wiecu-spotkaniu z najwyzszym przedstawicielem tybetanskiego buddyzmu. Dalajlama wedruje po swiecie, przypominajac pogodna wytrwaloscia i pokojowym przeslaniem dzialanie naszego Jana Pawla II. 21 wrzesnia przemawial do zdumiewajaco zroznicowanego tlumu. Licznie zebrani sluchacze wysypywali sie daleko poza obrzeza Wschodniej Laki. Grupki przyjaciol, rodziny z dziecmi, mnisi w bordowych habitach, muzycy, przebierancy i zwykli spacerowicze pozostali dlugo w parku, przeciagajac popoludnie w wieczor, cieszac sie ze wspanialej, zlotej niedzieli.

Rozsloneczniona byla chyba bardziej niz wszystkie inne tego deszczowego lata. A tu juz przeciez podmuch jesieni. Rozpoczela sie 23 wrzesnia zrownaniem dnia z noca, choc o pare ulamkow sekund nie zgadza mi sie symetria ciemnosci i swiatla. Slonce wzeszlo w Nowym Jorku o 6:45, by zajsc po dwunastu godzinach i osmiu sekundach. W Warszawie, gdzie wrzesien takze popisuje sie ladna i ciepla pogoda, slonce wedrowalo od 5:23 do 17:33.

Troche pogody przydaloby sie pare dni wczesniej, w poniedzialek 15, kiedy inny gosc z Azji, artysta Cai Guo-Qiang, staral sie wymalowac ogniem Swietlny cykl nad Central Parkiem. Odswietne fajerwerki mialy zaznaczyc 150. rocznice pojawienia sie rozleglych zielonych terenow w samym sercu Manhattanu. Plany pokazow mozna bylo ogladac w galerii tegoz Asia House, gdzie w sasiednim pokoiku mnisi pochylali sie cierpliwie nad wszechswiatem w miniaturze. Pirotechniczny cykl dzielil sie na trzy czesci: Wieze sygnalowe, Swietlny krag i Biala noc, kazda okreslona w czasie liczonym w sekundach. Na koncu niebo nad parkiem mialo sie roziskrzyc jak noc polarna w nieustajacych kaskadach bialych plomieni. Nieustajacych - to znaczy trwajacych 120 sekund.

Rozmach przedsiewziecia byl imponujacy, tylko kaprysny deszcz przygasil nieco spektakl. Szeroki poblask rozlal sie po ciemnym niebie, lecz z polnocnego kranca parku, skad ogladalam wydarzenie, bardziej widoczne byly kleby szarego dymu snujace sie nad drzewami. Cale widowisko i tak trwalo zaledwie cztery minuty, choc przygotowywane bylo od miesiecy, z precyzja militarnego przedsiewziecia. Ciekawe to zderzenie gwaltu z pieknem, proba nadania wyrazistej formy na granicy niemozliwego. Krag swietlny, na przyklad, to 10 tys. iskierek tytanu skladajacych sie w obraz kola czy raczej w iluzje kolistego ksztaltu. Guo-Quiang wybral sobie paradoksalne medium: proch, eksplozje, ogien, sile w swej naturze nieokielzana i ulotna. Sekundy kaprysnego piekna.

*

Inne fajerwerki blyskaja w Zankel Hall, w podziemiach Carnegie Hall, pierwszej nowej sali w miescie od 1966 r., kiedy to otworzyla swe szerokie wrota Metropolitan Opera. Forma inauguracji pomyslnie wrozy milosnikom muzyki. Zadnych napuszonych gal, szumnych przemowien. Rozsadna, po 25 dol., cena biletow na pierwszy koncert, w sobote 13 wrzesnia, z programem wspolczesnej muzyki powaznej. Teraz przewija sie tam korowod zespolow, od slowa mowionego po mlodziezowy chor z Brooklynu, od miedzynarodowych gwiazd rocka poprzez jazz do wyszukanej barokowej klasyki. Rog obfitosci.

Odwiedzilam sale w dwoch jej odmiennych wcieleniach. Na obu wysmienitych koncertach podziwialam intymny styl audytorium, cieplo jasnego drewna, przyjazna akustyke. Na wystepach Youssou N'Doura 16 wrzesnia, mistrza muzyki mbalax (rodzaj fuzji funk, reggae i lirycznej ballady), publicznosc przewazala ciemnoskora, w zachodnioafrykanskich szatach, w eleganckich garniturach lub - moda hiphopowa - w za duzych koszulkach z numerami zawodnikow koszykowki. Doceniali popisy gitarzysty Jimi Mbaye'a, klaskali zacheceni poteznym basem "gadajacego bebna" Assane Thiama, towarzyszyli spiewnie popularnemu piosenkarzowi z Senegalu. Dwa dni pozniej Pierre Boulez, prawie osiemdziesieciolatek w swietnej formie, mistrzowsko poprowadzil Ensemble Intercontemporaine w ciekawym programie muzyki Debussy'ego, Bartoka i z wlasna kompozycja sur Incises. Mloda w duzej mierze publicznosc byla rownie ciepla, doceniajaca muzyczne mistrzostwo jak poprzednia, choc w zupelnie innej konwencji wyrazala entuzjazm.

*

Jesien, czyli niedlugo rozpocznie sie w Lincoln Center doroczny festiwal filmowy. Otworzy go premiera Mystic River Clinta Eastwooda, a obok filmow amerykanskich i francuskich, wyjatkowo licznych w tym roku, wsrod gosci z Iranu, Sri Lanki, Austrii, Tajwanu, Wloch i Kanady, znajdzie sie takze Pornografia Jana Jakuba Kolskiego, filmowa adaptacja powiesci Witolda Gombrowicza.

Na razie, do 28 wrzesnia, w przyjaznej sali Walter Reade w Lincoln Center odbywa sie inny przeglad - filmow z Ameryki Lacinskiej. Jest to przede wszystkim popis odradzajacego sie kina argentynskiego, ale w ramach "Latin Beat" udalo mi sie takze obejrzec opowiesc Copacabana Carla Camuratiego, o pewnym fotografie, ktorego zycie splotlo sie z historia slynnego hotelu na brzegu morza. Alberto obchodzi 90. urodziny. Szykuje sie do przyjecia, najpierw niechetnie, potem jest zadowolony z racji udanej festy. Przezywa raz jeszcze glowne zyciowe zakrety. Placze mu sie czas. Miesza rzeczywistosc tego, co bylo, z tym, co jeszcze trwa. Uzywajac wspanialych materialow archiwalnych z dawnych balow w Copacabana w Rio de Janeiro, Camurati stwarza poetycki portret pewnego zycia i pewnego miasta, przemijajacego swiata. Dwie daty, podsumowuje glos narratora pod koniec opowiesci: data narodzin i data odejscia, i miedzy nimi...

Przy wejsciu do Walter Reade wolaja do nas pogodnie czerwone slowa z troche staroswieckiego plakatu: La douceur de vivir. Plakat jest wielki, bezwstydnie ekspresyjny, mezczyzna kleczy, blond seksbomba sle powloczyste spojrzenie, w tle postacie jak z Felliniego w cieniach la dolce vita. Z glebi poczekalni kina spoglada rozesmiana Celia Cruz. Wychyla sie z wysoka, spoza chmur, obecna i nieobecna zarazem. Obraz nowojorskiego artysty Miguela Trellesa pulsuje jakby mocnym rytmem jej piosenek. Odeszla pare miesiecy temu, w wieku lat 78, zegnana zaloba w calym regionie Karaibow i w latynoskim Nowym Jorku.

W cyklu "Uczac sie zyc bez Celii Cruz", rodzaju holdu spiewaczce z Kuby, Trelles odwolal sie do konwencji tradycyjnego chinskiego pejzazu, zrezygnowal z koloru, szkicujac wzniosle gory i wszechobecne morze w brazach i bieli. Niespokojny ruch kreski przywoluje nawalnice chmur, szeroki usmiech starej kobiety, postacie zagubione w przestrzeni, nie wiadomo czy roztanczone, czy odchodzace. Celia Cruz nadal sie usmiecha, choc teraz we wspomnieniu i w sztuce innego artysty.

Ot i tyle, przemijanie i slodycz zycia. Fajerwerki w deszczu.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail