GRAZYNA JONKAJTYS-LUBA
Pamiec przyjazni
Wspomnienie o Stefanii Kossowskiej
(1909-2003)
ATrudno mi jest jeszcze pisac o pani Stefie. Od jakiegos czasu nikt nie podnosil telefonu, a w niedziele, w przeddzien smierci, siostra zakonna, ktora wlasnie przy niej czuwala, powiedziala mi, ze Kossowska jest w agonii. Wiedziala, ze musi odejsc, i przygotowywala sie do tego z pelna swiadomoscia i wlasciwa sobie dyscyplina. Nie czula sie dobrze i byla przygotowana, ze z tych ostatnich klopotow zdrowotnych chyba juz nie wyjdzie. A przeciez jeszcze pare tygodni temu dostalam od niej piekny list, potem rozmawialysmy dlugo przez telefon.
Na wiadomosc o jej smierci Jan Nowak-Jezioranski napisal natychmiast: "Z glebokim zalem dowiedzialem sie o smierci Stefy Kossowskiej. Laczyla mnie z nia wieloletnia przyjazn i wspolpraca na falach Radia Wolna Europa. Miala wielkie zaslugi jako dziennikarka i redaktor Wiadomosci".
Podobnie zareagowal Jerzy R. Krzyzanowski: "Obawiam sie, ze oboje z Pania nalezymy do ´niedobitkowª ostatniego zespolu Wiadomosci, musimy wiec chociaz my o Redaktorce pamietac". Florian Smieja odezwal sie z wedrowki po Kolorado: "Dziekuje za smutna wiadomosc. A jeszcze na wiosne bylem na Antokolu i rozmawialem z p. Stefa. Wnet nie bedzie juz ludzi z naszej Emigracji".
Trudno mi pisac, bo tak wazna byla dla mnie osoba, tak wiele miejsca zajmowala w moim zyciu, a jednoczesnie wiem, ze sama nie tolerowala sentymentalnej przesady w nekrologach i wspomnieniach. Kiedys w felietonie "Szanujmy slowa" zbesztala kogos za patetyczne sformulowania w kondolencji przyslanej po smierci zalozyciela i redaktora Wiadomosci Literackich, a pozniej londynskich - Mieczyslawa Grydzewskiego.
Zreszta lament bylby nie na miejscu, raczej winnismy uczczenie tego tak zasluzonego i spelnionego zycia. Do ostatniego dnia zachowala przytomnosc umyslu, do ostatnich tygodni - sprawnosc fizyczna. Podobnie jak kiedys zamknela redakcje Wiadomosci, znalazlszy dom na ich archiwalia najpierw w Fundacji z Brzezia Lanckoronskich, a potem w Archiwum Emigracji przy Bibliotece Uniwersytetu Mikolaja Kopernika, jak zamknela swoj wlasny dom, o czym jeszcze powiem, tak samo zamknela swoje zycie, podejmujac decyzje co do kazdego szczegolu.
Los zetknal mnie z pania Stefa po raz pierwszy w 1971 roku. Wiele nas roznilo: ona z wielkiej wojennej emigracji, ja - z nielicznej z 1968 roku. Ona z domu Szurlejowna, ja - Frajlichowna, ale z miejsca cos miedzy nami zaskoczylo, co przerodzilo sie w swietna wspolprace i wspaniala przyjazn. Kiedy wyslalam wiersze do Wiadomosci, Stefania Kossowska wyrazila swa opinie o utworach nieznanej jej osoby; traf chcial, ze w ostatnim liscie pisanym 2 sierpnia br. ukochana pani Stefa pisala o ostatnich wierszach, ktore jej poslalam. Nasza znajomosc, a potem przyjazn byla glownie korespondencyjna. W pekatej kartonowej teczce lezy chyba kilkaset listow. W ostatnich latach do korespondencji doszly dlugie rozmowy telefoniczne, ktore zastepowaly bezposrednie kontakty. Szczegolnie lubilam nasze literackie plotki, kto np. byl prototypem lekarza z Zazdrosci i medycyny i jak spowinowacony byl on z mezem pani Stefy. Ale nie tylko o tym. Pani Stefa, kobieta szalenie atrakcyjna, byla bardzo dyskretna na temat swego zycia osobistego, ale kiedys udalo mi sie sprowokowac ja do wyznania, ze Michal Choromanski przyslal jej bukiet ulozony z rozowo-fioletowych pachnacych groszkow. On byl wowczas slawnym autorem bestselleru, ona poczatkujaca dziennikarka w Bluszczu.
Ostatnio ucieszyla sie bardzo, ze odwiedzilismy archiwum Wiadomosci w Bibliotece Uniwersyteckiej w Toruniu, a szczegolnie, ze zaprzyjaznilismy sie z Anna i Miroslawem Supruniukami.
Nie mozna sie uskarzac, ze Stefania Kossowska nie byla doceniona. Otrzymala najwyzsze wyroznienia emigracyjne (nagrode Wiadomosci, Kultury i Fundacji im. Jurzykowskiego) a takze odznaczenia - Krzyz Oficerski Orderu Polonia Restituta oraz Krzyz Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.
Z jej zdaniem liczyli sie wszyscy: pisarze, redaktorzy, naukowcy. Stanowcza, choc nie apodyktyczna, dla wszystkich piszacych do Wiadomosci byla autorytetem. Ale wydaje mi sie, ze niezupelnie zdajemy sobie sprawe z formatu tej postaci, z formatu, na ktory sklada sie jej droga zyciowa, jej intelekt, urok, posredni i bezposredni wplyw na zycie emigracyjnej elity. Napisalam juz kiedys i powtorze jeszcze raz, ze jezeli Mieczyslaw Grydzewski, redaktor Wiadomosci, i Jerzy Giedroyc, redaktor Kultury, byli w czymkolwiek zgodni, to tylko w swej admiracji dla talentu i charyzmy Stefanii Kossowskiej.
Jej ksiazki - Galeria przodkow, Jak cie widze tak cie pisze, Mieszkam w Londynie - w ktorych harmonijnie laczy dziennikarska przenikliwosc z pisarska elegancja, daja obraz osoby o bardzo silnej indywidualnosci, wyrobionym smaku, opiniach i odwadze ich wypowiadania nawet wowczas, gdy stawala twarza w twarz z ustalonymi autorytetami czy postmodernistyczna hagiografia. Jej dorobek pisarski jest niewielki, ale znaczacy ze wzgledu na autentyzm. Wydany w 1999 roku tom poswieconych jej szkicow pod tytulem Pani Stefa jest z pewnoscia wprowadzeniem do zrozumienia jej postaci. Rownie dobrze moglaby byc bohaterka monografii, filmu, powiesci.
Kiedy w 1969 roku na skutek choroby Mieczyslaw Grydzewski musial powierzyc redagowanie pisma swym mlodszym nastepcom, jego najwieksza troska bylo, aby Wiadomosci godnie zakonczyly swoj byt. Po latach heroicznego wysilku redagowania samodzielnie literackiego tygodnika pani Kossowska widziala, ze kurcza sie mozliwosci i zamknela go w 1981 roku honorowa koda. Znalezli sie w tym numerze wszyscy zyjacy pisarze i wspolpracownicy. Obecnie widzac, jak upadaja jedno po drugich pisma literackie w kraju, jak kazdy dodatek literacki pod naciskiem komercjalizmu zmienia sie w pismo masowe, dopiero w takim kontekscie mozemy docenic, jakiej sily woli i codziennego heroizmu wymagalo utrzymanie przez tyle lat pisma literackiego na emigracji.
Po zamknieciu Wiadomosci redagowala juz z domu Srode Literacka, wkladke do londynskiego dziennika. Ostatni numer ukazal sie jeszcze w ubieglym roku. Czesto nazywala te Srode "sierotka", czy to dlatego, ze osierocil ja kiedys pierwszy redaktor, poeta Stanislaw Balinski, czy dlatego, ze widziala, jak kurczy sie grono czytelnikow w Londynie. Nieraz z podziwem mowila o polskim zyciu w Nowym Jorku , ktore obserwowala za posrednictwem prasy, glownie Przegladu Polskiego.
Trzy spotkania i trzy przesylki
Spotkalysmy sie trzy razy, jak w jakiejs basni. W 1979 roku pojechalam do Londynu zlozyc swoj drugi tomik w Oficynie Poetow i Malarzy, wowczas odwiedzilam legendarny juz lokal redakcji znajdujacy sie przy Russel Street, w legendarnej dzielnicy Bloomsberry, na tylach British Museum. Po kilku latach korespondencji i wspolpracy bylo to spotkanie pelne symbolicznej atmosfery. Pani redaktor zaprosila mnie, niesmiala prowincjuszke z Nowego Jorku, na elegancki lunch z serami na deser. Drugi raz odwiedzilismy z mezem Londyn w 1985 roku. Juz nie bylo Wiadomosci, pani Stefa przyszla na moje spotkanie autorskie z bukiecikiem konwalii z wlasnego ogrodu. Bylo zebranie Zwiazku Pisarzy, a wieczorem przyjecie u niej w domu, gdzie poznalismy jej meza Adama i zobaczylismy niektore jego obrazy.
Trzecie spotkanie w 1997 r., tak oczekiwane, niezbyt sie udalo. Zaprosilismy pania Stefe do restauracji (byla juz od paru lat wdowa), ktora sama wybrala, ale langusta, na ktora miala wielka ochote, musiala byc nieswieza i pani Stefa ulegla jakiemus ostremu zatruciu, ktorego objawem byla natychmiastowa, na szczescie chwilowa, utrata swiadomosci. Bylo to dosc przerazajace, ale nie pozbawione pewnej humorystycznej puenty. Odzyskujac powoli przytomnosc pani Stefa zazadala, abym zrobila jej zdjecie "dla Janka" (Kotta). Kiedy usilowalam perswadowac, aby poczekac, az zupelnie dobrze sie poczuje, zaoponowala slowami: "Wyglad nie ma znaczenia".
Poslusznie, bo ktozby smial sprzeciwic sie pani Stefie, stanelam przed stolikiem i zaczelam ja fotografowac, z czego pozniej smialismy sie wszyscy juz telefonicznie, my z Nowego Jorku, pani Stefa z Londynu i Janek Kott z Santa Monica.
Byla osoba bardzo hojna w przyjazni. Ponad dwadziescia lat temu, kiedy przeslala mi Wiersze emigracyjne Stanislawa Balinskiego, zadbala, aby mialy one niezapomniana dla mnie dedykacje od poety. Swieta zawsze przynosily od niej jakies apaszki, perfumy, korale. Ale trzy ostatnie prezenty, znow jak w basni, maja swoja szczegolna wymowe. Zaczelo sie od zlotej broszki w ksztalcie piorka. Dziekujac z zazenowaniem uslyszalam, ze to dar od Jana Frylinga, jeszcze z czasow wojny.
Wiosna ubieglego roku otrzymalam paczuszke, a w niej list: "
tak jak Ci zagrozilam, posylam serwetki na stol pod talerze. Czy je uzywasz czy nie. Moze Cie do nich przekonaja ich ´literackie koneksjeª. Niedawno, wyrzucajac papiery trafilam na notesik, w ktorym zapisywalam wazniejsze ´przyjeciaª u nas (jakich miewalismy mnostwo). Jedno z nich bylo wlasnie na czesc Wittlina z okazji jego pobytu w Londynie w 1963 r. Byli wtedy na tej kolacji procz niego - Wierzynscy, Sakowscy, Stanislaw Balinski, Terleccy, Borman, Raczynski (ambasador) i Wlada Majewska. (Grydzewski nigdy nigdzie nie ´bywalª, gdy do nas przychodzil to tylko na kolacyjki w trojke). Na tym ´wittlinowskimª przyjeciu Halina Wierzynska zobaczyla nakrycie i zapytala: ´Czy to te serwetki, ktore ci dalam jako prezent slubny?ª. Wtedy sobie przypomnialam, ze to bylo od niej, tak jak teraz przypomnialam sobie o tej calej kolacji. Nie wiem, kto mi to przywiozl po wojnie z Warszawy ze slawna srebrna chochla. Czasem zachowuja sie i trwaja takie nieoczekiwane rzeczy. Wiec nie gniewaj sie, ze Ci to posylam, ale chce bys miala jakas osobista pamiatke z mojego domu, a to najlatwiej poslac. Sciskam goraco.
St.
Serwetki sa recznej slaskiej roboty". (List z 29 kwietnia 2002 r.)
Wlasnie wtedy pani Stefa postanowila zlikwidowac dom i przeniesc
sie do prowadzonego przez polskie zakonnice domu starosci,
znanego polskiemu Londynowi Antokolu. Podczas tych trudnych
dni dzwonilam do niej czesto i wiedzialam, ze choc pomagala
jej siostrzenica z Kanady, bylo to ciezkie przedsiewziecie.
W czerwcu poczta przyszla paczuszka, a w niej zapakowana w
firmowym pudelku i w torebce jak ze sklepu piekna krysztalowa
lza osadzona na zlotej podstawie. Na dolaczonej karteczce
napisala: "Aniu kochana, jestem na dnie depresji i wyczerpania
- likwidacja domu po 40 latach zycia i pracy nas obojga w
nim - to koszmar, ktorego nikomu nie zycze - ostatnie trzy
tygodnie jakis wirus, nieustanny kaszel, antybiotyki itd.
Tak ze mozesz sobie wyobrazic, w jakim jestem stanie. Ale
mysle o Tobie, czego dowodem ta przesylka. Mozesz do niej
dodac przedwczesne imieninowe zyczenia, ale to nie jest dar
na imieniny, tylko specjalny. Teraz, gdy zamykam swoje zycie,
bo ten 'klejnot'ma dla mnie specjalne znaczenie, ktore tylko
Ty moglabys zrozumiec i odczuc i chce by znalazl sie w Twoich
rekach. (...) Marze, by juz znalezc sie w moim pokoiku - na
szczescie z wlasnym telefonem i telewizorem i wreszcie odpoczac
po 60 latach pracy".
"Kiedys sie dowiesz wiecej - powiedziala mi przez telefon - ale jeszcze nie teraz".
Siedze przy biurku, czytam ostatnie teksty pani Stefy. Sa to teksty, w ktorych wraca do bardzo waznych krytycznych momentow swego zycia - pracy w pismie Prosto z mostu przed wojna i przyjazni z Ksawerym Pruszynskim z okresu wojny. Tak jak wowczas, siedem lat temu, gdy czytalam je w Kulturze, tak i dzis podziwiam jej klase w potraktowaniu tych trudnych spraw.
Czesto przy tym wlasnie biurku rozmawialam z nia przez telefon, za oknem ten sam widok, tylko juz nie ma dokad zadzwonic.
Ale mam klejnot: pamiec jej przyjazni.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wysłać e-mail |