PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (26 wrzesnia 2003)


ANDRZEJ KORASZEWSKI

Witaj,
smuteczku


I znow stracilem pare przyjaciol z mlodosci. Gniewnie reaguje na naszych budowniczych kapitalizmu, ktorzy nawet nie zdaja sobie sprawy z tego, ze po upadku komunizmu udalo im sie wepchnac kraj na latynoska droge do kapitalizmu. Moj przyjaciel, niezwykle zasluzony polityk nowozytny, jest przekonany, ze uprawiam lament i nawet nie zauwazam, ze Polakom nigdy sie tak dobrze nie powodzilo jak dzis. Zabawne, bo kiedy obaj bylismy mlodzi, byl to bezgranicznie irytujacy nas argument Wladyslawa Gomulki.

Przyjaciolka z lat mlodosci, a dzis znana publicystka, nie rozumie, dlaczego irytuja mnie jej artykuly, w ktorych udowadnia uparcie i niezbicie, ze komunizm byl zly i ze nadal z tego powodu cierpimy.

W Gazecie Wyborczej zastepca redaktora naczelnego polemizowal swego czasu z pogladami dwoch lewicowych intelektualistow. Czasem wycinam jakies artykuly z gazet w nadziei, ze rozpoczynaja one prawdziwa dyskusje. Leza potem tygodniami, poki za podszeptem zdrowego rozsadku nie wyrzuce ich do kosza na smieci. W tym przypadku artykul lezal dluzej niz zwykle z napisanym czerwonym dlugopisem na marginesie pytaniem: czyzbysmy byli swiadkami sporu o model panstwa, sporu miedzy wspolczesna polska lewica i postlewica postlaicka?

W artykule Ernesta Skalskiego glownym pojeciem byla wydajnosc; spogladal na panstwo przez pryzmat wydajnosci i takie podejscie jest mi nieslychanie bliskie. Towarzysza mu dwa zalozenia: najwazniejsza jest gospodarka, a miara skutecznosci gospodarki jest wlasnie wydajnosc. Wracamy zatem do stwierdzenia Adama Smitha (podchwyconego pozniej przez Karola Marksa), iz praca jest zrodlem bogactwa narodow.

Ernest Skalski okresla swoich przeciwnikow ideologicznych mianem "moralistow spolecznych", co jest bez watpienia znakomitym posunieciem, gdyz wlasciwa nazwa przeciwnika wywoluje u czytelnika odpowiednie skojarzenia i pozwala na oszczedniejsze poslugiwanie sie merytorycznymi argumentami. (Oszczednosci nakladow sa jednym z najwazniejszych elementow walki o wzrost wydajnosci). Autor przeciwstawia ich psychologom spolecznym (tego zabiegu juz nie rozumiem, ale byc moze towarzyszy mu zalozenie, ze taki psycholog cieszy sie wysokim prestizem wsrod czytelnikow Gazety Wyborczej i samo jego wspomnienie przydaje argumentom autora autorytetu).

Po dwukrotnej lekturze artykulu Skalskiego nadal zastanawialem sie, o czym ten artykul traktuje. (Nie ma tu zadnej ironii, artykul ma wiele watkow i ustalenie jego glownej mysli sprawia pewne klopoty). Czy mam racje uwazajac, ze artykul broni modelu panstwa czesciowo wprowadzonego w Polsce w roku 1989 oraz jego formuly idealnej, czyli panstwa, ktorego funkcje opiekuncze sa maksymalnie zredukowane? Sam tytul artykulu Skalskiego - "Biedni ale rowni" - sugeruje taka wlasnie interpretacje.

Walczac z idea egalitaryzmu autor nie analizuje ani definicji tego pojecia, ani nie sledzi przykladow polityki zmierzajacej do jakiegos wyrownania poziomu zamoznosci. We wspolczesnym swiecie najwyzszy poziom egalitaryzmu widzimy w spoleczenstwach skandynawskich, na przeciwnym biegunie znajduja sie nawet nie takie kraje, jak Arabia Saudyjska czy Kuwejt, ale najbiedniejsze kraje afrykanskie, gdzie rozpietosc miedzy nedza i bogactwem, mierzona w wielokrotnosci dochodow, osiaga rozmiary prawdziwie astronomiczne.

Ernest Skalski wydaje sie mniemac, iz samo dazenie do osiagniecia pewnego poziomu egalitaryzmu jest bledem tworzacym bariere dla wzrostu wydajnosci spolecznej. Warto tu zwrocic uwage na znamienny fakt, iz w rozwazaniach tego autora o wydajnosci jest kategoria podazy, ale brakuje kategorii popytu. W krajach, w ktorych pojawila sie idea panstwa opiekunczego, cykliczne kryzysy nadprodukcji wywolaly dziwna wrazliwosc na problem popytu. Jak wiemy z historii polityki i gospodarki, zreby panstwa opiekunczego tworzone byly tak przez politykow lewicy, jak i prawicy, wielu zgadza sie jednak, ze przelomu jakosciowego dokonal tu Bismarck, ktorego do moralistow spolecznych zaliczyc trudno (ale oczywiscie w naszym postmodernistycznym swiecie wszystko jest mozliwe).

W latach 70. XIX stulecia grupa uczonych japonskich w raporcie dla cesarza pisala, ze aby dogonic gospodarke brytyjska, nalezy nasladowac niemieckie reformy. Ponad 130 lat temu japonscy uczeni podejrzewali, ze solidaryzm spoleczny i wolny rynek moga byc strategiami dopelniajacymi sie. Ernest Skalski wszelako uparcie broni przodownikow pracy i w kwestii popytu zadowala sie stwierdzeniem, ze przeciez wielu ludzi kupuje samochody i sa klienci drogich restauracji.

Kiedy brytyjska gospodarka zaczynala wychodzic przed szereg (mam na mysli poczatki XVI wieku), motorem byla zmiana nastawienia z produkcji dla elitarnego klienta na produkcje dla klienta masowego. Historycy podkreslaja, ze we wlokiennictwie technika i technologia byla wowczas we Francji na znacznie wyzszym poziomie niz w Anglii, ale rzemioslo francuskie produkowalo glownie jedwabie i inne drogie a szlachetne tkaniny dla arystokracji, zas producenci w Anglii przestawili sie na produkcje tkanin welnianych dla wszystkich.

Skalski nie uzywa pojecia egalitaryzm. Operuje natomiast pojeciem "solidaryzm" i wyraza obawy, ze solidaryzm moze zniszczyc przodownikow pracy. Powoluje sie rowniez na autorytet psychologow (przede wszystkim psychologow spolecznych), ze poswiecanie sie dla ogolu jest utopia. Otoz Skalski (zapewne za podszeptem psychologow, a w szczegolnosci psychologow spolecznych) jest w bledzie i moglby to odkryc, czytajac uwaznie wlasna gazete. Codziennie otrzymujemy przyklady poswiecania sie dla ogolu. Zacznijmy od poswiecajacych swoje zycie "dla sprawy" terrorystow-samobojcow. Dowolne badania przeprowadzone przez psychologow (a w szczegolnosci psychologow spolecznych) moga wykazac, iz wiekszosc z nas nieustannie deklaruje gotowosc poswiecenia sie (w calosci lub czesci) dla ogolu, a juz z nozem w reku to gotowi jestesmy przejsc od teorii do praktyki. (Sam Skalski pisze o swojej niecheci do solidaryzmu spolecznego nie ze skapstwa przeciez, a z troski o dobro ogolu).

Osiagniecie wysokiego morale w kolejce do Urzedu Skarbowego jest oczywiscie rzecza znacznie trudniejsza, co nie znaczy, ze poziom akceptacji koniecznosci lozenia do wspolnej kasy nie jest zroznicowany. Od czego ten poziom akceptacji solidaryzmu zalezy? Mowiac najprosciej, od organizacji owego solidaryzmu. Mieszkalem w moim zyciu przez dlugie okresy w czterech krajach: w Polsce, w Szwecji, w Wielkiej Brytanii i ponownie w Polsce (ale juz bardzo innej). Z tych trzech (lub jak kto woli czterech) krajow najwyzsze podatki placilem w Szwecji i tam tez byl zdecydowanie najwyzszy poziom akceptacji wplat do wspolnej kasy. Powodow bylo kilka. Po pierwsze, wyborca i platnik podatkow w Szwecji na ogol nie ma watpliwosci, ze obowiazuje bardzo rygorystyczne podejscie do wszelkich przejawow korupcji wsrod politykow i urzednikow (mozna przegrac obiecujaca kariere polityczna za nieopatrzne skorzystanie z poselskiej karty kredytowej przy zakupie kilku pieluszek); po drugie, przejrzystosc systemu pozwala kazdemu sledzic, co sie dzieje z jego pieniedzmi wplacanymi do wspolnej kasy; po trzecie, prawie wszyscy zgadzaja sie z kretynsko sformulowanym zarzutem szwedzkich komunistow pod adresem szwedzkich socjaldemokratow, ze "zajmuja sie oni wtornym dzieleniem dochodu narodowego tylko po to, zeby kapitalisci mieli komu sprzedawac swoje towary". (Prawdziwosc tego stwierdzenia dostrzegli rowniez sami kapitalisci i czesciej glosuja na socjaldemokratow niz na nieudolna prawice).

W Wielkiej Brytanii podatki sa nizsze, ale system jest mniej jasny i czlowiek ma znacznie czesciej wrazenie, ze jest manipulowany. (W szczegolnosci polityka szumnego obnizania podatkow od dochodow osobistych i cichego podnoszenia podatkow posrednich sprawiala wrazenie traktowania obywateli jak polglowkow).

Wreszcie Polska jest krajem, w ktorym niemal wszyscy wyborcy i podatnicy maja poczucie, ze wplacane przez nich podatki sa rozkradane i marnotrawione, ze system podatkowy jest niejasny, a wydatki ze wspolnej kasy sa trudne do kontrolowania, ze wydajnosc polskich urzednikow jest zdecydowanie nizsza niz wydajnosc najmniej wydajnego rolnika i w zwiazku z tym wlasnie panstwo jest najwieksza bariera rozwoju, a na domiar zlego, to my tego pasozyta utrzymujemy.

Ernest Skalski wydaje sie twierdzic, ze panstwo nie powinno dostawac do reki pieniedzy. Nie dodaje wszelako, ze chodzi o to, a nie inne, panstwo; o panstwo, ktore zbudowano tu, w tym kraju, po wyborach w czerwcu 1989 roku i przy ktorego konstrukcji on i gazeta, w ktorej jest zastepca redaktora naczelnego, odegrali znaczaca role. Stad zapewne, przy ogromnej niecheci do instytucji panstwa, broni sukcesow tego panstwa.

Ernest Skalski polemizuje z ludzmi twierdzacymi, ze dotychczasowy okres transformacji przyniosl katastrofe. (Czyli w inny sposob probuje nas przekonac o swoich sukcesach). Patrzac na zalaczone do artykulu tabelki statystyczne, mozemy czuc sie przekonani. Nie ma tu statystyk przestepstw, afer, statystyk zamknietych przedszkoli i bibliotek, statystyk spadku czytelnictwa; sa statystyki wzrostu PKB, wzrostu liczby studentow, wzrostu wartosci plac, rent i emerytur, a wreszcie, chyba najbardziej syntetyczny wskaznik - wzrostu dlugosci zycia.

Ten ostatni wskaznik wydaje sie byc najlepszym dowodem, ze suma zmian, jakie zaszly po roku 1989, jest w Polsce pozytywna. Uzywam tu okreslenia "wydaje sie byc", gdyz rowniez w przypadku tego syntetycznego wskaznika nie wolno zapominac o zmiennych, ktore moga zaklocac korelacje miedzy zmianami w polityce i gospodarce a wzrostem dlugosci zycia. Po pierwsze, kumulujace sie wplywy rozwoju medycyny (dlugosc zycia wzrosla w tym czasie rowniez w wielu afrykanskich dyktaturach), po drugie, mozemy miec czasem do czynienia ze zmiennymi, ktore sa dla nas zarowno pozytywne, jak i negatywne (na przyklad, nawet najbardziej barbarzynskie techniki zamykania i prywatyzacji panstwowej wlasnosci prowadzily nie tylko do marnotrawstwa, ale i do cennego dla naszego zdrowia ograniczenia zanieczyszczen). Wreszcie warto pamietac o tym, ze np. umiarkowane niedojadanie moze przedluzac zycie, ale nie poprawia jego jakosci. W sumie jednak nalezy sie zgodzic, iz ten wskaznik mocno podbudowuje teze, ze - ogolnie rzecz biorac - polskiemu spoleczenstwu zyje sie dzis lepiej niz przed rokiem 1989. Jest rok 2003, czyli pamietajmy jednak o uplywie czasu.

Kiedy Wladyslaw Gomulka w koncu lat 60. przypominal, ze przed wojna chodzil do szkoly w lapciach, u sluchaczy wywolywalo to wylacznie irytacje. Nikt nie twierdzi (a przynajmniej zaden z autorow, z ktorymi Skalski polemizuje), ze komunizm byl dobry, raczej mamy tu do czynienia z pytaniem, czy okres dotychczasowej transformacji mozna bylo wykorzystac wydajniej, oraz ze znacznie wazniejszym pytaniem: co zrobic, aby zwiekszyc efektywnosc przemian w kolejnych latach? Jesli odpowiedz na pierwsze pytanie brzmi - strategia byla wspaniala i psuli ja tylko moralisci spoleczni, to odpowiedz na drugie pytanie jest oczywista: alleluja i do przodu.

Swego czasu Leszek Balcerowicz oburzyl sie w mojej obecnosci na innego polityka (ktory byl wowczas w randze premiera) za stwierdzenie, ze czasem "niewidzialna reka rynku okazuje sie reka gangstera". Mniej wiecej w tym samym czasie Wladyslaw Frasyniuk (dzis przewodniczacy Unii Wolnosci) stwierdzil, ze "w kapitalizmie pierwszy milion pochodzi zawsze z przestepstwa". Problem polega na tym, ze Wladyslaw Frasyniuk uwierzyl ludziom, ktorych darzyl szacunkiem, ktorzy poswiecali sie dla ogolu i ktorym chcial pomoc w budowaniu nowej, lepszej rzeczywistosci.

Adam Smith doskonale zdawal sobie sprawe z faktu, ze "niewidzialna reka rynku" nie dziala automatycznie. Sam byl autorem przepisow pozwalajacych na sciganie ludzi lamiacych reguly gry, doskonale zdawal sobie sprawe z faktu, ze wolnosc moze byc wolnoscia dla przestepcy. Bez trudu mozemy udowodnic, ze idea solidaryzmu spolecznego i idea wolnego rynku nie tylko moga sie uzupelniac, ale ze panstwo kierujace sie idea solidaryzmu spolecznego w dotychczasowej historii swiata bylo nieodlacznym warunkiem powstania prawdziwego, wzglednie wolnego rynku. Wstepnym warunkiem wolnego rynku jest wymuszenie poszanowania regul gry i wyeliminowanie (a przynajmniej radykalne ograniczenie) przymusu z gospodarki. Prawdziwy handel wymaga partnerskich stosunkow i gwarancji dla umow handlowych. Te gwarancje moga czerpac swoja sile z obyczaju, z religii albo moga byc tworzone jako gwarancje prawne. Sa spolecznosci (zazwyczaj mniej lub bardziej zamkniete), w ktorych slowo jest swiete, sa spolecznosci z dzialajacym systemem gwarancji prawnych i sprawnym sadownictwem i sa spolecznosci z moralnoscia alternatywna, w ktorych obowiazuje kult wydmuszki. Ernest Skalski, jako pilny czytelnik Gazety Wyborczej, powinien zdawac sobie sprawe z faktu, ze opiewani przez niego przodownicy pracy sa bardziej narazeni na upadek z powodu nieuczciwych kontrahentow niz z powodu nadmiernych ciezarow podatkowych, z powodu nieudolnego wykorzystywania pieniedzy, ktore wplacaja do wspolnej kasy, niz z powodu samego faktu ich wplacania, z powodu nieumiejetnosci (i niecheci) ograniczenia przez panstwo szarej strefy niz z powodu tego, ze panstwo lozy na opieke spoleczna. Patrze na dolaczona do artykulu tabelke ilustrujaca wzrost liczby studentow i nie musze szperac w archiwum, aby przypomniec dyskusje o profesorach pracujacych na kilku, a nawet na kilkunastu etatach, nie musze sie specjalnie wysilac, aby odnalezc w pamieci material z Gazety Wyborczej pod znamiennym tytulem: "Biedni placa za studia, bogaci dostaja sie na studia bezplatnie".

Bardzo uwaznie obserwuje pojawiajace sie jak grzyby po deszczu rozne uczelnie i ich filie w srednich miastach. Na co dzien kontaktuje sie ze studentami i absolwentami tych uczelni. Nawet gdybym nie mial bezposredniego doswiadczenia, to na podstawie lektur artykulow tylko z Gazety Wyborczej moglbym bez trudu dojsc do wniosku, ze rowniez w dziedzinie oswiaty wyzszej niewidzialna reka rynku okazala sie u nas reka gangstera. Jakosc polskiej gospodarki, polskiego wolnego rynku zalezy (w duzym stopniu) od jakosci wyksztalcenia studentow. Ernest Skalski jest zadowolony, ze tak pieknie wzrasta nam ich liczba i juz nie dodaje, ze w zwiazku z tym uczacy ich nauczyciele akademiccy moga czesciej zagladac do drogich restauracji i kupowac wiecej samochodow.

Przez kilka dziesiatkow lat obserwowalem, jakimi metodami probowano na Zachodzie doprowadzic do stworzenia gospodarki rynkowej i do wyrownania poziomu gospodarczego w roznych krajach owego Zachodu. Teoretycznie jestesmy w trakcie dyskusji nad tym, co zrobic, aby sprawnie wlaczyc sie do wspolnoty, ktorej celem jest osiagniecie jednolitego poziomu gospodarczego i cywilizacyjnego. Tymczasem przygladam sie zmaganiom zmierzajacym do tego, aby zbudowac u nas rynek, ktory bedzie wszystkim, tylko nie wolnym rynkiem, aby stworzyc system, w ktorym kapital rzeczywiscie nazbyt czesto pochodzi z przestepstw (bylismy swiadkami, jak Gazeta Wyborcza podjela sie namietnej obrony czlowieka, ktory naruszal prawo, "bo prawo bylo absurdalne"), w ktorym panstwo nie tylko nie dostarcza gwarancji dla umow prawnych, ale jest bardzo czesto oszukujaca strona. Zyjemy w kraju, w ktorym publiczne pieniadze wydawane sa rownie zle na wymiar sprawiedliwosci, na opieke zdrowotna, na oswiate czy bezpieczenstwo. Zyjemy w kraju, w ktorym panstwo obumiera rownie sprawnie w komunizmie i w kapitalizmie, zyjemy w kraju, w ktorym rowniejsi wedruja po obrotowej scenie, a reszcie trudno sie nawet smiac.

Przykro jest, kiedy traci sie przyjaciol, chociaz - uczciwie mowiac - zazwyczaj sie tego nie zauwaza. Byli przyjaciele, ktorzy znalezli sobie miejsce w dzisiejszym establishmencie, po prostu dawno juz znikneli z horyzontu, przedkladajac spotkania w sferach mieszanych. Z utrata innych trudniej sie bylo pogodzic, ale widac, kiedys trzeba. Mozna by powiedziec "witaj, smutku", ale my, Polacy kochamy sie w zdrobnieniach.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail